Tajemnica poliszynela (i inne tajemnice) 20 12.2015 17:42

Poliszynel wie, że pozbyli się mnie z Uniwersytetu Wrocławskiego bezczelnie, głupio i bez sensu. Utworzyłam wrocławską bohemistykę od jej podstaw (od roku 1990), uczyłam pierwszych pracowników, przez 21 lat byłam jej kierownikiem. Wyrzucili mnie zaraz po wystąpieniu przez rektora o tytuł profesorski dla mnie i po wystąpieniu przez rektora o nagrodę Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego dla mnie za książkę „Historia literatury czeskiej”, którą wydał Zakład Narodowy im. Ossolińskich. Tę książkę oraz książkę „Kapoan” otrzymał ode mnie rektor, prof. Bojarski, o drugą z nich nawet się przymówił, choć pierwsza też go uradowała.

No więc dlaczego mnie rektor wyrzucił, nie zgodził się nawet na wycofanie mego podania o emeryturę 5 dni po jego złożeniu (wliczając w to weekend), choć na WSZYSTKIE inne połączenia emerytury i pracy na Wydziale Filologicznym się zgodził? Dlaczego zostawił mnie „na lodzie” z trojgiem doktorantów, mnóstwem rozpoczętych wątków naukowych i planów (grantów też), bez gabinetu i bez studentów?     

Otóż dlatego, że zażyczył sobie tego ówczesny dziekan Wydziału Filologicznego, rusycysta Michał Sarnowski, specjalnie zaakceptowany przez rektora. Poliszynel wie, że przede wszystkim  (ale nie jedynie) dzięki „załatwieniu” umowy między Uniwersytetami we Wrocławiu i w Tomsku. Poliszynel twierdzi, że ówczesny dziekan miał w Tomsku prywatne „wejście”. Jakie to było wejście, poliszynel nie chce zdradzić (chyba że na ucho).

Dodatkowym argumentem w mojej sprawie (prócz "zasług" dziekana w Tomsku) w oczach rektora stały się rezultaty głosowania w Radzie Instytutu Filologii Słowiańskiej, które nie były dla mnie korzystne (dyrektor Paszkiewicz taki wynik „załatwiła”, dzwoniąc wcześniej do członków tej Rady – dyskusji więc na Radzie nie było żadnej). Co prawda rektor wszem i wobec obiecywał, że będzie słuchał tylko głosowania wyższego stopnia, na Radzie Wydziału Filologicznego, ale tu go nie posłuchał – i co mu kto zrobi? (dodaje poliszynel).

Drugim argumentem były 3-4 podpisy koleżanek z Zakładu Bohemistyki na oświadczeniu nieprawdziwym i oczerniającym mnie, które ułożyła p. Zura (obiecano jej za to, że mnie w funkcji kierowniczej zastąpi)  i namówiła do podpisania jej swoją przyjaciółkę p. Chrobak, p. Ptak i p. Zipser.

Co prawda te wszystkie panie wiele mi zawdzięczały, ale „wdzięczność” trwa tylko do chwili, kiedy innej personie, „ważniejszej”, można się zawdzięczyć.

Pani Zura, która wyrobiła sobie złą opinię w Wyższej Szkole w Wałbrzychu i w Wyższej Szkole w Nysie, prosiła mnie usilnie o przyjęcie do pracy na UWr. (chciała ponoć współpracować z polonistami). Wtedy jej uwierzyłam. 

Panią Chrobak znalazłam przez p. Zurę - i tu nie dość uwagi poświęciłam jej rozprawie doktorskiej o polskiej literaturze dziecięcej (biję się w piersi) - ale starałam się jej pomóc w doskonaleniu się i nawet napisałam za nią „jej” artykuł. Pani Ptak to oddzielna historia, w każdym razie byłam promotorem jej pracy magisterskiej i przez jakiś czas nawet doktorskiej, ale nie udało się jej streszczenie prostego artykułu naukowego, odeszła więc do językoznawców. Panią Zipser na jej wyraźną prośbę chroniłam przed przedwczesnym wysłaniem na emeryturę, ale dyr.  Paszkiewicz widać jej obiecała, że sama „lepiej” ją będzie chroniła. (Tym niemniej po roku ją na emeryturę wysłała – poliszynel twierdzi, że p. Zipser poszła, ale cała czerwona z wściekłości.)  Podpisaną przez te panie deklarację p. Sarnowski czym prędzej zawiózł do rektora Bojarskiego, żeby mu unaocznić, że moje „koleżanki” mnie nie chcą.

Czemu panie  w ogóle tę wstrętną i nieprawdziwą deklarację podpisały?

Otóż pani Zura (jako p.o.kier.) i dyr. Paszkiewicz skłamały przed nimi, że chcąc zreorganizować Instytut Filologii Słowiańskiej  (rzeczywiście chciałam wydzielić bohemistykę, zorganizować katedrę, ale to była tylko propozycja), naraziłam ponoć kolegów na utratę pracy. Reorganizacja – skłamały ww. osoby - polega na wręczeniu wypowiedzeń (nieprawda!), przyjmuje się je z powrotem „po uważaniu”, sprawdzając dokładnie dorobek naukowy. Ponieważ wymienione panie nie należały bynajmniej do „orłów”, do silnych naukowo pracowników Zakładu Bohemistyki, więc bały się takiego rozwoju sytuacji. Wystarczy skłamać i postraszyć – nikt nikogo z kłamstwa nie rozliczy, a skutki pozostają.

Poliszynel jest bardzo ciekawy, co ja na ten temat myślę, czy żałuję takiego rozwoju sprawy. Pewnie, że żałuję, ale przede wszystkim lat straconych na zakładaniu bohemistyki, uczeniu się i uczeniu studentów, na pisaniu książek. Sama praca naukowa jest ciekawa, ale wiele nauczających osób bardzo zainteresowanych nią nie jest (ot, żeby się nazywało, przepycha się pożądane doktoraty i habilitacje), natomiast bywa wygodna. Niektóre osoby mają na przykład troje dzieci (których ja nie mam), albo dojeżdżają z daleka, więc w pewnym sensie moralnie czują się „usprawiedliwione”, żeby stale się wykręcać. Często też w zainteresowaniach naukowych są nieszczere albo nie reprezentują dość intelektualnego typu umysłu (tu mnie poliszynel karci za zbytnią oględność).

Przede wszystkim nie opłaca się pracować na serio, tak jak ja pracowałam (i znam z otoczenia jeszcze kilka osób tak pracujących).  „Opłaca się” natomiast po wejściu w środowisko zaskarbić sobie życzliwość tego środowiska (które nie ma pojęcia o treści naszej pracy, nawet go to nie interesuje), podlizywać się mu nieustannie, łasić się jak pies do najważniejszych w danej chwili „kolegów” (z czym treść i poziom pracy naukowej oczywiście nie ma nic wspólnego).

Czym się łasić? Odwiedzaniem się nawzajem w domach, zapraszaniem na imieniny czy święta, wspólnym piciem wódki, wymianą przepisów na sałatkę i na sernik, opowiadaniem kawałów, nawet niesmacznych  – chyba nie muszę ciągnąć, wszyscy to znają...  Konieczna jest również elastyczność w sprawie głosowania na radzie instytutu (wydziału) – trzeba głosować tak, jak się widzi na oczach dyrektorowi, tak jak chce „ważna osoba”.

Co prawda niebawem wszyscy się znienawidzą nawzajem, ale przy łaskawie wiejących wiatrach przetrwać w ten sposób życie można

Zofia Tarajło-Lipowska   

P.S. Zapewne wielu czytających zechce wiedzieć, czy podobnie widzę czeskie środowisko naukowe, które trochę znam. Otóż tam bywa w pewnym zakresie podobnie, ale nie całkiem tak. Po pierwsze Czesi są większymi formalistami, po drugie bardziej patrzą sobie na ręce (trudno tam stworzyć kliki i koterie), po trzecie bardziej się siebie nawzajem boją (jak sprawa się ujawni, to trudno ją zakleić) i bardziej się pewnych postępków wstydzą. Nie na darmo „prawda” jest tam najwyższą kategorią (pisałam o tym w książce o Havlíčku Borovskim).

 

 

Dodaj komentarz

7.png4.png1.png6.png0.png2.png