Po ukończeniu studiów historycznych w roku 1990 Dorota rozpoczęła pracę w jednym z podlaskich muzeów. I pewnie doczekałaby tam emerytury, gdyby nie wpadła w oko Waldkowi R. Facet chociaż żonaty ciągle oglądał się za młodymi kobietami. Pewna pani, na której Waldek również "zawiesił oko" do dzisiaj przechowuje SMS-y od niego z niedwuznacznymi propozycjami.

Waldek "wyrwał" Dorotę z zapyziałej podlaskiej prowincji na swój uniwersytet i wręcz na siłę próbował zrobić z niej naukowca. Dopiero po dziewięciu latach doktoryzowała się u prof. S. A., mimo niemałego wsparcia ze strony Waldka. Trochę dużo to zajęło jej czasu jak na obecne standardy, ale niech tam... Doktorat dotyczył jej rodzinnego Podlasia, jednak później w Dorocie obudził się duch białoruski. Przedstawiała się wszędzie jako Białorusinka i zaczęła interesować się historią Białorusi. Miała nawet okres kiedy zaczęła chodzić do cerkwi prawosławnej mimo, że wychowano ją w katolicyzmie, ale to drobny szczegół, nie będę opisywał dlaczego, bo można byłoby skonać ze śmiechu.

Na habilitację harowała następne kilkanaście lat, aż wreszcie w roku 2011 otrzymała stopień. Mało kto jednak zna kulisy powstania jej jedynej książki o białoruskiej republice socjalistycznej. Dorota do tęgich głów nigdy nie należała. A szczególnie nie szło jej z nauką języków obcych. Rosyjskiego uczyła się w szkole, jednak mówić nie potrafi, ledwo radziła sobie z tłumaczeniem tekstów rosyjskich przy pomocy słownika. Uważała się za Białorusinkę, ale po białorusku zupełnie nic nie potrafiła powiedzieć. Trochę ze studiów miała pojęcia o angielskim, ale również nie na tyle, aby korzystać z tego języka w swoich badaniach naukowych i publikacjach. Dotarłem do informacji, że jakiś czas uczęszczała nawet na lektorat języka litewskiego na swojej uczelni, ale to nie taki prosty język jak myślała na początku i szybko zniechęciła się. Jak zatem Dorota w swoim dorobku naukowym ma publikacje po angielsku, białorusku, ukraińsku, rosyjsku, a nawet po litewsku? Mimo braku znajomości języków obcych pod żadnym z jej obcojęzycznych artykułów brak nazwiska tłumacza. Zacząłem bliżej interesować się znajomością języków obcych Doroty.

Okazało się, że jej jedyną książką - nie licząc pomniejszych broszurek - to historia Białorusi na przełomie lat 20 ubiegłego stulecia. Aby ją napisać Dorota udała się do Mińska, gdzie mieszkała miesiącami u dziewczyny imieniem Marina, która studiowała na jej uniwersytecie. Dorota szybko z nią nawiązała dobry kontakt jak Białorusinka z Białorusinką. Tym bardziej zależało Dorocie na utrzymaniu tej znajomości, że matka Mariny pracowała w jednym z głównych archiwów państwowych na Białorusi. Matka miała dostęp do dokumentów, które skanowała i wynosiła, a córka znała świetnie polski i tłumaczyła dokumenty z białoruskiego i rosyjskiego, ponieważ to przerastało umiejętności Doroty. Dorota siedziała w Mińsku i korzystała z pracy tych kobiet. Zapewne zapłaciła im za przysługę. Miała na napisanie tej pracy grant, z którego musiała się rozliczyć. Jak to zrobiła tego nie wiem, ale jeśli tam była pozycja pt. tłumaczenie dokumentów z białoruskiego i rosyjskiego na polski, to hańba dla historyka zajmującego się Białorusią. Powiedziałbym więcej, to dyskwalifikacja. Aby nie być gołosłownym na YT jest film z wykładem Doroty po białorusku, który tak naprawdę czyta z kartki i to nieudolnie. Nawet dziecko zorientuje się, że nie zna tego języka, a powinna jako Białorusinka i naukowiec zajmujący się Białorusią. Mało tego, w swojej książce Dorota nie raczyła podziękować kobietom z mińska za wkład w napisanie swojej pracy, tak jakby powstanie jej to w pełni zasługa autorki.

Dorota zupełnie nie jest przygotowana warsztatowo do badań historii Białorusi, ponieważ nie zna żadnego języka, w którym zostały napisane najważniejsze dla dziejów tego kraju dokumenty (litewski, białoruski i rosyjski). Jedyna jej książka (wymieniona wyżej) została bardzo źle oceniona szczególnie na Litwie. Zarzucono jej ewidentne błędy oraz to, że nie wykorzystała wielu istotnych źródeł litewskich w swoich badaniach przez co książka jest niepełne, a wnioski końcowe są obarczone wadą (3). No, ale jeśli ma ona tak niewystarczające przygotowanie do badań naukowych, nie ma co się dziwić. Dorota nie posługuje się w praktyce żadnym językiem obcym. To bardzo łatwo sprawdzić empirycznie, wystarczy podejść do niej i zacząć mówić, którymś z języków obcych jej publikacji. Nie chcąc się skompromitować, z pewnością ucieknie. Poza tym, książkę swoją napisała na podstawie kopii, kiedy znajdują się oryginały, których ona nie widziała nigdy na oczy, już przez ten sam fakt nadaje się do kosza. Nic nie stało na przeszkodzie, aby osobiście w białoruskim archiwum pracować nad nimi. Tam są różne ograniczenia, ale nie w sytuacji kiedy ktoś chce pisać o socjalistycznej białoruskiej republice. Na takie prace jest tam ogromne propagandowe zapotrzebowanie.

Ale idźmy dalej. W mojej obecności Dorota otrzymała list elektroniczny po angielsku i musiała pilnie nań odpowiedzieć. Jednak była poza domem i uczelnią. Wpadła w panikę, ponieważ nie miała dostępu do słownika języka angielskiego. Widząc jej wielkie zakłopotanie zaoferowałem pomoc. Uczyłem się kiedyś angielskiego i pracowałem w Anglii, więcej niż dobrze posługuje się tym językiem, zaoferowałem jej swoją pomoc. Treść listu była banalna. Do jego przeczytania i napisania odpowiedzi nie potrzebny był żaden słownik - prosta sprawa i proste słownictwo. Ta sytuacja skłoniła mnie do zastanowienia się kim właściwie jest Dorota i czy ktoś taki jak ona powinna być profesorem uniwersyteckim. Dla mnie zwykłego robotnika po zawodówce i technikum wieczorowym wydało się to bardzo dziwne.

Dorota pochwaliła się, że bywa na wszystkich możliwych zagranicznych konferencjach i sympozjach naukowych fundowanych przez uniwersytet. Oczywiście nigdy nie zabiera na nich głosu. Z przyczyn wiadomych (nie zna języków). Jaki jest zatem cel tych wyjazdów? Jak przyznała się sama, bywa zagranicą, aby coś zwiedzić, poznać nowych ludzi, może los uśmiechnie się do niej i pozna podczas konferencji przyszłego męża. Ponadto jest wówczas okazja zjeść coś dobrego, nietypowego dla polskiej kuchni i popróbować nowych trunków. Nie należy do osób, które wylewałyby za kołnierz. A że ma odpowiednią wagę, toteż wlać w siebie może sporo, więcej niż niejeden mężczyzna, czym wzbudza podziw wśród swoich biesiadników. To są cele jej wypraw naukowych!!! Nie dziwie się teraz, że w światowym rankingu uniwersytetów, polskie uczelnie są na szarym końcu. Przez takie miernoty marnowane są niemałe środki finansowe, które mogłyby pomóc bardziej zdolnym i ambitnym naukowcom.

Dorota jest osobą niezwykle towarzyską. Zresztą na historii utarł się zwyczaj chodzenia po pracy do knajp na piwo. Przy tym piwie stworzyła się swoista klika, która trzymała ze sobą, popierała się, pisali sobie na wzajem pozytywne recenzje i wzajemnie promowali się gdzie tylko to było możliwe. Poza tym Dorota wykorzystywała dom swego ojca na Podlasiu, do którego zapraszała na wakacje wszystkich, kogo później mogłaby w jakiś sposób wykorzystać. Zainteresowałem się kto tam przyjeżdża. Kalendarz był pełny, przede wszystkim najróżniejsi profesorowie z rodzinami, nawet z zagranicy, redaktorzy czasopism historycznych, w których trzeba publikować, aby wykazać się punktami, koledzy z uczelni. I różni inni ludzie, którzy mogą się w przyszłości przydać do czegokolwiek. Będąc w tak bliskiej komitywie z ludźmi z branży i nie tylko, trudno nie piąć się po szczeblach kariery naukowej w Polsce. Prawda?

Dorota ma co prawda prawie 200 publikacji. Ale jaki to jest poziom? Wiele z nich to dosłownie szkolne wypracowania. Sama przyznała, że musi pisać dużo i publikować w czasopismach punktowanych, aby nie stracić pracy. Widocznie jej pozycja nie jest na tyle silna, aby była pewna swojej posady w dłuższej perspektywie. Więc nie jest ważne czy to co napisze ma jakiś wkład w rozwój nauki czy nie, ważne są punkty. Doszło w Polsce do patologii polegającej na publikowaniu za punkty. Nie chcę teraz rozwodzić się nad tym, naukowcy wiedzą o czym piszę. Poza tym jak stwierdziła, publikuje głównie w niezależnej naukowej prasie białoruskiej, stąd wiele osób jej prac może nie znać. Wywołało to we mnie niemałe zdziwienie, ponieważ jak dobrze orientuję się, nie istnieje żadna niezależna białoruska prasa, tym bardziej naukowa. Jeśli publikuje ona na Białorusi to musi współpracować z reżimową prasą. Ciekawe co ona tam wypisuje? Sprawdziłem tę informację, najprawdopodobniej Dorota mija się z prawdą, bo nie znalazłem żadnej jej publikacji w niezależnej prasie białoruskiej. No chyba, że jest to zupełnie tajna prasa, o której nikt nic nie wie.

Dorota również ledwo potrafi obsługiwać komputer. Nie ma żadnego pojęcia o wykorzystaniu go w badaniach naukowych. Nigdy nie słyszała o programie "Kleio" wspomagającym prace historyka i o innych tego typu narzędziach informatycznych.

Sama będąc marnym historykiem, wszędzie krytykuje innych. A najbardziej nienawidzi chyba Normana Daviesa. Jednak do tej pory nie zdobyła się na krytykę któregokolwiek z jego dzieł. Wie doskonale, że błotem może go obrzucać jedynie w towarzystwie nie specjalistów, natomiast jeśli rzecz o recenzji, na to nigdy nie odważy się, mogłoby to dla niej zakończyć się tragicznie jako dla naukowca.

Nie mogę przy tym wszystkim pominąć aspektów pozanaukowych jej życia. Byłem wręcz zszokowany jej poglądami na świat i opiniami jakie wygłaszała na temat innych religii, ludzi innych narodowości, orientacji seksualnych, migrantów itp. Sama pochodzi z miasta, które najbardziej znane jest w Polsce z aktywności organizacji nacjonalistycznych, w którym dochodzi do częstych napadów na obcokrajowców. Tamtejsze lokalne społeczeństwo jest wyjątkowo ksenofobiczne i homofobiczne. Dorota jak najbardziej podziela ich poglądy i zupełnie nie kryje się z nimi. Zastanawiam się co ona może opowiadać studentom podczas zajęć czy seminariów. Mamy tutaj jakieś rozdwojenie jaźni, z jednej strony uważa się za Białorusinkę, a z drugiej popiera polskie ruchy nacjonalistyczne. Pochwaliła się, że zrobiła wykład studentom na temat upadku białego człowieka w Szwecji. Do jej stałego repertuaru jest oskarżanie polskiej mniejszości na Litwie. Nie rozumie również, że istnieje coś takiego jak prawo międzynarodowe, które jasno określa warunki przyłączenia terytorium jakiegoś kraju do drugiego lub z części jakiegoś kraju ustanowienie nowego podmiotu prawa międzynarodowego. Stąd uznaje Krym jako teren Rosyjskiej Federacji, a jednocześnie nie uznaje Kosowa jako niezależnego państwa. Nie będę opisywał wszystkiego co mówiła, ponieważ może wydawać się to nieprawdopodobne. Tyle głupot co ja nasłuchałem się od jednej polskiej profesorki, nie słyszałem przez całe swoje życie od zwykłych, przeciętnych ludzi. Chciałem napisać do władz uczelni, ale dałem sobie spokój. Zapewne wszyscy spędzali już wakacje w domku jej ojca na podlaskiej wsi.

 

 

Dodaj komentarz

Komentarze   

-2 # Abc 2020-01-19 17:05
Nie odwracajcie kota łogonem. Mężczyzna(!) po zawodowce/technikum nie robi na uczelni za pisz-panne w sekretariacie tylko zazwyczaj jako np. informatyk, złota rączka, portier, itp. Przynajmniej ja nigdy w pracach typowo babskiej na uczelni chłopa nie widziałam. A już chłopa piszącego takie bzdety tym bardziej.
Odpowiedz
+2 # XYZ 2020-01-21 23:09
Myślę, że to ty próbujesz odwrócić uwagę od istotnego problemu. Jak rozumiem chodzi w tym materiale o trzy istotne problemy:
1) brak przygotowania językowego wielu polskich naukowców, a także nieumiejętność korzystania z narzędzi informatycznych, co w przypadku bohaterki tego tekstu można bardzo prosto udowodnić
2) Brak nazwiska tłumacza pod artykułami w obcych językach tej Pani, co jest oszustwem
3) wykorzystywanie domu na Podlasiu do korumpowania wielu osób, które miały wpływ na jej ścieżkę zawodową, co również można łatwo dowieść
Proponowałbym skupić się na tymi kwestiami.
Odpowiedz
+1 # Joanna 2020-01-13 07:42
Do ABC - gdyby studia wyższe były przepustką do świata wszechwiedzy, Polska byłaby oazą mądrości...
W końcu mamy jeden z najwyższych odsetek młodzieży studiującej w Europie :)
Odpowiedz
+1 # XYZ 2020-01-12 17:03
Abc, to nie argument. Stive Jobs również ukończył tylko szkołę średnią, a był geniuszem komputerowym. W Polsce utarło się mieć za nic ludzi po zawodówkach. Chciałbym przypomnieć, że jeden z prezydentów i premierów Polski również mieli ukończone zawodówki. Zresztą, szkoda czasu na takie jałowe dyskusje, wygoogluj "wybitni ludzie bez wykształcenia". To co zobaczysz powinno dać ci do myślenia. Pozdrawiam!
Odpowiedz
-2 # Abc 2020-01-12 08:12
Jakieś to zmyślone i grubymi nićmi szyte - opowiadający niby twierdzi, że jest po zawodowce i wieczorowym technikum a potem nagle jest specjalistą od oprogramowania używanego przez historyków... Ściema.
Odpowiedz
5.png9.png9.png5.png2.png5.png