22 11.2014 12:45

I.

Ukończyłam wrocławskie liceum, a następnie wrocławską polonistykę (bohemistką zostałam pod koniec lat 80. zeszłego stulecia). Już w liceum umoczyłam się w tytułowym rosole, ponieważ przypadkowo trafiłam do klasy, której wychowawcą był rusycysta. Wszyscy przezywali go, dajmy na to, Wafel. Był jednym z młodszych nauczycieli, często dostawał zadanie kontrolowania przed wejściem, czy obowiązkowe tarcze szkolne są odpowiednio mocno przyszyte do zewnętrznego odzienia. Na lekcjach rosyjskiego też sprawdzał, zadawał nam mianowicie mnóstwo ćwiczeń gramatycznych, które odrabialiśmy mechanicznie na lekcji lub w domu. Z językiem rosyjskim jako środkiem komunikacji rzadko jednak potem miałam do czynienia – stykałam się z nim coraz rzadziej, a po czteroletnim pobycie w Pradze i po wakacyjnych wyjazdach na Słowację zapomniałam go niemal zupełnie (prawdopodobnie na zasadzie niekontrolowanej interferencji językowej). Dodam jednak, że do zapomnienia języka rosyjskiego walnie przyczyniło się wprowadzenie stanu wojennego w Polsce.

Wróćmy do wrocławskiego liceum. Niemile zapisało mi się w pamięci na przykład straszenie naszej klasy wyrzuceniem ze szkoły. Wafel najpierw zgodził się na wycieczkę w słonecznym dniu 1 maja: przybiegliśmy rano pod szkołę, czekał już autokar. Tymczasem „wyższe partyjne sfery” wyraziły dezaprobatę z powodu planowanej wycieczki zamiast pochodowej ceremonii. „Wafel”, członek PZPR, odesłał zatem autokar, a wycieczkowiczom polecił przebrać się uroczyście i za kilka godzin wrócić na pierwszomajowy pochód. Byliśmy bardzo  rozczarowani - na pochód nie przyszedł nikt.

Zaczęto poszukiwania „przywódcy buntu”, czyli przez kolejne dni dyrekcja zostawiała nas „po lekcjach”, żebyśmy ustalili, kto z kolegów namawiał do zdezerterowania z pochodu. Albo „winni” się przyznają, albo cała klasa wyleci ze szkoły – tak mniej więcej brzmiała groźba. [Numer stary, ale jary – powtórzony na Uniwersytecie Wrocławskim w roku 2011, kiedy dyrektor Paszkiewicz z p.o.kier. Zurą kazały podpisywać deklaracje mnie potępiające, bo inaczej Zakład zostanie rozwiązany i po reorganizacji jego pracownicy nie muszą dostać zatrudnienia!!!] Wracam jednak do mojej klasy licealnej: dochodzenie zakończyło się fiaskiem, rodzice na piśmie mieli wyjaśnić nieobecność swych pociech na tym święcie (moi rodzice napisali, że zgorszyło ich postępowanie szkoły, że szkoła powinna być konsekwentna). W końcu więc wszystko rozeszło się po kościach, choć mieliśmy obniżone oceny ze sprawowania.

II.

W tych zamierzchłych totalitarnych czasach na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego nikogo nie dziwiła okoliczność, że rusycyści zawsze mają lepiej. Na przykład czytelnię rusycyści mieli większą niż poloniści, zawsze tam były wolne krzesła i dużo miejsca na rozłożenie książek czy notatek. Nie trzeba było, jak u polonistów przed sesją, na wolne miejsca polować, zaklepywać sobie do nich kolejkę.

[Teraz rusycyści mają gorzej - ciasno i daleko. Może słusznie? Ale dlaczego bohemiści też?]

III.

Zjadłam duży talerz tłustego rusycystycznego rosołu w roku 1983 lub 1984, kiedy to Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”, zanim w stanie wojennym zeszedł do podziemia, wywalczył prawo do wybieralnego obsadzania różnych stanowisk. Pracowałam wtedy w studium języków obcych pewnej wyższej uczelni, byłam kierownikiem zespołu polonistów. Kandydowałam na dyrektora studium – i wybory wygrałam! Głosowało na mnie (bezpartyjną) prawie 50 osób, przeszło trzy czwarte głosujących (anglistów, germanistów, romanistów, rusycystów i polonistów), a na moją kontrkandydatkę rusycystkę, i to rusycystkę mocno partyjną (jej krewni byli w kluczowych partyjnych funkcjach) - zaledwie osób kilka.

Rezultaty tych wyborów nie zostały jednak uznane przez Podstawową Organizację Partyjną tejże uczelni (Politechniki Wrocławskiej, powiedzmy szczerze). Pewien romanista (jedyny zresztą partyjny w tym zespole) przed gremium POP PWr. zeznał, że słyszał ponoć, jak jedna koleżanka do drugiej szeptała, że głosować na mnie każe „Solidarność”, która zarówno dla niego, jak i dla całego POP była „wroga i zdelegalizowana”. W rezultacie tego protestu dawny dyrektor Studium Języków Obcych został jeszcze na rok, a potem partyjna rusycystka (ta, na którą tak słabiutko głosowano) i tak tę funkcję otrzymała.

Żeby te „szumowiny w partyjno-rusycystycznym rosole” nie zaszkodziły mi na zdrowie, złożyłam wniosek o wyjazd za granicę, czyli skierowanie mnie na polonistykę zagraniczną (przed rokiem obroniłam doktorat). Ze względu ponoć na moje zachowanie w stosunku do PZPR, czyli odważenie się na konkurowanie z partyjną rusycystką, do której POP miało zaufanie, podczas gdy do mnie to zaufanie straciło (porównaj też wpis na tym blogu „Ślubowanie” - rusycyści dziekan Sarnowski i dyrektor Paszkiewicz „stracili do mnie zaufanie” i wpisali mi to do akt osobowych na Uniwersytecie Wrocławskim -  tym razem w roku 2011!!!), nie dostałam pozytywnej „opinii politycznej”, wymaganej w czasach totalitaryzmu przez ministerstwo.

W końcu jednak zagranicę wyjechałam, ale nie za tę „prawdziwą” - wyjechałam do Pragi.

IV.

Po powrocie z Pragi tak przejęłam się swoją bohemistyczną misją, a jednocześnie tak mocno uwierzyłam w nagłą przemianę polskiej rzeczywistości lat 90. na lepsze, że zaniedbałam poprzednie życiowe ostrzeżenia i przeniosłam się z wyżej opisanej uczelni technicznej na Uniwersytet Wrocławski, gdzie w Instytucie Filologii Słowiańskiej uruchomiono Studium Języka i Kultury Czeskiej.

Filologia rosyjska, przemianowana na „słowiańską”, z rzekomo otwartymi ramionami mnie witała (inna rzecz, czy filologia czeska w ogóle jest „filologią słowiańską”, tak jak w przestarzałym „systemowym” ujęciu?). Nie zwróciłam dostatecznej uwagi na to, że „tłusty rosół rusycystyczny” gotują tam wciąż ci sami „kucharze”, którzy wprawdzie swoją partię utracili (i tak się rozwiązała), zaczęli na przykład chodzić do kościoła - ale wyuczone metody postępowania i głębokie przeświadczenie o ich „jedynej przywódczej roli” w głowach im zostały.

A więc ugotowali mnie w tym rusycystycznym, tłustym rosole, zjedli mnie z kołdunami lub w charakterze nadzienia do lepionych przez nich rosyjskich pierogów (nie mylić z ruskimi pierogami). Wszystko, co przez 21 lat w bohemistyce zrobiłam i nadal robię, okazało się tylko i wyłącznie zagęszczaczem do pichconej przez nich obrzydliwej strawy*).

 

Smacznego zatem pani życzę, dyrektor-rusycystko, w przeszłości szefowo komórki POP PZPR!

 

Wstawka dramatyczna w dwóch aktach

Niedostatek czci, o wierze nie mówiąc

Akt I.

- Gaszę pożary – powiedział Najwyższy Strażak  w generalskim uniformie. Po czym zamiast gasić rzeczywisty pożar skierował sikawkę na gaszenie niepożądanego zarzewia między swą własną Strażacką Mością a wiernym wasalem, zręcznym operatorem knuta, politykiem od kija i marchewki. [Ponoć sikawka poskutkowała i wasal po ugaszeniu przez Strażaka żaru swej osobistej wściekłości rozchmurzył zagniewane czoło.]

- To ja, Strażak Najwyższy!– zapiszczał w słuchawkę Strażak, aż ordery mu na piersi zabrzęczały – Mój ty miły Kwiczole w Rosole, przyjmiesz interesantów jutro?... Tak?...  O jedenastej – oznajmił rzeczowo naszej robotniczej trójce (wszyscy w okularach spawalniczych i w kombinezonach roboczych, jeden z nas dźwigał pod pachą stos wydanych przez nas książek, a kieszonki na piersiach wypychały legitymacje, mało tu ważne niestety).

Najwyższy Strażak puścił jeszcze do mnie oko porozumiewawczo – Kobietom zawsze radzę... kobietom radzę – wyostrzyłam oczy i uszy, będąc ciekawą, co Najwyższy Strażak doradza tej służebnej rasie – rozpłakać się! Rozpłakać się stanowczo, jeśli tylko to się danej kobiecie uda!

Pociągnęłam więc nosem,  aktorsko sposobiąc się do wyznaczonego mi zadania.

- Nie! – krzyknął dramatycznie. – Jeszcze proszę nie płakać. Potem, potem...

Wyszliśmy więc całą naszą trójką robotniczą w milczeniu. Jeden z nas, ten z wypchaną aktówką w objęciach, odwrócił się w drzwiach i grzecznie ukłonił sekretarce. 

Akt II.

- Nieee, nieee...! Panom dziękuję, obu panom dziękuję, nie chcę – wypchał panów o rzeczonej jedenastej rzeczony polityk od kija i marchewki,  wpuszczając łaskawie do gabinetu jedynie mnie. Na sześciu biurkach miał rozłożone różne prośby, podania, żałosne skargi i lamenty..

- Proszę pani, proszę pani, ależ proszę pani.... a co to jest, co to jest, co to jest? – dłonią białą i świeżo umytą tłukł w wybrane dokumenty, pytania mi rzucając całkowicie retoryczne, bo czasu na odpowiedź nie pozostawiał. Doskonale zresztą wiedział, co odpowiem – znaliśmy się jak dwa konie, łyse i siwe.  

 - Nie uznaję, nie uznaję! Negatywna decyzja pozostaje w mocy! –zakończył wyniośle rusycysta Kwiczoł w Rosole, wyraziwszy w ten sposób wszystko, co miał do powiedzenia.

Następnie Najwyższy Strażak w generalskim uniformie podpisał się pod tym zdaniem. Są to podobno jego decyzje, choć naprawdę nikt nie wie, czy podlegają Jego Wysokości woli, czy woli Jego Pleno Titulo Plenipotentnej Omnipotencji.

 

*) Aby to określenie nie wydawało się komuś niezorientowanemu gołosłowne, podam kilka przykładów:

  1. W roku 2011 byłam pomysłodawcą, kierownikiem naukowym i głównym organizatorem konferencji „Wielkie tematy kultury w literaturach słowiańskich. Sen” (dokumentacją służę w dalszym ciągu). Dyrektor IFS, pani Paszkiewicz bez mojej wiedzy i zgody odebrała mi redagowanie tomu referatów pokonferencyjnych „Sen”.

Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego NIGDY nie wysłało mi zredagowanego tomu z konferencji „Sen” ani NIKT mnie nie zawiadomił o jego ukazaniu się.

  1. W roku 2004 doktorat pod moim kierunkiem obroniła dr Manuela Maciołek. Książka napisana na podstawie tego doktoratu wyszła w Wydawnictwie Uniwersytetu Wrocławskiego w roku 2012 lub 2013. NIGDY nie dostałam egzemplarza tej książki. Sądzę, że niewysłanie mi książki spowodowała pani dyrektor Paszkiewicz, ponieważ od p. Maciołek (przebywającej teraz w Anglii) dostałam list wyrażający m.in. delikatne zdziwienie, że nie opublikowałam recenzji książki, z której jest dumna.
  1. Pani dyrektor Paszkiewicz pozbawiła mnie gabinetu na u. Pocztowej 9, mimo że mam troje doktorantów. Kończy się siódmy semestr, jak prowadzę seminaria doktoranckie w domu. Jedna doktorantka co prawda w zeszłym semestrze formalnie odpadła z tych studiów, bo nie dostała zaliczenia praktyki ze studentami (na IV roku studiów!). Poprzednio przez 6 semestrów sumiennie grupy studenckie prowadziła, choć NIGDY nie dostawała stypendium. Pikanterii temu faktowi dodaje jeszcze okoliczność, że pani wicedyrektor rusycystka, która w IFS zalicza doktorantom praktykę ze studentami, drukowany dorobek naukowy ma o wiele mniejszy niż ktokolwiek z całej trójki doktorantów (wicedyrektor ma w dorobku jeden artykuł).

Zaznaczam, że przeciw samej rusycystyce jako nauce nic nie mam. Piszę o LUDZIACH, którzy jej specjalne usytuowanie wykorzystywali dla swoich celów i - o dziwo! - dalej je podle wykorzystują, nosząc w sobie kompleksy wyższości, ważności, specjalnego znaczenia oraz kompleks utraty poprzednich przywilejów. 

 

 

 

6.png1.png2.png8.png8.png6.png