Artykuł ukazał się w miesięczniku Uniwersytetu Wrocławskiego „Przegląd Uniwersytecki” w numerze 4/2012 i jest dostępny w internecie.

Wraz z odejściem w przeszłość poprzedniego systemu nie odeszły w przeszłość metody, które ludzie „trzymający władzę”  wówczas wykształcili i udoskonalili. Wręcz przeciwnie,  teraz właśnie pożytkują swoje życiowe doświadczenia ci, którzy zdążyli się tych metod napatrzyć i „nabažit” (powiedziałoby się po czesku), czyli poczuć oszołomienie ich „wygodnymi” stronami, polegającymi głównie na poręczności utartych sformułowań, sprawdzonych już w czasach totalitarnych, i na możliwości przykrycia nimi intencji nie przynoszących im bynajmniej chluby. I dzieje się to właśnie w nauce, gdzie obecni 50-60-latkowie, jeśli są habilitowani, zagospodarowują objęte „poletka”.

-------------------------------------------------------

Ja również jestem osobą z tego pokolenia, habilitowaną i bliską profesury, w numerze 2/2012 „Przeglądu Uniwersyteckiego” nazwano mnie „mistrzem nauki polskiej”, bo dostałam nagrodę Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Właściwie, jedyna w męskim gronie, powinnam być „mistrzynią”, o czym wspominam nie bez kozery, bo pół roku temu znalazłam się w sytuacji, kiedy owo „bycie kobietą” mi wypomniano (nawiążę do tego na koniec). Nie jestem jednak żadnym decydentem, ale odwrotnie - ofiarą polityki wewnętrznej prowadzonej metodami z lat siedemdziesiątych-osiemdziesiątych. Z dniem 30 września 2011 wbrew mej woli i moim możliwościom dydaktycznym przeniesiono mnie bowiem na emeryturę, wykorzystując wspomniany frazes „utraty zaufania”  i pewne przepisy prawne (odmiennie jednak stosowane na różnych wydziałach Uniwersytetu Wrocławskiego). Na moje miejsce ogłoszono konkurs.

Bezpowrotnie „utraciłam zaufanie” rusycystycznych władz Instytutu Filologii Słowiańskiej i rusycystycznych władz Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego, kiedy w końcu stycznia 2011 na Radzie IFS skrytykowałam politykę Instytutu w stosunku do bohemistów. Nikt z tą krytyką nie polemizował, ale frazes „utraciła zaufanie” (bez żadnych wyjaśnień) wpisano mi do akt osobowych przechowywanych w kadrach (podpisał dziekan i pani dyrektor), a także bez słowa uzasadnienia pozbawiono mnie funkcji kierownika Zakładu Bohemistyki, którą to funkcję pełniłam bez zastrzeżeń i ku często wyrażanemu zadowoleniu dyrekcji przez 21 lat (przed Zakładem istniało Studium). Kiedy w czerwcu 2011, zachęcona przez panów rektorów, którzy w maju zwizytowali Radę Wydziału Filologicznego,  złożyłam podanie o emeryturę, ale równolegle do mojej pracy na Uniwersytecie (osiągnąwszy stosowny wiek), to Rada Instytutu Filologii Słowiańskiej nie przegłosowała pozytywnie wniosku o ponowne zatrudnienie mnie po uzyskaniu emerytury (choć wszystkie podobne wnioski na Uniwersytecie Wrocławskim załatwiono pozytywnie). Dziekan-rusycysta nie wniósł tej sprawy na Radę Wydziału (jak w swoim wystąpieniu wspominał JM rektor). Był to jakiś dalszy ciąg „klątwy Montezumy”, która dotknęła mnie jako osobę uważaną za krytycznie nastawioną do wewnętrznej polityki Instytutu.

To wypędzenie mnie odbyło się zresztą w scenerii niemal komediowej. Najpierw sekretarka telefonicznie sprowokowała mnie do zmiany brzmienia mego pierwotnego podania (odręcznego) - tak, aby to podanie mogło posłużyć do inscenizacji mego odejścia (nabrałam się niestety, za kilka dni wyjeżdżałam do Brna i byłam zajęta zamawianiem książek przez Internet).   Dziesięć osób z Rady Instytutu (w której przytłaczająca większość to rusycyści) głosowało przeciw mojemu ponownemu zatrudnieniu (w tym cztery osoby to dyrekcja i dziekan plus jeszcze dwoje poprzednich dyrektorów – rusycystów). [Najważniejszym jednak składnikiem głosowania wydał mi się wypity przed głosowaniem toast szampanem (choć oficjalny powód szampańskiego nastroju był niby zupełnie inny).]

Na drugi dzień pani dyrektor i pan dziekan skutecznie zablokowali moje wycofanie podania o emeryturę, posyłając wspomnianą już sekretarkę z tekstem „odpowiednio zmienionym” rzekomymi poprawkami formalnymi, podpisanym już negatywnie przez dziekana, instruując ją, aby tego podania pod żadnym pozorem nie wydała. Rozegrała się więc żenująca dla mnie scena, kiedy czatowałam na podanie w dziale kadr – bezskutecznie, a potem w rektoracie składałam podanie odwołujące – okazało się też bezskuteczne.

Dodatkowym smaczkiem tej sytuacji wydaje się fakt, że pan dziekan Wydziału Filologicznego, który od początku swego dziekanowania deklarował, że „dziekanem jest tylko na Nankiera”, a nie na Pocztowej, gdzie mieści się IFS (i gdzie dziekan  wykłada), tym razem dziekanem okazał się już na Pocztowej i pięć minut po głosowaniu protokół podpisał (nawiasem mówiąc, kiedy we wrześniu tego roku, czyli trzy miesiące po tym fakcie, próbowałam do tego protokołu dotrzeć, okazał się „jeszcze niegotowy”?)

Tym niemniej już w pierwszych dniach lipca JM rektor odmówił mi ponownego zatrudnienia, a trzem czeskim instytucjom naukowym, które wyraziły obawę  o losy wrocławskiej bohemistyki (przy czym jedna wyraziła to piękną, trochę czeską, staropolszczyzną), odpowiedział jednozdaniowo e-mailem, że odeszłam na własną prośbę.

Co oczywiście jest nieprawdą,   wcale nie zamierzałam odejść od nauki i dydaktyki – pół roku wcześniej wydałam „Historię literatury czeskiej”  i zamierzałam właśnie w pełni rozwinąć swoją ulepszoną w ten sposób dydaktykę.   

Dlaczego Uniwersytet Wrocławski nie wykorzystał pieniędzy włożonych w mój rozwój naukowy? W roku akademickim 2010/2011 udzielono mi urlopu naukowego na napisanie książki (pismo JM rektora w początku października 2010) - i nikogo nie interesuje rezultat tego urlopu, stan publikacji, która na pewno była inwestycją publicznych pieniędzy? Nikogo też nie interesuje wydatek publiczny na moją profesurę tzw. belwederską, w której sprawie wniosek został wystosowany w grudniu roku 2010? Profesura ta jest już w stadium zaawansowanym, ale nie może być wykorzystana na korzyść Uniwersytetu Wrocławskiego -  znów z powodu „widzimisię” koterii, która wzory bierze ze schematów już nieaktualnych. Mimo wyrażenia gotowości do pracy okazałam się „trędowatą” w „slawistycznym” środowisku Uniwersytetu Wrocławskiego. Kto płaci za spory sądowe Uniwersytetu, jeśli powstają nie z powodów merytorycznych, nie dla dobra nauki czy Uczelni, ale dla zaspokojenia czyjejś czystej złośliwości, czyichś ambicji czteroletniej wszechmocy, bez należytego dystansu i bezstronności?      

Dziekan innego wydziału Uniwersytetu Wrocławskiego poinformował mnie, że samodzielni pracownicy naukowo-dydaktyczni jego wydziału mieli prawo wycofać wniosek o emeryturę, gdyby przypadkiem Rada Wydziału nie wystąpiła o podpisanie z nimi umowy o pracę do 70 lat. Dlaczego więc na Wydziale Filologicznym tego samego Uniwersytetu obowiązują przepisy odmienne?  Przecież każdy samodzielny pracownik naukowy może firmować kierunek do ukończenia 70 lat? I dlaczego w tym przypadku nie decyduje Rada Wydziału Filologicznego, tylko rada niżej ukonstytuowana, która w zasadzie powinna mieć tylko głos pomocniczy?  Dlatego ponoć, że dziekan ma prawo „nie przepuścić” sprawy wyżej – tak mi przynajmniej na to odpowiedział.

----------------------------------------------

Jeszcze wspomnę o pewnym innym „wykolegowanym” profesorze. Otóż on też - wyłącznie jako mój mąż - „utracił zaufanie” dyrekcji Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, a odbyło się to w następujący sposób: po moim przymusowym „przesunięciu na emeryturę” został jedynym samodzielnym bohemistą, a więc on powinien przejąć „po Bekwarku lutnię”. – Nie – powiedziała pani dyrektor – pan „utracił zaufanie” – utwierdzając w miejscu p.o. kierownika Zakładu Bohemistyki mało doświadczoną panią doktor, która w ostentacyjny sposób demonstrowała, że jest „jej zaufania godna”. Argumentem "utraty zaufania redakcji naukowej" posłużyła się też na Radzie IFS inna pani profesor, mu redagowanie następnego zeszytu „Slavica Wratislaviensia” (choć już zdążył zaprosić kilka osób do publikacji). 

Czy dla potrzeb tych „starych układów w nowych szatach”  nie trzeba wymyślić innego hasła niż „utrata zaufania” ? Znów pytam ironicznie.  

Trzecia idea, która przez Instytut Filologii Słowiańskiej została odgórnie i bezprawnie „pozbawiona zaufania”, to tzw. grant wyszehradzki. Bohemiści Uniwersytetu Wrocławskiego, mobilizowani zewsząd do pozyskiwania grantów, które (niby?) współfinansować mają naukę, po ambitnych i pracochłonnych przygotowaniach w roku 2010 dostali tzw. duży grant wyszehradzki na otwarcie kierunku magisterskiego „Języki i kultura krajów Grupy Wyszehradzkiej we wzajemnym kontakcie”. Udało się, owszem, ale IFS nie podjął pieniędzy!!! Ten grant ponoć się „nie opłacał” (na Radzie Instytutu tę opinię przegłosowano), czyli nie opłacało się włączenie do programu nauczania języka i kultury słowackiej, a także języka i kultury węgierskiej. I to wobec wyraźnego zainteresowania studentów bohemistyki i innych kierunków nadobowiązkowym lektoratem języka słowackiego. Szkoda, czuję się głupio i czuję się winna wobec osób, które swoim entuzjazmem zaraziłam i które swym autorytetem zmobilizowałam do pracy. Choć jako samodzielny pracownik miałam takie prawo, a nawet miałam taki obowiązek (upewniają mnie o tym Newsletter MNiSzW, które systematycznie otrzymuję).

I jeszcze wracam do wspomnianego już epizodu z początku lipca 2011 w gabinecie JM rektora (w obecności zresztą dwóch innych kolegów). JM rektor był łaskawy i nawet umówił mnie z dziekanem, który ponoć przy mojej dostatecznej pokorze byłby skłonny odkręcić niekorzystne dla mnie głosowanie na Radzie IFS. Czyżby z pragmatyki wynikało, że  dziekan może „odkręcić” głosowanie jakiegokolwiek demokratycznego ciała?! Poradził mi prywatnie, abym się przed dziekanem ... rozpłakała (?) Niestety, nie zareagowałam dostatecznie ostro na te „dobre rady”, bo zrazu nie zrozumiałam intencji - myślałam, że mam płakać w cichości swego gabinetu i dla rozluźnienia.

Nie rozpłakałam się zatem. Głosowanie pozostało „nie odkręcone”, a odwołanie do rektora od krzywdzącej mnie decyzji, wnoszące o zatrudnienie mnie na kolejny rok akademicki, pozostało bez odpowiedzi, choć tymczasem MNiSzW za „Historię literatury czeskiej” uhonorowało mnie zaszczytną nagrodą.

 

7.png4.png4.png8.png1.png5.png