23 05.2015 02:18

Wieki temu, przed jakimiś 15-20 laty, konsultowałam pracę magisterską studentki Uniwersytetu Wrocławskiego w Instytucie Filologii Słowiańskiej, pani Dąbrowskiej, której promotorem był rusycysta, doraźnie przewleczony w bohemistę, prof. K.

Pani D., jak mi jako konsultantce oznajmiła, w ramach pracy magisterskiej miała poszukiwać zboczeń seksualnych w prozie Milana Kundery, co stałoby się częścią materiału do przyszłej książki prof. K. zmierzającej do objawienia kompromitujących obsesji erotycznych u sławnych „słowiańskich” pisarzy (sam Kundera zapewne zżymałby się na zaliczenie go do tej kategorii, dodajmy, że kategorii sztucznej).
Studentka D. narzekała przede mną, że żadnych zboczeń w tej prozie nie dostrzega, z czym się zresztą z nią zgodziłam, ponieważ Kundera pisze dużo o seksie, ale wynaturzeń nie dotyka, opisuje zdrady, fascynacje, zahamowania, seks pozamałżeński itp., ale nie ma to nic wspólnego ze zboczeniami. [Wątpię więc, czy rusycystyczny promotor przeczytał jego prozę].

Nie byłam nigdy wybitną kunderolożką, ale właśnie opublikowałam kilka artykułów i recenzji polskich tłumaczeń Kundery, o czym promotor prof. K. zapewne wiedział, skoro polecił studentce D. konsultowanie się ze mną. Pani D. miała możliwość teoretycznego przygotowania się do tych poszukiwań, bo wyszła za mąż za absolwenta wyższej szkoły policyjnej, który zaopatrzył ją w podręcznik traktujący o czynach kryminalnych związanych ze zboczeniami seksualnymi. Przestudiowała to – zwierzyła się mi – i potem w nocy nie mogła spać, bo śniły jej się ilustracje z tego podręcznika. Nie widziałam tu związku z Kunderą, ale inne elementy Kunderowskiej wizji sfery seksualnej omówiłyśmy sobie dokładnie.

Studentka D. jakąś pracę magisterską napisała i obroniła, ale wbrew jej poprzednim zapewnieniom nie ja zostałam jej recenzentką, tylko pani prof. G.-K., która „zwyczajowo” wymieniała się z prof. K. promotorstwem i recenzowaniem. Pani D., osoba zresztą inteligentna i wrażliwa, bardzo mnie za to przepraszała, czuła się winna, zapewniłam więc ją, że nie będę mieć o to żalu. Przynajmniej do niej, bo nie ona o tym zadecydowała. [Prawdopodobnie chodziło o 40 zł, które recenzent pracy magisterskiej dostawał wtedy dodatkowo. Ja – dodam – dopłaciłabym wtedy chętnie te 40 zł za przyjemność i zaszczyt recenzowania pracy o Kunderze. Dodam też, że cały czas pracuję w IFS UWr., ale pierwszą propozycję zrecenzowania pracy magisterskiej (w dużym stopniu bohemistycznej) złożył mi polonista, prof. Wojciech Głowala]. 

Opowiastka ta wprowadza nas ogólnie w sprawę prac magisterskich, które – jeśli są napisane przez osoby rzetelne i inteligentne – mogą być bardzo cenne. Rzadko jednak wyróżniające się prace są wykorzystane, bywa, że giną w przepaściach archiwów, przynajmniej do niedawna tak było, bo coraz mniej z tych „inteligentnych i rzetelnych” podejmuje pracę naukową i zużywa swoje magisterskie wysiłki na artykuły naukowe lub buduje na nich zrąb przyszłego doktoratu. Niektóre osoby, mając jednak poczucie, że ich dokonania są ważne w nauce, wydają z tego książki, ale są to przypadki naprawdę rzadkie (prywatne wydanie jest kosztowne, a środki uczelni są skierowane - chciałam napisać, że na jej potrzeby, ale to też nie jest prawda, przede wszystkim na potrzeby osób, które są "miłe" dla decydenckiego grona).

Jeśli więc prace magisterskie magazynowane są w sposób niedbały albo system udostępnienia nie blokuje dostępu do nich, to zdarza się, że treść i naukową wartość pracy magisterskiej wykorzysta ktoś inny, po prostu ją ukradnie i przypisze jej myśli i odkrycia sobie, aby uzyskać za to zawodowy czy naukowy stopień. W poprzednich wpisach opisałam kradzież czeskiej pracy magisterskiej pani Pavli Koritenskiej, którą to kradzież, zgłoszoną przeze mnie zaraz po jej odkryciu, były dziekan Wydziału Filologicznego UWr., pan Michał Sarnowski zataił. (Patrz też wpis: "Zasad nie bierze się serio. Polityka nade wszystko" z dnia 17.04. 2015.)

W przyszłości zaś opiszę zupełnie fantastyczną, wydawałoby się, historię, jak cudza praca magisterska posłużyła do otrzymania... stopnia doktora habilitowanego, przy czym autor ani słówkiem nie wspomniał o prawdziwym źródle swojej naukowej mądrości. Tym razem ta historia nie będzie dotyczyła Uniwersytetu Wrocławskiego – jeśli tak, to tylko  pośrednio.

 

 

 

 

4.png4.png2.png9.png1.png8.png