17 04.2015 22:43

Przepisy są od wydawania, ale nie od przestrzegania. Zgłaszający naruszenie zasad dostaje w łeb, żeby innych zniechęcić do brania praworządności poważnie. Żeby się nazywało, że coś takiego jak praworządność istnieje. Bo my i tak „zrobimy, co będziemy chcieli, mamy władzę”.

Przeczytałam w gazecie, że w Gdańsku rowerzysta, który sfilmował i zgłosił policji niebezpieczne wyprzedzenie i przejechanie podwójnej ciągłej linii przez kierowcę citroena (oficjalnie policja wzywa do takich zgłoszeń), sam stanął przed sądem jako oskarżony o nadmierne zbliżenie się rowerem do środka jezdni. Najpierw mu ten fakt darowano, ale sąd wyższej instancji powrócił do sprawy i chce go jednak ukarać.

Jako żywo przypomina mi, że jak zgłosiłam plagiat pracy magisterskiej (na Radzie IFS i potem w piśmie do dziekana Wydziału Filologicznego Michała Sarnowskiego), to za miesiąc wyleciałam z pracy. Niby sam rektor na posiedzeniu Rady WF radził, żeby - kto może - złożył podanie o równoległą emeryturę (bo on sam – mówił - nie ma pieniędzy na podniesienie uposażeń), ale ta deklaracja w moim przypadku okazała się nieważna, bo dziekan Sarnowski podmówił kolegów z Instytutu Filologii Słowiańskiej (połowę Rady IFS). I w rezultacie tego kto z biorących słowa rektora serio wyleciał, z kim nie podpisano dalszej umowy o pracę?  Akurat ja, jako ta, która zgłosiła plagiat polegający na przetłumaczeniu na polski czeskiej pracy magisterskiej i zacytowaniu zakończenia czeskiej pracy (wniosku) jako rzekomego streszczenia polskiej pracy magisterskiej.  A więc zgłosiłam plagiat, pani magister nadal po została magistrem, a ja z pracy na UWr. wyleciałam.

Dwa miesiące później dziekan Sarnowski wydał edykt, że zabrania plagiatów, że niby taki srogi. Powiadomił też znajomych dziennikarzy a więc w lokalnej Gazecie Wyborczej ukazała się informacja, że  aktualny wtedy dziekan WF Sarnowski jako „wróg plagiatów” niemiłosiernie wszelkie plagiaty ściga i karze. Oczy przecierałam ze zdumienia, tym bardziej że tę „wielce budującą wiadomość” powtórzyły też inne dziennikarskie źródła.

Dodam, że dziennikarzy uziemia się tak, że dostają godziny w Instytucie Dziennikarstwa UWr. - pilnują zatem miejsca, gdzie dorabiają, a przede wszystkim nie tkną osoby, od której zależy ta fucha. Wcześniej lokalny dziennikarz Gazety Wyborczej odmówił napisania o mojej sprawie – ponoć te godziny na UWr. dostał.

Ustalonych przepisów nie traktuje się serio, powtarzam. Jak pewnej pani nie można było awansować, a ta pani obiecała osobom rządzącym czymś się  „przysłużyć”, to ta sama Rada IFS przegłosowała, że niniejszym się od przepisów odstępuje, choć parę miesięcy wcześniej sama je wprowadziła. Relatywizm moralny zawrotnie mącący w głowach!

Jak ten sam dziekan Michał Sarnowski mówił na wszelkich radach głosił, że Uniwersytet Wrocławski „potrzebuje jednostek wybitnych” (cytat z wypowiedzi), to na pewno po cichu śmiał się z tego w kułak. Znam pewnego pana, który mu uwierzył, siedział zatem nad pracą naukową kilka kolejnych wakacji, po habilitacji wydał dwie poważne i nowatorskie książki, i to w językach innych niż habilitacja. Dostał za nie zresztą profesurę belwederską. Ale Uniwersytet Wrocławski go wcale nie potrzebuje. Ostrymi szturchnięciami (łącznie z obrazą, która trafiła do sądu, ze sfałszowanym anonimem i z dezawuowaniem osób mu bliskich) gładko się go pozbył. A rektor, do którego ów pan poprzednio poszedł z interwencją, wcale nie interweniował, tylko skwitował „To polityka”. W jakimś sensie ta wypowiedź cały problem charakteryzuje i streszcza. Polityka ważniejsza od nauki. I od prawa też.  

Ale jak się to wszystko ma do zdjęcia ilustrującego ten wpis? Otóż autorką książki Cesta dívek za vzděláním (Droga dziewcząt do wykształcenia) jest Pavla Koritenská, była studentka Uniwersytetu Masaryka w Brnie, pani, która jest autorką splagiatowanej we Wrocławiu pracy magisterskiej. Jej praca stała tam na półce, polska plagiatorka, którą Uniwersytet Wrocławski wysłał na semestralne stypendium Erasmus, skserowała ją sobie.

Może pierwotnie tylko jako jedno ze źródeł? Ale w następnych semestrach nieuczciwa Polka znów pojechała na kolejne stypendium Erasmus do Pragi (mnie, promotorki, nie pytano o zgodę na wyjazd). Zjawiała się u mnie po zaliczenie, pokazywała fragmenty pracy, twierdziła, że udało jej się wynająć mieszkanie koło archiwum teatralnego, gdzie czyta autentyczne wspomnieniowe materiały. Jak to mogłam sprawdzić? Był to jeszcze rocznik nieobjęty internetową inwentaryzacją tematów prac magisterskich.

Pani Mgr. Pavla Koritenská przeprowadziła się do Hradca Králové, znalazła pracę w Muzeum Czech Wschodnich, w tej chwili jest tam kierowniczką jednej z pracowni. Widziała tę polską „pracę magisterską” i potwierdziła, że to jest jej praca.  Teoretycznie mogłaby wystąpić z powództwem cywilnym przeciw osobie, która się pod nią podpisała (z pozwem o kradzież własności intelektualnej), ale nie zrobi tego. W tej chwili zajmuje się ruchem emancypacyjnym kobiet w Hradcu Králové, występuje z wykładami publicznymi, wydała powyższą książkę, którą zresztą bardzo polecam jako materiał i lekturę. Można ją przetłumaczyć, można cytować, ale naturalnie trzeba podać autorkę.

 

 

7.png4.png1.png5.png9.png6.png