06 01.2013 10:54         

Drażnić może reklama pożyczek bankowych (oczywiście niezawodny Marek Kondrat), odradzająca pożyczania pieniędzy u rodziny czy znajomych. Dawniej reklamowano oszczędzanie: masz to jak w banku, dziś jest inaczej, bank to ma u ciebie, przy czym trzeba pamiętać (mówi reklama), że bank nie żąda niczego prócz spłacenia pożyczki. Nie żąda na przykład towarzyszenia na kursach tańca (w tejże sprawie telefonuje w reklamie znudzona teściowa), nie pociąga za sobą obowiązku żadnych innych rodzinnych czy przyjacielskich przysług, nie wymusza żadnych nieoczekiwanych, uciążliwych i niewygodnych  zachowań przez wypominanie: „a jak ty potrzebowałaś//potrzebowałaś, to przecież pomogłam//pomogłem”.

- Cóż to za bezduszna reklama! Żeby bank miał zastępować więzy rodzinne czy społeczne, które przecież rodzą się wśród takich zachowań! – pomyślałam sobie z irytacją.

Wkrótce jednak irytację zastąpiłam chłodną kalkulacją, przeprowadzoną na podstawie niedawnych własnych doświadczeń i przegranych walk ze zjawiskiem spotęgowanej wzajemności i systemu zobowiązań o charakterze... niestety już korupcyjnym. Szperanie po internecie przekonuje nas, że jest to problem wielokrotnie omawiany, szeroko znany, ale niedostatecznie widać uświadamiany, zarówno przez osoby, które z tytułu funkcji powinny być od niej wolne, jak i przez ogół społeczeństwa, który te osoby spośród siebie desygnuje. Trywialnie mówiąc jest tak, że albo dana jednostka wiąże większe czy mniejsze oko minikorupcyjnej sieci - albo jest rybką w nią schwytaną („złotą” lub drobnicą), albo tylko uświadamia sobie sieć nad nią  rozciągniętą, nie protestując ani przeciw mętnej wodzie, ani wszechobecnej nadrzędności tej sieci. Nie są to miejsca stałe: może trafić się okazja zmiany funkcji w systemie sieci – z drobnicy w grubą rybę, ale niekoniecznie dzięki własnej tężyźnie, tylko dzięki manewrowaniu sieciami. I znów trzeba przymknąć oko (własne), albo trzeba uczestniczyć w zawiązywaniu nowego oka (sieci).

Jest to więc taki Bałtyk zanieczyszczony i wydrenowany z pożytecznych ryb. Trzeba by  wyczyścić i znowu zarybić, ale jak to zrobić? Wysuszyć morze? Wydezynfekować? Nie ma instrumentów i nie ma warunków do takich radykalnych rozwiązań. Poza tym kształcenie młodzieży musi być płynne, dopóki Bałtyk Bałtykiem a uniwersytet uniwersytetem.

Poczucie przynależności do „sieci” zaciemnia wyobrażenie świata i wypiera zasady moralne. Kiedy skrytykowałam politykę wewnętrzną wobec zakładu, którym kierowałam, osoba w odpowiedzialnej funkcji machała do mnie kodeksem etycznym nauczyciela akademickiego, który naruszyłam, przynajmniej w jej skrzywionym wyobrażeniu. Nie skłamałam (to ona wielokrotnie skłamała), ale wyłamałam się z konwencji, naruszyłam lojalność „przyrzeczoną” ponoć tej osobie za pomocą obiadku „u was” i kolacyjki „u nas”. Nie wolno mi było wyłamywać się  z układu, który za pomocą tych konsumpcyjnych ceremonii rzekomo zawarłam.

Stoję i będę stać na stanowisku, że prywatnie możemy się kochać, a służbowo możemy mieć inne zdanie, można dyskutować (i trzeba), przekonywać się nawzajem, można nawet się poprztykać w imię wyższego celu. Przenoszenie układu „my u was, a wy u nas” na kolacyjkach, imieninkach, w domach weekendowych – jakież to prowincjonalne!  Chyba że tym celem wyższym nie jest wspominana już czystość i zasobność Bałtyku oraz przygotowanie do bezawaryjnej na nim żeglugi. Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec – głosi marynarska przysięga. Ale jak jest wypełniana?      

Stawiam więc pytanie: jak poradzić sobie z siecią typu reciprocity, jak wyjść na swoje wyłącznie na podstawie tych zasług, które dla zrealizowania naszych ambicji są wymagane? Jak spowodować realną i bezstronną ocenę tych zasług, tych wydanych książek i zorganizowanych konferencji (na stronie specjalizacji czeskiej ponoć zniknęłam, zasługi mi ukradziono, zupełnie jak po słynnej „czystce” stalinowskiej!), jakimi argumentami  reagować na przepodziwne (powiedziałoby się z czeska) komentarze w rodzaju: „Ho, ho, ho, bywa że artykuł jest ważniejszy niż książka! Einstein na przykład swoją teorię względności ogłosił w artykule.” (autentyczne, z Rady Instytutu), „ Obie muszą awansować, bo jedna jest chora, a drugą opuścił mąż.” (autentyczne, z rozmowy telefonicznej).

Zdrowie i sprawy rodzinne (np. praca dla męża, żony, dorosłego dziecka) są sferami, w których łatwo można „przywiązać i w ten sposób zobowiązać”, zwłaszcza jeśli system ubezpieczeń kuleje tak, że funkcjonuje z najwyższym trudem. Janowi Kowalskiemu brakuje pieniędzy, ale niech uważa na rodzinnych „lichwiarzy”, którzy omotają go zobowiązaniami, niech lepiej pożyczy od banku, jeśli procent niewysoki. Potrzebujący pieniędzy ma przynajmniej alternatywę, ale co zrobić przy innych niedostatkach -  jeśli ktoś wymaga stałego leczenia lub głowa rodziny straci pracę, samotna kobieta boi się utraty stałych dochodów? Bankownictwo – widać – funkcjonuje lepiej, może uchronić nas przed korupcją „rodzinną”, ale istniejący system opieki zdrowotnej lub groźba bezrobocia bez „rodzinnego” zaplecza jakąś Janinę Kowalską zmusi, aby uszy położyła po sobie, dając się „przywiązać i w ten sposób zobowiązać”.        

Ostatnio wydałam „Historię literatury czeskiej”: wobec trudności finansowych Wydawnictwa musiałam znaleźć na nią pieniądze. Instytut Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego też dołożył. Czy decydenci Instytutu spełnili tu rolę banku („pożyczka” bez dodatkowych zobowiązań), czy też decydenci Instytutu stali się „rodziną”, w stosunku do której zaciągnęłam zobowiązania moralne? Czy z tego tytułu powinnam była raczej kłamać niż się wyłamać z chóru pochwał typu „Mamo, chwalą nas... A kto? My was, a wy nas”? Okazało się, że miałam kłamać, ile sił (zgodzić się na te kursy tańca towarzyskiego, choćby mnie nie bawiły), bo po powiedzeniu tego, co myślę, Instytut natychmiast wystawił mnie za drzwi, radząc sobie w kształceniu uniwersyteckim studentów bohemistyki z samymi doktorami bez habilitacji. [Uprzedzając reakcję JM rektora dodam, że składając podanie o emeryturę, poszłam tu za jego osobistymi radami w tym względzie, wyrażonymi na forum  wydziałowym. Nie mogłam wcześniej tuszyć, że rady te się nie sprawdzą, gdyż byłam „rybką” obsypaną medalami i nagrodami, również złotymi.]

Podział na rybki „złote” i te niekoniecznie złote, ale „wypasione” jest zależny od  ok sieci. Ci, którzy je wiążą, tak nimi manewrują, że jedna się prześliźnie (popuszczają oko), inna nie (zaciągają oko). Pogróżki mniej lub bardziej zawoalowane (przeżyłam to), umawianie się między sobą, „jak będziemy głosować”, jakieś przedziwne anonimy, których treść sugeruje zupełnie inne autorstwo niż to, które wmawia nam osoba prezentująca anonim na oficjalnym forum. Kto ich tego nauczył, gdzie ich tego nauczyli? I kiedy?

Gdzieś „w Polsce” krążą plotki, że wrocławskie uczelniane koterie są takie kontrowersyjne, bo powstały wśród przesiedleńców z uczelni opuszczonych na wschodzie przedwojennej Polski. Chodzi oczywiście o dziedziców tych koterii, o jakieś układy wyrosłe z tego wtórnie, które dbają mniej o interes ogólny, więcej o interes „układu”. Zasłyszana plotka zabolała mnie, muszę przyznać. Ale to, co mnie spotkało (Przegląd Uniwersytecki, nr 4/2012, to samo umieszczone w poniższym blogu), boli jeszcze bardziej.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

4.png4.png6.png3.png5.png7.png