27 08.2014 21:41


Nawiązuję zwłaszcza do takich wpisów na blogu, jak "Polityka "stołka" za każdą cenę", ale prawie wszystkie wpisy tutaj dotyczą tej samej sprawy: podłych i niezgodnych z przyzwoitością praktyk na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego, których ofiarą stałam się ja, prof. Zofia Tarajło-Lipowska oraz językoznawca prof. Jaroslav Lipowski, a także kilka innych osób, o których wspomnę, i zapewne przynajmniej kilka dalszych, o których tutaj nie wspominam.

Źle się bowiem dzieje w "państwie filologicznym" na tym Uniwersytecie, polityka personalna w wielu przypadkach polega na polowaniu z nagonką na niewygodnego zwierza "w rewirze" zawłaszczonym przez grupę osób uważających się za jego wyłącznych zarządców, kosztem studentów, doktorantów i kosztem rozwoju naukowego Wydziału. Polowania z nagonką nie uwzględniają faktycznej roli tej jednostki w nauce i w procesie dydaktycznym - "myśliwych" nie obchodzi to, czy ofiara ma duży dorobek, czy pomagała młodszym kolegom zdobyć ten dorobek, budowała pracownie czy biblioteki, zdobywała dla Uczelni punkty, dostała grant międzynarodowy itp. Kryterium nagonki wyłącznie staje się  wyimaginowane zakłócanie "wygody" rządzącym, którzy ten rewir zawłaszczyli, niezgoda ofiary na rolę spłoszonej wiewiórki, myszy czy borsuka uciekających do norki, ile sił, w trwodze przed byle krzyknięciem.

- Józku, czemu czegoś tutaj nie powiesz? Nie staniesz w obronie pani Tarajło-Lipowskiej, skoro wiesz, że dzieje jej się krzywda?
- Nie mogę, bo jeszcze nasza wicedyrektor nie da mi pieniędzy na delegację... i co wtedy?!
Fragment w nawiasie pochodzi z zasłyszanej rozmowy na Radzie Wydziału Filologicznego UWr.

Polowania z nagonką to stara metoda, z grubsza polegająca na tym, że psy myśliwskie osaczają i oszczekują ofiarę, którą następnie myśliwy zabija celnym strzałem. Tutaj chodzi o wyrzucenie ofiary poza "rewir", niech się schowa w innej uczelni lub państwie.

 "Głupi niedźwiedziu! gdybyś w mateczniku siedział,
Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział;
Ale czyli pasieki zwabiła cię wonność,
Czy uczułeś do owsa dojrzałego skłonność,
Wyszedłeś na brzeg puszczy, gdzie się las przerzedził,
I tam zaraz leśniczy bytność twą wyśledził,
I zaraz obsaczniki, chytre nasłał szpiegi,
By poznać, gdzie popasasz i gdzie masz noclegi;
Teraz Wojski z obławą, już od matecznika
Postawiwszy szeregi, odwrót ci zamyka."

Mówiąc nawiasem, oszołomiła mnie adekwatność Mickiewiczowskiego cytatu do mojej osobistej sytuacji. Wojski-Sarnowski bowiem zamknął mi  odwrót, "postawiwszy szeregi (nagonki - przyp. mój) już od matecznika" (proszę porównać to z wpisem "Siłą bezsilnych jest jawność III", gdzie dokładnie opisuję technikę "odcięcia mnie od matecznika"). Ja, niedźwiedź,  gdybym siedziała cicho na stopniu doktora habilitowanego, nie wysilała się na nic więcej, "nie poczuła do owsa dojrzałego skłonność", nie starała się o dobro bohemistyki (tej "wonnej pasieki" - kto "przywonił", mówiąc z czeska, ten sam to przyzna) i o jej rozwój, nie organizowała grantu dydaktycznego na nową specjalizację magisterską, nie tępiła plagiatów prac magisterskich, i to praktycznie (nie tylko teoretycznie, jak rożne oddziekańskie "rozporządzenia"), to były dziekan Sarnowski nie odstrzeliłby mnie, ponieważ ledwie by o mnie, schowaną w gąszczu, wzrokiem zawadzał, nie "sprowokowałabym" go swoją aktywnością do strzału. 

"Polowanie z nagonką" jest techniką używaną w polityce wewnętrznej dla rozprawienia się z tymi, co "podnoszą głowy". Przypomina mi się rzeź galicyjska z roku 1846, kiedy austriackie władze podpuszczały nieświadomych i niepiśmiennych chłopów, aby sami rozprawili się z galicyjską szlachtą. Obecnie w uniwersyteckich kręgach, czyli w kręgach piśmiennych (!), metody nagonki są inne - zbiera się PODPISY, nakłania do podpisania deklaracji czy petycji, które stają się argumentem do represji, łącznie z wyszczuciem na inny rewir, czyli z pozbyciem się niewygodnego "zwierzęcia".

Nagonka na italianistów w latach 2005-2006
Jej przedmiotem stało się małżeństwo dr Diany Kozińskiej-Donderi i dr Brunona Donderi, którzy zostali wygnani - ponoć bardzo nieładnie - z Uniwersytetu Wrocławskiego. Oboje mieli zaawansowany dorobek naukowy, byli bliscy habilitacji, zajmowali się ciekawymi tematami. Wiem, że narzędziem nagonki stały się deklaracje, których podpisywanie zorganizowano w dwóch instytutach Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie ci państwo uczyli.
Skutkiem wygnania (lub pretekstem do wygnania) stało się zamknięcie italianistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, z czego natychmiast skorzystała Wyższa Szkoła Filologiczna (płatne studia) na ul. Sienkiewicza i otworzyła italianistykę u siebie.
Co na to świeżo wykształceni italianiści, którzy musieli za studia płacić, nie mogąc skorzystać z dobrodziejstwa bezpłatnego nauczania na poziomie wyższym? Szczycimy się przecież tym dobrodziejstwem.

Nagonka na arabistkę
Sprawa pani dr Anny Nawolskiej jest dokładnie opisana na jej blogu, którego adres jeszcze raz tu przypomnę: http://folwarkuwr.wordpress.com/

Warto zwrócić uwagę, że nagonka ta miała charakter wręcz klasyczny (zgodny z nazwą instytutu, o który tutaj chodzi), ponieważ w celu podpuszczenia i poszczucia na prześladowane "zwierzę" posłużono się prywatną korespondencją wyłożoną przez dyrekcję "klasycznego" instytutu do wiadomości publicznej (sic!).

Pamiętajcie, drodzy naukowcy i adepci nauki, zwłaszcza na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego, że zawsze i stale Wasza dyrekcja jest wobec Was ambiwalentna :
zadowolona z Was - niezadowolona,
chwali Was - gani ,
akceptuje - ma poważne zastrzeżenia,
uważa Was za geniuszy - uważa Was za idiotów czy plagiatorów itp.
- i to wszystko jednocześnie .
Jak sztukmistrz z cylindra DYREKCJA czy DZIEKAN wyciągnie na Was królika białego albo czarnego, czyli wygłosi najwyższe pochwały lub obrzuci najgorszymi inwektywami i naganami, zależnie od aktualnych stosunków z dyrekcją i dziekanem.  Najlepszym przykładem jestem ja, bo w kolejnych latach 2008, 2009, 2010 dostawałam kolejno zaszczytne odznaczenia państwowe (za wzorową pracę naukową i dydaktyczną), w roku 2011 nawet nagrodę ministerialną za wybitne osiągnięcie naukowe - i w tym samym roku 2011 wskutek pogorszenia się stosunków między mną a dziekanem Wydziału Filologicznego UWr. (był nim wtedy rusycysta, kolega z ławy studenckiej, rączka w rączkę z dyrektor-rusycystką) nagle okazałam się pracownikiem nic nie wartym, którego w pięć minut można się pozbyć (mechanizm pozbycia się mnie jest we wpisie: Siłą bezsilnych jest jawność III) i zastąpić byle docentem z Czech, nawet takim, którego tam wyraźnie nikt  nie chce i który tu dostaje do prowadzenia lektoraty języka czeskiego (że źle się z nich wywiązuje, informuje list od studentki, umieszczony tu we wpisie: Studentka bohemistyki pisze)
Kuglarstwo naukowe? Cyrk czy nauka?

Nagonka na bohemistów
Do roli psów myśliwskich nie dali się sprowadzić studenci ze studiów wieczorowych (było to w roku 1998 lub 1999, jeszcze w siedzibie na pl. Nankiera, ). Do kilkuosobowej grupy przyszła ówczesna wicedyrektor Instytutu Filologii Słowiańskiej, namawiając ich, aby napisali na mnie skargę do dziekana. Przyniosła nawet czystą kartkę papieru i długopis. Ja, dodam, nic o tej "akcji" nie wiedziałam. Studenci do napisania skargi skłonić się nie dali i przy najbliższej okazji ostrzegli mnie przed nagonką. Prowadziłam wtedy na wieczorówce ćwiczenia z przekładu (literaturę czeską miał rusycysta, ówczesny dyrektor Instytutu Filologii Słowiańskiej) - sugestię pani wicedyrektor, że studenci mieliby się poskarżyć na moją rzekomą "niekompetencję w czesko-polskim przekładzie", przyjęłam jak dowcip. Wyjaśnię, że od roku 1990 jestem tłumaczem przysięgłym, poza tym w dorobku miałam już wtedy tłumaczenie z czeskiego dwóch książek, kilku artykułów naukowych, poezji, esejów, opowiadań itp., a nawet symultaniczne tłumaczenie wielu konferencji. Wówczas posądzenie mnie o "niekompetencję" uznałam za prosty brak wiedzy o mnie i brak zainteresowania tym, co robię (byłam na UWr. pierwszą bohemistką), ale teraz wiem, że zgodnie z powyżej opisaną zasadą wyciągania "białego lub czarnego królika z cylindra", udowodnienie moich kompetencji jako nauczyciela tłumaczenia polsko-czeskiego nic tu nie miało do rzeczy: mogłam nawet nie znać czeskiego i wszystko byłoby w porządku, gdybym była przez ówczesnego dyrektora IFS w tym momencie akceptowana. W gruncie rzeczy próba zapolowania na mnie ze studencką nagonką (próba nieudana, jak wspomniałam) była zemstą za to, że w obecności ówczesnego dziekana-polonisty poskarżyłam się, że moja książka habilitacyjna (była w planie wydawniczym) od 8 miesięcy leży w Wydawnictwie Uniwersyteckim i podobno nie ma na druk pieniędzy, podczas gdy książki na stopnie naukowe miały ponoć  pierwszeństwo

Na wiosnę roku 2011 do nagonki udało się jednak namówić  cztery lub pięć pań z Zakładu Bohemistyki Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Odbyło się to jednak w sposób, który dotąd napawa mnie obrzydzeniem. Dyrektor Paszkiewicz i p.o. kier. Anna Zura (mianowana zresztą bezprawnie - patrz wpis: Jak rektor Uniwersytetu Wrocławskiego naruszył prawo) za moimi plecami - choć wciąż byłam pracownikiem tego Zakładu - i za plecami prof. Lipowskiego zorganizowały kilka zebrań Zakładu Bohemistyki", na których namawiały do podpisywania deklaracji, które mnie oczerniały.

Czego dotyczyły te deklaracje? Wiem, że jedna z deklaracji głosiła, że podpisujący "utożsamiają się ze światem slawistycznym" (miała to być kontra na moją propozycję - i tylko propozycję, żeby utworzyć Katedrę Bohemistyki na wzór istniejącej już  Katedry Niderlandystyki). Druga deklaracja głosiła, że niżej podpisane panie nie zgadzają się z moim zdaniem na temat pani Zury, wyrażonym na Radzie IFS. O pani Zurze to i owo wiedziałam - dotąd ją chroniłam, ale skoro ta pani, którą przyjęłam do pracy w PWSZ w Nysie i zaprotegowałam na UWr., podjęła się jednej z głównych ról w nagonce na mnie (czego odmówił dr M., odmówiły dr. Ż. i dr G.), to z jakiej racji miałabym ją chronić nadal? Czas zresztą pokazał, że miałam rację.


Kto podpisał te negatywne dla mnie deklaracje? Cztery lub pięć pań, z których każda wiele mi zawdzięcza (patrz wpis: Z pamiętnika i z listownika wrocławskiej bohemistki), wliczając w to pp. Zurę i Chrobak, zaprzyjaźnione od ławy studenckiej na opolskiej polonistyce. Wszystkie panie co prawda były przez dyr. Paszkiewicz straszone utratą pracy (- Macie dobrą pracę, trzeba ją szanować... - mówiła; dodam, że w świetle listu "Studentka bohemistyki pisze" praca rzeczywiście trafiła im się lekka, łatwa i wygodna, choć wątpię, czy przyjemna, bo studenci czują, jak się ich lekceważy). Pani Paszkiewicz i pani Zura, popierana przez panią Chrobak,  posłużyły się przy tym kłamstwem o wartości czynu kryminalnego: "Lipowska chce podziału IFS, a tymczasem ze statutu UWr. wynika, że wszystkich wtedy zwolnią i z powrotem przyjmą tylko niektórych" (a tymczasem my "pracę mamy dobrą"... i dalej, jak w poprzednim nawiasie). Straszono więc te osoby takim posunięciem, jakie zastosowano w stosunku do mnie: wykorzystaniem formalnego wypowiedzenia pracy (skłamano, że organizacja katedry byłaby jednocześnie takim wypowiedzeniem!!!) do "odcięcia od matecznika".

Bardzo, naprawdę bardzo smutno, brzydko i brudno. Wszystkie te panie broniłam i chroniłam. Z życzliwości i w nadziei, że będzie lepiej. Ale podobno najbardziej nienawidzi się tych, którym się wiele zawdzięcza. Są bowiem żywym i ciągle stawianym przed oczy świadectwem, że nie zawsze wszystko było w porządku, że patrzono na nasze czyny przez palce. No i ta ciągła wdzięczność, niemożliwa do odpłacenia...

Skończę krotką charakterystyką nagonki na prof. Lipowskiego: wystosowano pod jego adresem wstrętne i fałszywe insynuacje, został sfałszowany skierowany przeciw niemu anonim. Było w tym dużo złości i zazdrości. W końcu Lipowski nie wytrzymał - sam odszedł na wiosnę 2012. Dalej jednak jego osoba wyraźnie ekscytuje niektóre panie z IFS , o czym świadczą (usunięte z wizji) komentarze na tym blogu:  patrz też wpisy: Dlaczego usunęłam dodawanie komentarzy i Ni to kobieta, ni mężczyzna.

Dodam jeszcze, że italianiści wrocławscy już są we Włoszech, bohemiści wrocławscy w Czechach, ale co z panią arabistką?  Do krajów arabskich? Co prawda pewien tygodnik nazwał ją "niewolnicą z doktoratem", ale to był tylko sarkastyczny dowcip.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

3.png9.png5.png9.png8.png5.png