20 09.2015 11:53

Skoro „okno – okien”, to „zło”, jeśli rozmnożone, w dopełniaczu będzie miało formę „zeł”. Tymczasem z dawnych czasów pamiętam grupę studencką, która oburzyła się na dopełniacz liczby mnogiej „ciem” (od wyrazu „ćma”) - że ponoć „takiego wyrazu nie ma”.  A więc „zeł” też nie ma?

Niekiedy wyrazu niby „nie ma”, ale zjawisko jest  Zło podpiera i mnoży drugie zło, zamieniając się w zła mnogie, na przykład plagiat pracy magisterskiej potęguje ukrywanie tego plagiatu, zamiatanie brudów pod dywan.

----------------

Wieki temu wykonywanie kar cielesnych było publiczne, a nawet publiczne były egzekucje. Oficjalnym uzasadnieniem tego było ostrzeżenie i odstraszenie od danego czynu wszystkich tych, którzy mogliby go w przyszłości popełnić. Profilaktyka penitencjarna?

Inną sprawą jest uzasadnienie kary, jaką zasądzono i wykonano. Ponoć ostatnią ofiarą kary śmierci za przestępstwo polityczne w Cesarstwie Austriackim był Polak Teofil Wiśniowski, działacz Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, który w roku 1847 został powieszony na Górze Straceń (Górze Hyclowskiej) we Lwowie.

Dodam tutaj, że w roku akademickim 2010/2011, czyli tuż przed negatywnym głosowaniem na mój temat 10 osób w Instytucie Filologii Słowiańskiej UWr. (które, jak wiemy, rektor Bojarski przyjął za podstawę swej decyzji o dalszym niezatrudnieniu mnie i zatrudnieniu „na moje miejsce” docenta Martinka z Opawy) miałam urlop naukowy na przygotowanie książki o Honoracie Wiśniowskiej-Zapovej, bratanicy Teofila, która była czeską pisarką oraz jedną z pierwszych czeskich nauczycielek i działaczek. Honorata miała ze stryjem bardzo dobry kontakt, w rękopisach Biblioteki Narodowej im. Ossolińskich przechowywany jest list Teofila pełen rad życiowych, jakich udzielił bratanicy, która chciała wyjść za mąż za Czecha. Moja książka nigdy nie wyszła – władze Uniwersytetu Wrocławskiego, jak widać, mają „w wielkim poważaniu” (mówiąc ironicznie) tę pisarkę, skoro nie zgodziły się na wycofanie mego podania o emeryturę 5 dni po jego złożeniu (w tym sobota-niedziela). Zamiast tego rektor Bojarski poradził mi rozpłakanie się przed ówczesnym dziekanem Michałem Sarnowskim, gdyż podobno „płacz kobiecy działa na mężczyzn” (tak mi powiedział – mam na to dwóch świadków).

Egzekucja Teofila Wiśniowskiego w roku 1847: była publiczna, miała odstraszyć tych, którzy spiskują przeciw państwu, policja spędziła na oglądanie okrutnego spektaklu ludność z całego Lwowa (obok Teofila powieszono Józefa Kapuścińskiego, również emisariusza TDP).  Dodajmy, że zadanie spełniła, choć nie tak, jak życzyła sobie Austria sprzed roku 1848: Teofil Wiśniowski po śmierci był w Polsce czczony jako męczennik narodowy, na miejscu jego stracenia postawiono pamiątkowy obelisk (opublikowałam kiedyś artykuł porównujący go z czeskim „męczennikiem” Karlem Havlíčkiem Borovskim; ostatnio dotarłam też do materiałów, że Honorata wiedzę o śmierci swego stryja w Pradze szerzyła). W każdym razie to smutne wydarzenie zrobiło ogromne wrażenie na przymusowych świadkach, zostało przez nich zapamiętane.

Wróćmy jednak do wątku współczesnego „zła poganianego złem”. Takim  złem jest na przykład plagiat. Jeśli odkryje się bezdyskusyjny i oczywisty plagiat pracy magisterskiej, to winno się wdrożyć odpowiednie postępowanie, usunąć zło spowodowane przez plagiat, czyli odebrać stopień uzyskany nieuczciwym sposobem, żeby nie obrażał tych, którzy ten stopień uczciwie zdobyli, a także nagłośnić ten przypadek, aby przestrzec innych przed podobnym postępowaniem. Inaczej zło się pogłębia, rozszerza, mamy do czynienia z tytułowym „złem wszystkich zeł”.

Przypadek plagiatu obronionej już wcześniej pracy magisterskiej pani X zgłosiłam 17 maja 2011 na Radzie Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Protokół tej Rady jest dostępny dla wszystkich (w Czechach takie protokoły publikuje się w internecie).  

Fragment protokołu Rady Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego IFS.0002.4.2011.AR PROTOKÓŁ NR 5/2011 posiedzenia Rady Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, z dnia 17.05.2011r.

„Prof. Z. Tarajło-Lipowska poruszyła sprawę wykorzystywania przez studentów stypendiów erazmusowskich do pobytów zagranicznych, podczas których niektórzy z nich przepisują prace magisterskie, i że jedną ze spraw ma rozpracowaną, a drugą udaremniła. Następnie powiedziała, że wiąże się to z kwestią poruszaną przez prof. J. Sokołowskiego,mianowicie odbywania dwóch godzin seminariów, a wykazania w sprawozdaniu czterech. Studenci biorący udział w stypendiach nieregularnie uczestniczą w seminariach i trzeba dostosować terminy seminariów do tej sytuacji, co dotyczy wszystkich pracowników bohemistyki. Prof. Z. Tarajło-Lipowska zaznaczyła, że mówiła o tym Pani Dyrektor (dużymi literami oczywiście - przyp. ZTL) W.Zyburze, że studenci spędzają całe studia magisterskie w Pradze pracując w różnych zawodach, często płacąc za dalsze semestry studiów. Następnie prof. Z. Tarajło-Lipowska wniosła o odebranie stopnia magisterskiego swojej byłej magistrantce (...), która prawie w całości została przepisana z innej pracy magisterskiej napisanej w Czechach. Prof. Z. Tarajło-Lipowska w tym roku nabrała podejrzeń co do pracy, i docierając do oryginału stwierdziła, że praca XY jest niemal w całości przepisana wraz z bibliografią oraz streszczeniem. Pani X przebywała na stypendium Erazmus w Brnie. Pani X wstępnie zaproponowała inny temat po czym zmieniła temat na (...), uzasadniając to dostępem do interesujących źródeł. Należała do najlepszych studentów w grupie. Prof. Z. Tarajło-Lipowska podkreśliła, że na seminaria umawiała się z nią w terminach innych niż terminy seminariów wyznaczone na planie. Praca była bardzo dobra, i studentka uzyskała tytuł magistra filologii słowiańskiej. Prof. Z. Tarajło-Lipowska wniosła o odebranie tytułu magistra Pani XY (w oryginale dużą literą  - chyba z szacunku dla Osoby? – przyp. ZTL) oraz o zgodę na dostęp do archiwum, aby dotrzeć do dokumentów byłej magistrantki. Prof. M. Sarnowski powiedział, że wniosek należy w formie pisemnej zgłosić do dziekana, dodając, że sam się nie spotkał z taką sprawą, i że nie zna procedur. Po oficjalnym piśmie Dziekan (też klękamy na kolana przed Osobą!– przyp. ZTL) powoła odpowiednią komisję, która będzie orzekać o sprawie i formułować wniosek.” (koniec cytatu)

 Kilka dni później sprawę zgłosiłam pisemnie Michałowi Sarnowskiemu, ówczesnemu dziekanowi Wydziału Filologicznego UWr., oferując jednocześnie płytkę z nagraniem oryginalnej czeskiej pracy, splagiatowanej w całości. Zajął się tym ówczesny prodziekan Wydziału Marcin Cieński (obecny dziekan), który wymienił ze mną o tej sprawie kilka e-maili i dostał ode mnie rzeczoną płytkę z nagraniem oryginalnej pracy.

Następnie?  Niecały miesiąc później Rada Instytutu Filologii Słowiańskiej w liczbie 10 osób, przegłosowała, że nie doradza rektorowi przedłużenia ze mną umowy o pracę, a rektor Bojarski, który poprzednio deklarował, że posłucha zdania Rady Wydziału Filologicznego (czyli reprezentacji wszystkich instytutów tego Wydziału) nagle zmienił zdanie i „zadowolił się” głosem Rady Instytutu. Nie tylko nie podpisał mi umowy przedłużającej moją pracę, ale nawet nie oddał mi podania wycofującego wniosek o emeryturę (patrz wpis "Mowa sądowa niewygłoszona, ale prawdziwa").

Co dalej ze sprawą plagiatu? Z własnej inicjatywy obie prace porównał prof. Jaroslav Lipowski człowiek bezwzględnie prawy, uczciwy i konsekwentny, oraz tłumacz przysięgły języków czeskiego i słowackiego (praktycznie trójjęzyczny). Z wynikami badania zapoznał pisemnie prodziekana Cieńskiego, a następnie – nie dostawszy odpowiedzi – rektora Bojarskiego (grudzień 2011). Jednocześnie prof. Lipowski z powodu szykan ze strony dyrekcji i dziekana (był ustnie obrażany przez dyrektor IFS, a także nie został kierownikiem Zakładu Bohemistyki, mimo że miał najwyższy stopień naukowy) oraz z tego powodu, że zajęcia na bohemistyce w 70 proc. wcale się nie odbywały (p.o.kier. była zagranicą), co zgłosili mu studenci (a on pisemnie zameldował - owszem - rektorowi Bojarskiemu), złożył wymówienie z pracy na UWr. Odpowiedzi na swoje pisma w ogóle się nie doczekał (uznano widocznie, że brudy już są schowane pod dywanem).

We wrześniu 2013 jako członek Rady Wydziału Filologicznego zostałam zawiadomiona, że w programie najbliższych obrad jest sprawa plagiatu popełnionego przez inną osobę. Korzystając z precedensu na posiedzeniu Rady zabrałam głos i opowiedziałam Radzie Wydziału cały przypadek. W kuluarach nowy dziekan Cieński nadmienił, że o tej całej sprawie ... zapomniał. (A czy listy prof. Lipowskiego, który w procentach podawał identyczność czeskich i polskich zdań w obu pracach, nie przypomniały mu o tym?)

Na moje wystąpienie na Radzie Wydziału Filologicznego UWr. nie odpowiedział mi NIGDY-NIGDY-NIGDY NIKT, mimo że w wystąpieniu prosiłam o zawiadamianie mnie, jakie kroki poczyniono w związku ze zgłoszeniem plagiatu. Jest to w oczywisty sposób niezgodne Z DOBRYMI OBYCZAJAMI W NAUCE i z ETYKA W ŚRODOWISKU NAUKOWYM.

Odpowiedział mi niedawno prof. Marek Wroński, znany w środowisku naukowym tropiciel plagiatów, członek Komisji ds. Etyki w Nauce. Czy koniecznie trzeba być członkiem Komisji ds. Etyki, aby postępować etycznie? 

Dopiero od niego dostałam kopie opinii na temat plagiatu, o które po cichu zwrócono się do naukowców z innych uniwersytetów (z Pińczykówka i z Orlego Gnizda – zaanonsuję tak  scenerię swego przyszłego kryminału ze środowiska naukowego!), dopiero od niego dowiedziałam się o powołaniu jakiejś komisji dla załatwienia tej sprawy i o rezultatach jej dochodzenia. Od niego też dostałam kopię pisma rektora Bojarskiego odbierającego magisterium pani, która dopuściła się plagiatu.

A więc ja, pracownik Uniwersytetu Wrocławskiego i osoba, która zgłosiła plagiat, o odebraniu tytułu magisterskiego mojej byłej magistrantce dowiaduję  się od pana dra hab. medycyny z zupełnie innej uczelni!!! (A tymczasem prof. Bojarski zaprasza mnie tylko na koncerty i na inauguracje nowego roku akademickiego.) Czy nie powinno być odwrotnie? Czy nie powinnam być odznaczona jakimś "medalem za ratowanie tonących"? Za ratowanie tonącego honoru Uniwersytetu Wrocławskiego ?

Dla wydobycia całej pikanterii tej sprawy trzeba dodać, że w jej dokumentacji ani razu nie zostało wymienione moje nazwisko, mimo że byłam promotorem tej pracy magisterskiej i byłam tą osobą, która plagiat stwierdziła i zaraz po stwierdzeniu zgłosiła władzom Uniwersytetu Wrocławskiego. (O tym, że od półtora roku sprawa się toczy i jest bliska końca, powiadomił mnie dopiero warszawski profesor.) Nie ma też ani słowa o składzie komisji, która magisterium przyznawała, więc powątpiewam w prawną moc dokumentacji, która magisterium odebrała.

A czy „publiczność”, studentów, potencjalnych plagiatorów, ktoś w ogóle o tym powiadomił, żeby ich odstraszyć od podobnego postępowania? Czy ktoś w ogóle nad tym czuwa??? Jak znam Instytut Filologii Słowiańskiej UWr. i wszechwładne przekonanie, że „studenci nie powinni się dowiedzieć”, szepty między pracownikami „żeby tylko studenci się o tym nie dowiedzieli”, to bardzo w to wątpię. A tymczasem zło plagiatu mnoży się przez zło jego utajenia.

Czy wobec oczywistego nieprzestrzegania ZASAD ETYCZNYCH w IFS UWr. jakiekolwiek głosowanie tego „naukowego grona” ma jakąkolwiek ważność?

                         prof. dr hab. Zofia Tarajło-Lipowska 

----------

 

DOKUMENTACJA POWYŻSZYCH TWIERDZEŃ

dr hab. Zofii Tarajło-Lipowskiej - obecnie prof. dr hab.

dra hab. Jaroslava Lipowskiego - obecnie prof. dra hab.

 


 Wrocław, 26 maja 2011

dr hab. Zofia Tarajło-Lipowska, prof. UWr.
Instytut Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego                                   

Dziekan Wydziału Filologicznego
Uniwersytetu Wrocławskiego

Wnoszę o powołanie komisji ds. zbadania sprawy plagiatu popełnionego przez Magdalenę Pajączek, która swoją pracę magisterską pt. „Osvobozené divadlo w świetle literatury wspomnieniowej” (recenzent pani dr Dorota Żygadło, obrona w roku 2006) prawie w całości przetłumaczyła z pracy dyplomowej Pavli Koritenskiej napisanej pod opieką doc. Vlastimila Válka na Uniwersytecie Masaryka w Brnie i obronionej w roku 1991 pt. Osvobozené divadlo v memoárové literatuře (jest to maszynopis, nie komputeropis), przechowywanej w Bibliotece Wydziału Filozoficznego tego Uniwersytetu.

Informacja o istnieniu pracy pani Koritenskiej pojawiła się w Internecie dopiero w roku 2009, więc wcześniej nie mogłam przypuszczać, że istnieje praca o identycznym tytule. Dopiero w tym roku przypadkiem nabrałam podejrzeń i doszłam do wniosku, że praca magisterska pani Pajączek jest prawie w całości przetłumaczoną na polski pracą pani Korutenskiej (m.in.  identyczna jest bibliografia, czeskie streszczenie pani ajączek co do słowa jest przepisane z zakończenia pracy pani Koritenskiej),  

Pani Pajączek, która studiowała filologię słowiańską o profilu czeskim w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego w latach 2000-2005, w tym w latach 2004-2005 przebywała na stypendium Erasmus w Brnie, gdzie zaliczała prawie wszystkie przedmioty prócz seminarium magisterskiego, z którego zaliczenia otrzymywała u mnie. W roku akademickim 2003/2005 uczestniczyła w moim seminarium magisterskim pt. „Kultura zabawy w czeskiej literaturze”

Temat, który „opracowała” zaproponowała mi sama, wyjaśniając, że ma dostęp do bardzo interesujących źródeł dotyczących wspomnień na temat Teatru Wyzwolonego (jak pamiętam, miała mieszkać blisko archiwum). Zgodziłam się, tym bardziej że pani Pajączek należała do najlepszych studentów na roku. Na planowe seminaria magisterskie nie uczęszczała, umawiałam się z nią specjalnie, kiedy przyjeżdżała do Wrocławia.  

Podkreślam to specjalnie, aby  uświadomić dziekanowi i dyrekcji Instytutu Filologii Słowiańskiej, że od kiedy studenci filologii czeskiej wyjeżdżają na stypendia Socrates/Erasmus  (zdarza się, że na studium magisterskim prawie wszystkie osoby są na tych stypendiach) pojawiła się potrzeba przystosowania terminu seminarium magisterskiego do indywidualnych potrzeb tych studentów, a przez to terminy te muszą być elastyczne. Ten fakt zgłaszałam pani dr Wiesławie Zyburze, zastępcy dyr. IFS już kilka lat temu.  

 W czerwcu roku 2006 pani Pajączek przedstawiła dobrą, bogatą faktograficznie i logicznie napisaną pracę magisterską (obie z recenzentką postawiłyśmy jej stopień bardzo dobry), przy czym wtedy nie miałam podejrzeń, że została odpisana.

                                                    Zofia Tarajło-Lipowska

 Załącznik:

 list z Brna od promotora pracy magisterskiej Pavli Korutenskiej

 

 


 

 

7.png4.png1.png6.png3.png8.png