08 07.2014 12:43

Publikuję tu dwa swoje listy z lat 2008 i 2011, oba skierowane do kolegów (chyba powinnam napisać „kolegów”?) z Zakładu Bohemistyki Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego.

Pierwszy z nich został wywrócony w intencjach, w jakich powstał, i perfidnie skierowany przeciw mnie. Pani Anna Zura i pani Katarzyna Chrobak, wywierając nacisk na dwie–trzy inne panie (tutaj nie będę się nad tymi osobami rozwodzić), wespół z dyrektor Paszkiewicz (która – jak to ona powiedziała – „była moją przyjaciółką”) rozkręciły przeciw mnie demagogiczną akcję, że jakoby "rozbijam" Instytut, że koleżanki przeze mnie stracą pracę, że mam w stosunku do nich zbyt duże wymagania, straszę potrzebą przekwalifikowania.

Tego typu argumentów użyła pani Paszkiewicz na zebraniu Zakładu Bohemistyki, które odbyło się w grudniu 2011 (nie byłam na nim, ale znam to od uczestników, ślad tych demagogicznych posądzeń pod moim adresem pozostał również w protokole tego zebrania). Podstawą stał się mój dawny list z dnia 17.11.2008, skierowany do kolegów z Zakładu: Kopiuję tutaj fragment tego listu (żeby było jasne, w jaki sposób kolegom „groziłam”):

Pragnę też przypomnieć, że w ramach Zakładu każdy z Państwa, również we własnym interesie, powinien się niejako "specjalizować" w prowadzeniu niektórych przedmiotów lub ich odmian (choć w razie potrzeby i innych). Jest to widoczne np. u rusycystów (np. prof. Ł. Skotnicka specjalizuje się m.in. w historii Rosji - tylko w zakresie dydaktyki).

Proszę też zważyć, że teoretycznie istnieje w przyszłości możliwość wymagania, aby ktoś z pracowników "przestawił się" na inną filologię słowiańską (były już u nas takie przypadki, np. przy tworzeniu nowej filologii, w przypadku zaniku naszej "wieczorówki" też może temat powrócić). Jest to w świecie dość powszechne, np. prof. German Ritz z Zurychu opowiadał mi, że był rusycystą, a w ciągu jednego semestru został skłoniony do przestawienia się na polonistykę, co ponoć na początku bardzo mu "nie leżało", ale w której potem - przyznajmy - osiągnął pokaźne sukcesy). 

Natomiast u nas nie ma możliwości, aby ktoś z nas "przestawił się" dydaktycznie na polonistykę. Zresztą znalezienie tam etatu dla (u nich wypromowanego) doktora graniczy z cudem. Natomiast bardzo popieram współpracę naukową z wrocławskimi polonistami (wysoki poziom kierunku, duży i bezdyskusyjny (!) dorobek naukowy, wiele serii wydawniczych).

Dodam, że o polonistyce wspominałam wtedy nie bez kozery: panie Zura i Chrobak (absolwentki opolskiej polonistyki) zadeklarowały bowiem wówczas przede mną, że „przede wszystkim są polonistkami”. Żebym o tym jako kierownik pamiętała. Dwa lata później okazały się „najlepszymi bohemistkami” Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego i wspólnymi siłami, wykorzystując nastawienie dyrektor Paszkiewicz, która była prywatnie obrażona na mnie jako ponoć „dawną przyjaciółkę”, wygryzły z pracy mnie, świeżą autorkę „Historii literatury czeskiej”.

[Udało im się, ponieważ... tutaj zachęcam do przeczytania wpisu: Siłą bezsilnych jest jawność III ]

Bardzo nie chciałam z pracy odejść, broniłam się, jak mogłam, nie planowałam wcześniej odejścia, na pierwszym i drugim roku studiów doktoranckich miałam wtedy troje doktorantów, których ciągle prowadzę. Naukowo pracuję oczywiście nadal, można o tym przeczytać w Internecie. Całą historię wyrzucania mnie z pracy na Uniwersytecie Wrocławskim dokładnie opisałam na tym blogu we wpisie: Siłą bezsilnych jest jawność III.

W ramach tej obrony zwróciłam się do kolegów („kolegów”) z Zakładu Bohemistyki Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. List ten cytuję w całości:


Dnia 28-06-2011 o godz. 6:57 Zofia Tarajło-Lipowska napisał(a):

Szanowni Państwo,

dotąd była to groteska, ale obecnie zamienia się w horror, przynajmniej dla mnie osobiście. Przyznam, że nie rozumiem Państwa zachowania w tej sprawie: wszystkich z Państwa przyjmowałam do pracy, niektórych nawet dwukrotnie (nie mówiąc o tym, że promowałam magisteria i doktoraty, uczyłam arkanów własnego promotorstwa), w stosunku do wszystkich "uczyłam" zawodu w razie potrzeby (w jednym przypadku nawet napisałam za daną osobę artykuł, a przynajmniej w podstawowy sposób rozszerzyłam treść i ulepszyłam styl - i nie był to doktorant!), wszystkich broniłam, jeśli nie przed ustnymi czy pisemnymi skargami studentów czy pretensjami dyrekcji, to nawet przed promotorem pewnego doktoratu, który przekazywał mi przez kogoś innego negatywną dla danej osoby sugestię.

Zapewniam, że zawsze mówiłam i pisałam prawdę, a jeśli w danym przypadku nagle stało się to bolesne, to dlatego, że nagle porzuciłam tę "ochronną" politykę, bo ta osoba nie zachowała w stosunku do mnie lojalności, która by wynikała z naszych dotychczasowych stosunków.

Jaki "kryzys" był, kiedy się Zakład tak świetnie rozwijał? Chyba niestety chodzi o zamącenie umysłu.

Dlaczego Państwo mnie nie bronią, jakby przystało ze względu na moje zasługi w "branży", ze względu na moje długoletnie zachowania wobec Państwa, ale i ze względu na zwykłe poczucie sprawiedliwości i niechęć do matactwa, tylko podpisują jakieś skierowane przeciw mnie deklaracje o lojalności slawistycznej (której zresztą uczyłam Państwa sama, mogę przedstawić stare e-maile) czy deklaracje potępiające mnie za rzekomą "niesprawiedliwość ocen" (które na pewno zostaną wykorzystane jako oficjalne poparcie prywatnych pretensji).

Nie rozumiem tego, naprawdę mnie to bardzo dziwi, że Państwo w stosunku do mnie odmówili podpisania nieobowiązującej i nie krzywdzącej nikogo deklaracji (nie naciskałam, uznałam, że może za wcześnie na takie ambicje), a gremialnie podpisali coś przeciw mnie, mimo że zawsze byłam lojalna, dobrotliwa, przyjmowałam pozytywnie wszelkie prośby i zastrzeżenia, wpisywałam do akt tylko pozytywne opinie itp., broniłam przed "akcjami antybohemistycznymi" (mąż pani Zybury słyszał coś negatywnego o bohemistyce na wieczorku towarzyskim itp.).

Na wszelki wypadek uprzedzam osoby, które od razu pobiegną na skargę do pani dyrektor i razem z nią się zaczną zastanawiać, czy z tego listu da się coś wycisnąć przeciw mnie (nie bacząc na to, że pani dyrektor może mieć osobiste powody tej niechęci, wszak publicznie, na Radzie IFS nazwała mnie swoją "byłą przyjaciółką")*, że w tej sprawie już nic nie da się zrobić, żeby pogorszyć.

Dałoby się jednak polepszyć, gdyby Państwo jak najszybciej poparli moją załączoną prośbę u rektora, który dziś wraca z Warszawy, a jutro ze mną rozmawia. Z pisma widać, jak mnie "wyrolowano", niezgodnie z moją wolą i Państwa dobrem.

Z poważaniem

Zofia Tarajło-Lipowska

 

P.S. W sprawie "Wyszehradu" też pisałam, upominałam się, uświadamiam, że szkoda przede wszystkim pomysłu i idei, ale i naszej pracy.

 

*) To ja byłam tą osobą, która zgłosiła kandydaturę pani Paszkiewicz na dyrektora (miała też innych przyjaciół, ale oni nie chcieli postawić się przeciw jej kontrkandydatce). Pan dziekan za to wygrał Wydziałowe wybory jednym głosem, przy czym oboje Lipowscy go poparli. Przykro mi, że wprowadzam w takie detale, ale mnie się bynajmniej nie oszczędza i walczy z wykorzystaniem metod jak w załączniku.

 

 

 

3.png9.png6.png0.png0.png2.png