23 03.2015 17:44

http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,17639721,Jak_zostalem_zydowskim_wichrzycielem_we_Wroclawiu.html#ixzz3VC9hKzEe

Zainteresował mnie ten artykuł, bo znałam kiedyś Bralka Zeichnera. Jeździłam z koleżankami i kolegami na studenckie rajdy sudeckie, on był na nich popularną postacią, autorytetem, przewodnikiem rajdowych tras. Udzielał nam wskazówek topograficznych, pilnował, żeby wszystkie grupki i podgrupki nie zgubiły się po drodze. Po drodze śpiewaliśmy, w dobrym tonie było zajść "na piwo" lub na herbatę, zagadnąć gospodarza o mleko "od krowy". 
W marcu 1969 - jak było - wiadomo. Pamiętam okupację budynku UWr., pamiętam oburzenie i entuzjazm na wiecach i spotkaniach. Pamiętam, jak  służbę bezpieczeństwa z okien sąsiednich budynków filmowała nas i fotografowała,

Nie udzielałam się zbyt mocno, bo prócz studiów nocami pracowałam jako korektorka we Wrocławskim Wydawnictwie Prasowym na Kołłątaja, naprzeciwko IX LO. Ktoś z kolegów z prawa poinformował, że sądzą w tym dniu Zeichnera, idziemy zatem wszyscy na proces. Za co sądzą? Bo został przyłapany na przepisywaniu wiersza. Było to tak absurdalne, że pobiegłam, choćby z ciekawości...

Byłam tam, słyszałam, jak go oskarżali, że przepisał antypaństwową balladę w celu jej rozpowszechnienia i że wywiesił na balkonie UWr. kawałek pakunkowego papieru, gdzie wielkimi literami stało "Robotnicy, prasa kłamie". Myślałam sobie: "Nie polemizują, nie dowodzą, że nie ma racji, tylko go skazują." Sala lekko szumiała, sędzia nas upominał.
Zeznawali przeciw niemu świadkowie - pamiętam, że jeden był z mojego roku (nieżyjący już Jan Dębek, działacz ZMS), a drugi - doktor (docent?) od nauk politycznych, u którego zdawałam egzamin z "kierowniczej roli partii" (autentyczne!) Kawałek pakunkowego papieru z napisem "Robotnicy, prasa kłamie" posłużył jako dowód sądowy, sędzia go rozwinął i pokazał. Szum się wzmógł (na sali byli prawie sami studenci), zostaliśmy wyproszeni i reszta procesu odbyła się już bez publiczności. Dowiedziałam się potem, że został skazany. Do Izraela wyjechał wtedy nie tylko on, ale na przykład moja przyjaciółka z prawa (wcześniej z V LO), Anita Wajnrot.


Historia lubi się powtarzać - i to tak paradoksalnie, że nie uwierzyłabym, gdybym tego nie przeżyła.

42 lata później mój mąż, prof. Jaroslav Lipowski został pomówiony i obrażony też na podstawie kawałka pakunkowego papieru. Dyrektor IFS UWr. dr hab. Anna Paszkiewicz na zebraniu Rady IFS jak królika z cylindra nagle wyciągnęła płachtę, na której w poprzednim semestrze (!) informatyk na brudno zapisał dwa seminaria Lipowskiego w jednej kratce, na podstawie czego pani P. gromko i publicznie oświadczyła, że "Pan Lipowski wyłudził pieniądze od UWr.... od państwa polskiego...". (Ciąg dalszy był na tym blogu wielokrotnie opisany, więc od tego upuszczę.)
Hańba!

Kilka miesięcy później 10 osób z Rady IFS doradziło rektorowi UWr. wygnanie mnie z Uniwersytetu Wrocławskiego, a rektor z tej rady skwapliwie skorzystał (po drodze proponował mi skruchę w postaci kobiecego rozpłakania się u przywódcy rusycystów Sarnowskiego).

Za co?    Za krytykę wewnętrznej polityki dyrekcji IFS.      Dnia 25 stycznia 2011 bowiem powiedziałam, że 1) niektóre awanse naukowe są niesłuszne (nie mają podstaw w dorobku naukowym), 2) bohemiści w IFS UWr. nie są dopuszczani do głosu, nie decydują, nie dostają nagród. 

I jak w "najlepszych" latach reżimu komunistycznego - nikt ze mną nie dyskutował, nie udowadniał, że jest inaczej, nie sprzeciwiał się, nie przekonywał. Nie podoba się, to won stąd - i już!

Hańba!                              
A clou tego to okazałe wygnanie i wymazanie mnie nawet z pamięci Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, mimo że 21 lat tam uczyłam i dalej uczę. Jak w najlepszych latach reżimu stalinowskiego, z całą okazałością (tu szydercze gratulacje!)...  Jak na przykład na zdjęciach z Klementem Gottwaldem po "czystkach stalinowskich": jedna z jego politycznych ofiar (Slanský?) została z tego zdjęcia wyretuszowana, nie ma jej wcale, została z niej na zdjęciu tylko futrzana czapka, którą akurat Gottwald sobie pożyczył (pisze o tym np. Milan Kundera).

I mnie nie ma (nawet mojej niefutrzanej czapki nie ma),  ani w składzie osobowym IFS na oficjalnych stronach Uniwersytetu Wrocławskiego, ani w haśle tegoż instytutu, ponoć "naukowego" (a więc rzetelnego faktograficznie???) w Wikipedii. Jakaś "naukowa" opisywaczka widać popisała się na życzenie pani dyrektor, co stypendium, urlop i podwyżkę, jak zechce, jej załatwi.

(Na miejscu studentów strajkowałabym: dlaczego mają mnie uczyć takie fałszywe indywidua, które z prawdą obiektywną manewrują jak z owym "królikiem z cylindra"?)

Hańba!!! Dla wszystkich funkcjonariuszy, wciąż działających według stalinowskiego wzoru. I dla Uczelni samej, jeśli to swą bezczynnością popiera.

 

 

Dodaj komentarz

4.png4.png6.png3.png5.png1.png