12 01.2014 22:59

Ślubowanie

W pełni świadom swoich obowiązków ślubuję uroczyście, że jako nauczyciel akademicki będę aktywnie uczestniczyć w działalności naukowej i dydaktycznej szkoły wyższej oraz przyczyniać się do kształcenia i wychowania studentów na światłych obywateli Polskiej Rzeczypospolitej, systematycznie podnosić własne kwalifikacje pedagogiczne i naukowe.

W swoim postępowaniu kierować się będę dobrem państwa i zasad konstytucyjnych Polskiej Rzeczypospolitej. Obowiązki swoje będę wypełniać sumiennie. Przyrzekam nie splamić godności nauczyciela i wychowawcy nieuczciwym lub niemoralnym postępowaniem oraz usilnie dbać o dobro Uniwersytetu i powierzonej sobie pieczy młodzieży akademickiej

                     Zofia Tarajło (obecnie: Zofia Tarajło-Lipowska)

W lutym roku 1990 złożyłam takie ślubowanie przed ówczesną panią dziekan Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego, prof. Hanną Wałkówską. Tekst ślubowania podpisałam: ten dokument jest przechowywany w Archiwum Uniwersytetu Wrocławskiego w mojej teczce osobowej pod numerem 73.

Oświadczam, że nigdy nie naruszyłam żadnej z wymienionych tutaj zasad.

Nie ślubowałam jednak fałszywie pojętej wierności obecnej dyrekcji Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego oraz jakiemuś konkretnemu dziekanowi Wydziału Filologicznego, przejawiającej się w ukrywaniu ich nieuczciwych lub niemoralnych postępków (patrz: moje wystąpienie z 25.01.2011, zamieszczone tu we wpisie z marca 2013).  A więc dlaczego w roku 2011 w mojej teczce osobowej pojawiły się odręczne wpisy dziekana dra hab. Michała Sarnowskiego, prof. nadzw. UWr. oraz dyrektor Anny Paszkiewicz (stopnie te same), że „utraciłam zaufanie” tych dwóch wymienionych osób (plus ich pieczątki i podpisy). Mamy tu do czynienia z urzędowymi wpisami, i to bez jakiegokolwiek wyjaśnienia czy komentarza. Czyżby naprawdę chodziło o bezpodstawną z ich strony ufność, że będę jakieś nieuczciwe czy niemoralne postępki ukrywać? I takie swoje nadzieje wpisują do moich akt osobowych, do charakteryzującej mnie dokumentacji?

Między innymi „zawiodłam ich zaufanie” w ten sposób, że 19 maja 2011 na zebraniu Rady Instytutu Filologii Słowiańskiej podniosłam sprawę splagiatowania wcześniej obronionej pracy magisterskiej, a kilka dni później u dziekana Wydziału Filologicznego dra hab. Michała Sarnowskiego, prof. nadzw. UWr. złożyłam pisemne zawiadomienie o splagiatowaniu tej pracy, kilka dni później załączyłam dyskietkę z zapisem pracy oryginalnej. Kilkakrotnie upominałam się o nadanie biegu tej sprawie, potem kilkakrotnie upominał się o to mój mąż, również bohemista, docierając swoim pismem aż do rektora. Działając nieuczciwie i niemoralnie zamieciono tę sprawę pod dywan.

[Aż do października 2013, kiedy jeszcze raz wystąpiłam z tą sprawą na Radzie Wydziału Filologicznego, nawiązując do tego, że była omawiana sprawa podobna – i tym razem nie udało się tego przykryć płaszczykiem milczenia].

W czerwcu 2011 ta sama Rada Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego w tajnym głosowaniu, nad moim wnioskiem o ponowne zatrudnienie (patrz: wpis Wykolegowana z sierpnia 2012), nie poprzedzonym zresztą ani jednym słowem dyskusji,wyraziła się na temat mego zatrudnienia negatywnie (10 osób głosowało przeciw). Rektor przychylił się do zdania grupy osób, która przecież niedawno pominęła milczeniem zgłoszenie plagiatu.

W jakim więc celu powyższy dokument o numerze 73 (Ślubowanie) przechowuje się w moich aktach osobowych, skoro ten dokument nie posiada żadnej wartości prawnej ani moralnej? W świetle bowiem moich doświadczeń na Uniwersytecie Wrocławskim nie wymaga się wierności i lojalności w stosunku do zasad ujętych w ślubowaniu, ale wymaga się wierności i lojalności w stosunku do konkretnych osób, które usiadły na stołkach.

[I tu czytająca młodzież akademicka zamyka oczy i nie przyswaja sobie ostatniego zdania, bo po raz pierwszy mogłabym sprzeniewierzyć się swemu ślubowaniu przez pośrednią sugestię, aby młodzi ludzie swój kręgosłup zmiękczali sobie w kwasie octowym, przymykali oko na mijanie się z prawdą i z przepisami, uczyli się kunktatorstwa i plamili się takimi postępkami, jak postępki wyżej opisane].

A swoją drogą swoje akta osobowe przegląda się pod nadzorem urzędnika, który pilnuje, żeby nic tam nie ukraść, nie sfałszować. Uprzednio trzeba otrzymać zgodę rektora – pisze się podanie i czeka kilka dni. Pani urzędniczka co prawda zapewniła mnie, że rektor na ogół się zgadza (i rzeczywiście się zgodził), ale podobnie zapewniano mnie o zgodzie rektora, kiedy podpuszczono mnie, żebym złożyła podanie o rozwiązanie umowy o pracę i jednocześnie o ponowne zatrudnienie (znów patrz wpis „Wykolegowana” z sierpnia 2012). Tu też rektor podobno „na ogół się zgadzał” – ale nagle się nie zgodził, bo przecież „zawiodłam zaufanie” pp. Sarnowskiego i Paszkiewicz.

Ale do wpisu do akt osobowych droga prosta i gładka: kadencyjny dziekan, a może nawet dyrektor, idzie do działu kadr, tu bez problemu wydają mu moje akta osobowe, wyjmuje długopis i hulaj dusza! Smaruje, co mu przyjdzie do głowy, pieczęci nadużywa, jak chce!

Jestem pierwszą bohemistką na Uniwersytecie Wrocławskim, kierownikiem Studium Języka i Kultury Czeskiej, kierownikiem Zakładu Bohemistyki, wydałam „Historię literatury czeskiej”, o innych książkach nie wspomnę, nigdy nie skłamałam, nie zawiodłam studentów, wypromowałam troje doktorantów, dalszych troje mam pod opieką. A tu za moimi plecami ktoś mi brudzi moje dokumenty osobowe, wpisuje mi negatywne uwagi BEZ POWODU i BEZ UZASADNIENIA. ANI SŁOWA WYJAŚNIENIA, o co chodzi w tym „zawiedzeniu zaufania”, Chyba że chodzi o zaufanie, że pomogę przykryć brud (więc jak sformułować, wstyd otwarcie o tym napisać, prawda?). A może "zawiodłam zaufanie" odkryciem plagiatu? Wtajemniczonym (m.in. Radzie Wydziału Filologicznego) sprawa jest doskonale znana.

Jako żywo przypomina to niesławne czasy komuny, kiedy za człowiekiem chodziły tajne partyjne opinie, do których delikwent nie miał dostępu (po czesku „kádrový posudek”, a po polsku „opinia kadrowa” albo jakoś podobnie). Pytałam nawet o to w IPN, ale wysoki urzędnik powiedział mi, że oni zajmują się wyłącznie sprawami do roku 1989. A kto się zajmuje następnymi latami? Podobno wyłącznie sąd.

Nikt mnie nie zawiadomił, że w moich aktach osobowych pojawiły się negatywne uwagi, odkryłam to przypadkiem. Czyżby dziekan i dyrektor chcieli to utrzymać w tajemnicy, żebym się o tym nie dowiedziała? Dowodzi to tylko tego, że napisali nieprawdę. Dlaczego dział kadr nie zawiadamia o negatywnym wpisie do akt, którego przedmiot tych akt wcale się nie spodziewa? Obawiam się, że jeśli do HISTORII przejdę, to nie tylko jako autorka „Historii literatury czeskiej” i kilku innych książek, ale też jako podejrzane indywiduum, które „zawiodło zaufanie” miejscowego autokraty.

Polityka faktów dokonanych, typu "stało się tak, nie ma o czym gadać", jest wysoce szkodliwa bo tworzy się precedensy i promuje łajdackie postępowanie. Ofiarą tego padną następni    

                             prof. dr hab. Zofia Tarajło-Lipowska

Jeśli naruszono obowiązującą pracowników „Ustawę o szkolnictwie wyższym”, to proszę o potraktowanie tego wpisu jako zgłoszenia tego naruszenia

 

 

Dodaj komentarz

7.png4.png4.png8.png3.png9.png