Jestem pracownikiem Zakładu Rysunku Malarstwa i Rzeźby na Wydziale Architektury Politechniki. Wrocławskiej. Pracę tę podjęłam w 1994 roku w wyniku wygranego konkursu,  mając ukończoną Architekturę oraz wrocławską Akademię Sztuk Pięknych w projektowej specjalności Komunikacja Wizualna oraz artystycznej Malarstwo. Od 2002 roku pracuję na stanowisku adiunkta. Doktoryzowałam się na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej. Przewód doktorski otrzymał grant ministerialny, a synergiczne badania nad informacją wizualną w miastach były prowadzone w Rzymie, Londynie, Wiedniu oraz Wrocławiu. Recenzent zarekomendował skierowanie dysertacji do druku, niestety fundusze się nie znalazły. Przez wiele lat realizowałam projekty z dziedziny informacji wizualnej oraz promocji Politechniki (dodam iż w większości na prywatnym sprzęcie oraz oprogramowaniu). W 2009 przyznano mi Złotą Odznakę Politechniki Wrocławskiej, w 2012 roku Medal  Brązowy za Długoletnia Służbę. Zamierzałam habilitować się droga naukową, wykorzystując, tak jak w pracy nad dysertacją doktorską wiedzę oraz umiejętności z dziedziny sztuk plastycznych. Pracując w, nazwę go Pierwszym Zakładzie miałam zaszczyt pracować z Profesorami, Mistrzami, którzy dbali o rozwój swoich pracowników, były to znaczące nazwiska polskiej Sztuki, artyści malarze Maria Michałowska, Zdzisław Jurkiewicz, Marian Poźniak oraz artysta rzeźbiarz Roman Pawelski. Równolegle funkcjonowała jednostka podległa Instytutowi, która również zajmowała się działaniami na polu plastyki (jednostka powstała bodajże w latach 90-tych ubiegłego wieku w wyniku rozłamu w Pierwszym Zakładzie)

W 2008 roku, po uzyskaniu habilitacji przez byłego bezpośredniego przełożonego i objęciu stanowiska kierowniczego powstał jeden Wydziałowy Zakład. Nie ukrywam iż byłam entuzjastką połączenia i stworzenia silnego zespołu, identyfikowałam się ze swoim miejscem pracy i byłam dumna z tego iż pracuję na Politechnice.

W 2009 roku rozpoczął się proces szykanowania, jednego po drugim pracowników posiadających wykształcenie politechniczne oraz artystyczne. W stosunku do mojej osoby proces ten trwa do dzisiaj.

Niezamierzenie stałam się whistleblower. Do głowy mi nawet wcześniej nie przyszło, że dookoła mojej osoby mogło skumulować się aż tyle nieprawidłowości, które ujawniałam w toku walki o swoje pracownicze prawa. Nieprawidłowości, które wykazywałam w pismach do pracodawcy a potem na sali sądowej. Oczywiście mowy nie ma o jakichkolwiek podziękowaniach za wykrytą patologię, ani wyciągnięciu konsekwencji wobec sprawcy, wręcz przeciwnie. Gdy usiłowałam rozwiązać moją sprawę drogą wewnętrzną pracodawca nie zrobił dla mnie absolutnie nic, gdy trafiła na salę sądową pracodawca rozpoczął proces usuwania patologii oraz plam na wizerunku, twierdząc przy tym w oficjalnych pismach iż to tylko pomyłka, lub niedopatrzenie, albo nie był przygotowany itd.… albo odpowiedzi były wymijające, albo w ogóle żadnej reakcji nie było, czyli tak w ogóle to nic się nie stało. Na dzień dzisiejszy, były bezpośredni przełożony dalej spokojnie pełni swoje funkcje w wydziałowych komisjach, a ja byłam w oficjalnych pismach od pracodawcy pomawiana m. in. o dezorganizowanie pracy dziekana oraz naruszanie dóbr osobistych byłego bezpośredniego przełożonego. 

Inicjator postępowania o znamionach mobbingu wobec mnie oraz moich poprzedników nie jest już bezpośrednim przełożonym. Tę funkcję od roku akademickiego 2018/19 objęła artystka malarz, prowadząca przez wiele lat zamkniętą już galerię działającą pod auspicjami ZPAP, odważna w sztuce, doświadczony menedżer. Miałam nadzieję, może nawet oczekiwałam iż wprowadzi świeżą krew w sposobie zarządzania zespołem. Nic bardziej mylnego. Publicznie, na ostatnim zebraniu zakomunikowała iż co prawda „niektórzy” (tu nastąpił zwrot  głowy w moją stronę i znaczące spojrzenie na mnie) oczekiwali jakiejś rewolucji, ale nie zamierza tego robić i również publicznie, dobitnie na zebraniu udowodniła mi iż sposób postępowania byłego bezpośredniego przełożonego wobec mojej osoby będzie dalej przez nią kontynuowany (dla uzupełnienia dodam iż prowadzący mnie lekarze potwierdzili związek pomiędzy długotrwałym stresem w pracy a zdrowotnymi problemami, o czym pracodawca wiedział, a i jak uważam ‘koledzy” z zespołu również zostali poinformowani).

Osobiście spodziewałam się i oczekiwałam nawet, iż dyplomowany artysta jako osoba na kierowniczym stanowisku poczuwałaby się do obrony godności własnego zawodu, zwłaszcza w takim miejscu pracy jakim jest wyższa uczelnia. Trudno jest mi nawet sobie wyobrazić sytuacje odwrotną gdy to dyplomowany artysta plastyk w jednostce specjalizującej się w  urbanistyce tudzież historii architektury usiłowałby być lepszym architektem niż pracujący tam architekci. Ale z drugiej strony trudno się dziwić konformizmowi i dbałości o karierę, skoro takie  traktowanie pracowników posiadających akademickie wykształcenie plastyczne jest od wielu lat akceptowane zarówno przez władze Wydziału jak i uczelni.

Wieloletnim recenzentem w „punktowanym” naukowym piśmie Wydziału Architektury w specjalności malarstwo był i jest były bezpośredni przełożony dr hab. inż. arch., który nie ma wykształcenia plastycznego i o ile mi wiadomo nie ma również wykształcenia uniwersyteckiego z dziedziny historii sztuki, a habilitacyjna monografia odnosi się do autonomicznych architektonicznych rysunków. Dlaczego artykułów z dziedziny malarstwa nie recenzują pracownicy, którzy specjalistyczne wykształcenie posiadają, którzy posiadają w tej dziedzinie naukowe stopnie i są praktykami.

Czy brak plastycznego wykształcenia u osoby wykładającej plastyczne przedmioty na wyższej uczelni jako starszy wykładowca powinien być powodem do publicznie eksponowanej dumy – artykuł na stronie Pryzmatu (dostęp 16.10.2016 r.)

http://www.pryzmat.pwr.edu.pl/ludzie‑politechniki/89

Jaki jest wpływ takich stwierdzeń na studentów Wydziału Architektury, na ich szacunek do wiedzy, umiejętności i do wykształcenia specjalistów, którzy ukończyli ASP. A co z pracownikami Zakładu, którzy takie wykształcenie posiadają, nawet podwójne (Architektura, ASP) i są znanymi artystami. „Nie matura, lecz chęć szczera…”. Czy inne wyższe uczelnie pozwalałyby sobie na takie traktowanie specjalistów innych dziedzin i czy specjaliści innych dziedzin na takie traktowanie by się zgadzali. Wydział Architektury znalazł się w tarapatach. Ostatnia ocena Wydziału to kategoria B, na którą w mojej osobistej opinii Wydział ciężko zapracował.  

Uprzywilejowanymi przez byłego bezpośredniego przełożonego pracownikami i to zarówno pod względem dydaktycznym, artystycznym, jak i naukowym byli architekci na etacie dydaktycznym i stanowiskach starszego wykładowcy, dla uzupełnienia dodam stanowiskach objętych na drodze konieczności, nie zaś wyboru. Oczywiste jest, że uprzywilejowanie to odbywało się kosztem zarówno naukowców jak i dyplomowanych artystów. W efekcie spośród dziewięciu adiunktów, którzy niejednokrotnie współfinansowali swoje doktoraty oraz habilitacje z prywatnych środków, którzy być może tak jak i ja nie otrzymywali finansowania badań, czworo w ostatnim roku wybrało etat dydaktyczny. Ale za to może chociaż otrzymają pierwszeństwo przed starszymi wykładowcami w kolejce do dydaktycznej profesury, która jak uważam i tak nie zrekompensuje poniesionych wcześniej strat.

„Otóż, profesorem będzie mógł zostać każdy magister, który został przyjęty na etat dydaktyczny, a jego zajęcia zostaną dobrze ocenione przez "kogoś" (rektora, polityka czy biznesmena, który po reformie ma zasiadać w radzie uczelni). Zatem każdy pociotek polityka czy biznesmena, który jest magistrem będzie mógł zostać profesorem…„

https://www.salon24.pl/u/chudzicki/850173,marcowi-docenci-ministra-gowina  dostęp 15.02.2019 r.

Etat dydaktyczny proponowano również mi. Kategorycznie odmówiłam naprawiania czyich błędów swoim kosztem. Uważam, iż za mój status odpowiedzialny jest były bezpośredni przełożony, władze Wydziału oraz Uczelni, które nie reagowały na zgłaszane nieprawidłowości. Swoich praw dochodzę obecnie na drodze sądowej, procesem o nierówne traktowanie w zatrudnieniu. W trakcie trwania postępowania sądowego równolegle pojawiły się kolejne sprawy, które również usiłowałam rozwiązać drogą wewnętrzną. Bezskutecznie. Zarówno MNiSW, jak i PIP, do których zwróciłam się o pomoc zarekomendowały skierowanie spraw na drogę sądową.

Cóż może uczynić pracownik poddawany wrogim zachowaniom (oprócz złożenia pracodawcy wypowiedzenia umowy o pracę), gdy przełożeni nie reagują, lub co gorsza usprawiedliwiają takie zachowania np. w imię tzw. ”wizerunku”, dając nieme przyzwolenie do ich eskalacji. Może próbować się ukorzyć, ale gdzie jest granica „korzenia się”, albo właśnie kierować sprawy na drogę sadową.

Ale czy konieczność kierowania przez pracownika spraw na drogę sądową, gdy pracodawca nie reaguje nie jest kolejną patologią, kolejnym, doskonałym sposobem na „ukaranie” pracownika, a dla innych ostrzeżeniem: „nawet nie próbuj”. Uczelniani prawnicy nie są opłacani z kieszeni rektorów, ani z kieszeni dziekanów, ani nawet z kieszeni przełożonych, którzy gnębią swoich pracowników, tylko z naszych podatków, tak samo jak i przegrywane procesy.

„Chcesz to się sądź”, dla pracodawcy to jest przecież tylko incydent, bo o ile wiem nie ma audytów wyższych uczelni, które brałyby pod uwagę ilość wytoczonych przez pracowników sądowych spraw. Złą wolę pracodawcy mogą przełamać jedynie regulacje prawne, które uczynią wrogie poczynania oraz opieszałość w ich eliminowaniu nieopłacalnymi i to pod każdym względem.

 

 

2.png9.png1.png2.png2.png6.png