09 04.2016 18:52

Przypominam oryginalny tekst mego wystąpienia na Radzie IFS UWr. 25 stycznia 2011, w na na który odpowiedzi NIGDY nie uzyskałam ŻADNEJ, natomiast zdjęto mnie bez powodu z kierownictwa Zakładu Bohemistyki, a następnie nie przedłużono zatrudnienia na UWr. (formalnie nie przesłużono, bo nadal tam figuruję jako pracownik). Uczynił tak rektor Bojarski po niekorzystnym dla mnie głosowaniu na Radzie IFS (przypominam, że głosowanie było podlane szampanem). Uzasadnienia decyzji żadnego nie podano – prócz samowolnego wpisania do moich akt osobowych, że niniejszym straciłam zaufanie takich „osobistości” jak dyrektor IFS Paszkiewicz i dziekan Wydziału Filologicznego Sarnowski. (Podkreślam, że poniższy tekst jest jedynym powodem utraty zaufania ze strony dyrektora i dziekana.)

Jakie zaufanie? Ufali, że o tym wszystkim nie wiem? Czy że owszem wiem, ale nie powiem?

A oto cały tekst wystąpienia, co do najmniejszego szczegółu wystąpienia prawdziwego i wciąż aktualnego:  

Szanowni Państwo!

Chcę tu poruszyć dwie generalne sprawy:

1) Chcę wskazać na istotne rozbieżności między oficjalną polityką wewnętrzną Instytutu a faktycznymi posunięciami naszych decydentów.

Niedawno otrzymaliśmy wszyscy e-mail z propozycją bieżącego oceniania adiunktów, która zresztą została przegłosowana i przyjęta na Radzie Wydziału i z której wynika, że promuje się i premiuje pracę naukową wyrażającą się publikacjami, a najlepiej monografiami, i że są one wręcz warunkiem zatrudnienia na uniwersytecie. Tymczasem władze Instytutu (dyrekcja i pan dziekan, który faktycznie w tym gronie dominuje) niedawno przeforsowały (nie waham się tak powiedzieć) naszą decyzję o niewarunkowaniu publikacją monografii dalszych postępów naukowych.

Czyli że na wyższych szczeblach naukowych można się zatrzymać, a następne stopnie przyjdą same. Osoby forsujące tę decyzję bazowały na naszych pozytywnych uczuciach w stosunku do przypadków, których ta decyzja miała dotyczyć – być może jednak ta, szkodliwa, moim zdaniem, uchwała miała być precedensem również dla innych przypadków (miałoby to być przygotowanie dalszej polityki)? Czy tak, czy tak – jest to postępowanie sprzeczne z zasadami, które są w nauce podstawowe i którymi oficjalnie się szermuje w stosunku do młodszych pracowników.

Następnym przykładem, że polityka popierania naukowców dużo i ambitnie publikujących nie jest w naszym Instytucie realizowana, a wręcz odwrotnie, te osoby są szykanowane za to, że się wybiły, jest przypadek kolegi Lipowskiego. Celowo mówię „kolegi”, bo pan Lipowski jest również moim kolegą, a w tym przypadku jest nim przede wszystkim (ktoś kiedyś wprawdzie podważał ważność moich opinii o p. Lipowskim, ale przypomnę, że istnieją w naszym Instytucie związki przyjacielskie, równie silne, i to trwające dwa razy dłużej niż nasze małżeństwo, w których popieranie jest zupełnie jawne i komentowane zresztą w kuluarach – czy ważność obustronnych opinii tutaj też ma być podważana?).

Uważam, że stosunek instytutowych decydentów (aktualnych czy byłych - w każdym razie uzurpujących sobie używanie wobec nas protekcjonalnego tonu) do kolegi Lipowskiego jest probierzem autentycznego stosunku do oceny pracownika naukowego poprzez jego dorobek i poziom naukowy, czyli świadczy o lekceważeniu tego poziomu i dorobku i przedkładaniu ponad niego wspomnianych już „przyjacielskich związków”.

Zwłaszcza silnie przejawiło się to na Państwa oczach na Radzie Instytutu w październiku 2010, kiedy jeden z członków Rady Instytutu wyraził się o nim, że (cytuję) „Profesor Lipowski powinien Murzynów uczyć w Afryce... czeskiego”. Pomijając formę tej wypowiedzi, jej treść tendencyjnie skomentowały w prywatnych rozmowach ze mną dwie inne osoby wysoko postawione w hierarchii Instytutu, jedna zresztą do tej wypowiedzi nawiązała na ostatniej Radzie, a mianowicie pan dziekan powiedział, że pan Lipowski jest (cytuję) „ostatnią osobą, która ma prawo wypowiadać się o tytułach naukowych”). Ponieważ już piąta monografia kolegi Lipowskiego wyjdzie w przyszłym miesiącu, więc można sądzić, że po pierwsze nie miały one żadnego upoważnienia do choćby powierzchownego usprawiedliwiania tej inwektywy pod jego adresem, a po drugie, że krytykanci kolegi Lipowskiego nie doceniają ważności dorobku książkowego – trudu i czasu, który trzeba mu poświęcić. Jak więc sami zyskali stopnie, czy dość się przy tym napracowali?

Czy można radzić młodym adiunktom i wymagać od nich, żeby pisali naukowe książki, skoro tak traktuje się naukowców, którzy w tym przodują? Jeszcze parę słów o obrazie prof. Lipowskiego przez prof. Klimowicza, który to incydent świetnie Państwo pamiętają. Otóż niektóre osoby wyjaśniały mi sytuację w ten sposób (cytuję): „wiesz przecież, jaki on jest...”, czyli że ze względu na cechy autora wypowiedzi powinno się to puścić płazem. Takie postawienie sprawy przerzuca problem na prof. Klimowicza - sugeruje, że problem tkwi w nim jako w człowieku pochopnie i niegrzecznie atakującym innych, a nie w kolokwium habilitacyjnym prof. Lipowskiego (które odbyło się prawie 5 lat temu, dodajmy). Trema na kolokwium habilitacyjnym to rzecz znana, jest to wielka premiera o teatralnym nieco charakterze (oczywiście jest lepiej, kiedy oswoi się publiczność i dlatego wiele osób od lat zasiada tam w specjalnej ławce dla adiunktów), a poza tym, jak wiemy, wielu kolegów stara się uniknąć tej przytłaczającej tremy i robi habilitacje w Rosji, Czechach czy Słowacji, a potem je nostryfikuje. W Czechach na przykład kolokwium obywa się bez publicznych pytań ze strony recenzentów - jest tylko wykład, którego temat wcześniej dokładnie się ustala, i zapowiada się w Internecie.

2) Chcę też poprzeć tezę o „rusyfikacji Instytutu”, a zwłaszcza o „marginalizacji bohemistyki”, bo w tej kwestii mam wiele obserwacji.

Nie zawsze jest to zjawisko świadome, czasem iście „freudowskie”, ale tak, jak kompleksy u Freuda wynikały z wychowania, tak podświadoma autorytatywność rusycystyki wynika z przeświadczenia, że była i musi być największą filologią słowiańską. Tymczasem z punktu widzenia slawistyki sorabistyka na przykład jest rusycystyce równa. Oczywiście co innego geopolityczny punkt widzenia, ale ten nie powinien być ważny w filologii, ale w historii czy w politologii - ponadto gdyby go uwzględnić, to mogłoby się okazać, że najważniejsza jest bohemistyka, bo mamy z Czechami najdłuższą w Europie granicę międzypaństwową, a także że Dolny Śląsk przez przeszło 400 lat był czeski.

U nas jednak poparcie dla bohemistyki w dużym stopniu jest iluzyjne, na przykład nie było właściwego i pełnego poparcia dla dwóch samodzielnych konferencji, które zorganizował Zakład Bohemistyki (po ostatniej wręcz mi powiedziano, że następnych nie będzie, bo ujmują Instytutowi pieniądze). A przecież konferencja „Wrocław w Czechach – Czesi we Wrocławiu” była jedną z największych, a poza tym na pewno najbardziej interdyscyplinarną konferencją, jaką kiedykolwiek zorganizował Instytut Filologii Słowiańskiej UWr., a właściwie tylko nasz Zakład, wówczas świeżo utworzony (prof. Wrabec, prof. Barciak, prof. Ivo Kořán, prof. Czapliński, dr Sokolová). Czy ktoś kiedykolwiek o niej wzmiankował w jakiejś księdze pamiątkowej czy w opisie Instytutu? Czy osoba, która się najwięcej napracowała nad nią, czyli kolega Malicki, dostał jakąś nagrodę? Wprawdzie Rada Instytutu na mój wniosek przyznała mu nagrodę organizacyjną, ale na Radę Wydziału trafili zupełnie inni kandydaci. [Czy sfałszowanie protokołu to nie większa plama na honorze niż trochę tremy na kolokwium habilitacyjnym, która zresztą została potem okupiona przez pana Lipowskiego jeszcze większą i usilniejszą pracą, której rezultatem stało się opublikowanie dwóch nowych książek w ciągu niespełna pięciu lat? Nawiasem mówiąc, jeśli kolega Lipowski, pięcioksiążkowiec, ma uczyć czeskiego w Afryce, to gdzie i czego mają uczyć wszyscy nasi dwuksiążkowcy?]

Konferencja „Podzwonne dla granic” była częściowo dotowana również przez Instytut, ale jak się ukazał tom pokonferencyjny, to nie powiedziano o tym na Radzie Instytutu ani słowa, pani dyrektor nie przyniosła tomu do obejrzenia (jak zawsze miewa w zwyczaju – cieszymy się, chwalimy...), ale tu jakoż nie mieliśmy okazji choćby podziwiać okładki, chociaż projektowała ją nasza koleżanka Manuela Maciołek i naprawdę się popisała. Jak się ukazała książka kolegi Lipowskiego „Ewolucja nazwisk w południowej części Śląska Cieszyńskiego w czasach austriackich”, to choć pani dyrektor przyniosła na Radę wszystkie książki, które w danym roku się ukazały, ale o tej właśnie zapomniała - autor co prawda głośno przypomniał, ale Rada nie wykazała zaciekawienia, więc książki wspólnie nie obejrzano.

Jak pewnie Państwo zauważyli, największy kiks zdarzył się na ostatniej Radzie, bo dyrekcja nie wnioskowała o nagrodę ministra, bo (cytuję jej słowa) „Żadna nasza książka w tym roku nie wyszła”. Wyszła jednak moja książka „Historia literatury czeskiej”, więc czym prędzej zaczęłam sprawę odkręcać (łatwo nie było, bo zrazu w odpowiedzi usłyszałam, że „nie wiadomo, o który rok chodzi” – sic!), poza tym miałam 6 dni spóźnienia w stosunku do wyjściowego pisma prof. Pigonia, w każdym razie w końcu wniosek o nagrodę został wysłany i przeszedł na Radzie Wydziału (z 7 zgłoszonych książek przeszły 3). Tak że na razie poszło dobrze, ale zastanawia mnie, jaka jest u nas ta ranga bohemistyki, skoro ani pan dziekan, ani dyrekcja w grudniu „nie zauważyli”, że wyszła właśnie z naszego grona „Historia literatury czeskiej”?

Jeśli jesteśmy przy nagrodach, to przypomnijmy, że ani dr Malicki nie dostał nagrody rektorskiej za znakomitą i erudycyjną książkę doktorską, ani dr hab. Lipowski za błyskotliwą i ważną książkę o wzajemnych stosunkach czeskiego i słowackiego (dzięki której stał się postrzegany nie tylko jako bohemista, ale też jako słowacysta). Dostała tę nagrodę w roku 2009 dr Ilona Gwóźdź-Szewczenko (choć powinna dostać nagrodę i naukową, i organizacyjną, bo w tym samym roku organizowała dwie konferencje naukowe: studencką i „Wielkie tematy”), ale jej książka mogła z powodzeniem ubiegać się również o nagrodę ministerialną. Pani Gwóźdź-Szewczenko bowiem, ku podziwu, odkryła w czeskiej literaturze prąd, którego dotąd nie dostrzegano – futuryzm! Mogłaby to być też z powodzeniem książka habilitacyjna, dodajmy - ostatnio habilitację u nas przyznano za surrealizm w literaturze hiszpańskiej i ta książka trafiła również do kandydatur do nagród ministerialnych.

Szkoda więc, że literaturoznawcy-decydenci nie poznali się na wartości książki pani Gwóźdź-Szewczenko, a ja nie byłam o to pytana (kandydatury do nagród idą poza Radą Instytutu, decyzje tu zapadają na poziomie dyrekcji i jej doradców). Szanse były duże, bo rok 2010 został obwieszczony Międzynarodowym Rokiem Futuryzmu (minęło sto lat od manifestu Marinettiego), odbywały się wystawy i konferencje, uruchomiono projekty, na które zresztą pani Gwóźdź-Szewczenko została natychmiast zaproszona i jej nazwisko przewija się w międzynarodowych periodykach (służę bliższymi informacjami, jeśli kogoś to interesuje).

Chciałabym jeszcze powrócić do Freuda i powiedzieć, jak marginalizowanie bohemistyki objawia się podświadomie. Na przykład na Radzie Instytutu mówi się o studenckiej konferencji naukowej, chwali się ją, że jest to (cytuję)  „pierwsza międzynarodowa studencka konferencja w naszym Instytucie”, a tymczasem studenci bohemiści już od kilku lat organizują konferencje wspólnie z Wydziałem Pedagogicznym Uniwersytetu Karola w Pradze. No to czy my w ogóle jesteśmy „nasi” i czy organizowane przez bohemistów konferencje z punktu widzenia dyrekcji Instytutu i dziekana są „nasze” czy nie? Postawię tezę, że jesteśmy „nasi”, jak można się pochwalić (np. przez długie lata jako jedyni prowadziliśmy studia wieczorowe), ale nagle giniemy w mgławicy, jeśli zagrażamy rusycystom.

Świetnym przykładem takiego zagrożenia jest właśnie pan Lipowski, który pierwszy wysłowił tezę o „rusyfikacji”, a w dodatku wysforował się na czoło wrocławskiej slawistyki językoznawczej ze swoimi pięcioma książkami (wszystkie z bardzo dobrymi recenzjami), napisanymi w trzech językach słowiańskich, dotyczącymi różnych lingwistycznych specjalności (żadne dublowanie tematyki, jak zdarza się niektórym naukowcom), z dużym dorobkiem artykułowym (niedługo wyjdzie 30 z kolei artykuł) i recenzyjnym (cztery recenzje prac doktorskich, piąta w przygotowaniu). Za to ze strony kolegów z Instytutu spotykają go tylko inwektywy - zamiast pochwał - chociaż sam osobiście nikogo nie napadł, nie obraził, nie wdał się w żadną kłótnię czy osobisty spór ze wspomnianymi na początku byłymi i aktualnymi notablami tego Instytutu. Czy zatem czołowym profesorem na wrocławskiej slawistyce językoznawczej może być bohemista-słowacysta, a nie rusycysta? Sądzę, że może, jeśli jesteśmy „nasi”, a nie obcy” - ale fakty temu przeczą, bo gdyby prof. Klimowicz jego pozycję sobie uświadamiał, to zapewne czułby do niego należny mu szacunek - taki, jakim pan Lipowski darzył niegdyś prof. Klimowicza.

Apeluję do Państwa o niezależne myślenie, bo funkcjonowanie Rady wcale nie opiera się na odgórnych „ustaleniach”. Rada ma wypracować stanowisko na podstawie przedstawionych danych i wyrażonych opinii tych osób, które coś chcą powiedzieć i coś mają do powiedzenia.

Na koniec stawiam wniosek, aby zmienić protokolanta Rady Instytutu i powrócić do praktyki zapraszania do tej funkcji doktorantów, którzy mimo wszystko są mniej zależni od dyrekcji. Dlaczego protokół ma nie obejmować prawdziwej wypowiedzi? Prawdziwa wypowiedź przecież padła, spełniła swoją rolę – na przykład obraziła kogoś czy komuś dokuczyła - protokolant jest przede wszystkim po to, aby zapamiętać, zapisać i zaświadczyć prawdę.

 

Jeszcze tytułem wyjaśnienia:

  1. Konferencja "Wrocław w Czechach - Czesi we Wrocławiu" (2002) nie była dofinansowana przez Instytut Filologii Słowiańskiej UWr.  Żaden rusycysta ani żaden niebohemista z IFS UWr. w niej nie uczestniczył, ani jako referent, ani jako słuchacz. Podobnie nie było rusycystów na konferencji "Podzwonne dla granic" (2008), choć tym razem dyrekcja dołożyła jakieś pieniądze (chyba 5 tys. zł).

Na tejże konferencji nie było również "bohemistki" Anny Zury, ale pani współredaktor tomu zgodziła się na późniejsze dołączenie do tomu jej tekstu. Nieobecność na konferencji Zakładu Bohemistyki zapewne miała związek z ukończeniem przez "bohemistkę" 30-godzinnego kursu dla kierowników sieci marketingowych (za co potem na Radzie IFS chwalił ją dziekan Sarnowski). Sieci są bowiem zlokalizowane w Niemczech (a to wymaga zwolnienia lekarskiego).

  1. Wątpliwości, że w przypadku nagrody ministerialnej "nie wiadomo, o który rok chodzi, zapytaj Pigonia...", usłyszałam od dziekana Sarnowskiego.
  2. Prof. Klimowicz - chodzi o rusycystę Tadeusza, który nie ma nic wspólnego z polonistą Mieczysławem.
  3. "Przypadki, które mają budzić współczucie..." - chodzi o przypadek MS, wspomniany tutaj we wpisie "Sensacja-rewelacja!..."
  4. Nie jestem ścisła, pisząc, że na to wystąpienie nie było odpowiedzi ani reakcji, ponieważ tą reakcją stał się ostry atak na Lipowskiego (1 lutego 2011), czyli prezentacja sfałszowanego anonimu "od nyskich germanistów" oraz fałszywe oskarżenie o wyłudzenie pieniędzy "od państwa polskiego" za rzekome nieprowadzenie seminarium magisterskiego (patrz wpis: Sensacja-rewelacja!...")

 

 

 

6.png1.png2.png8.png8.png8.png