Rozdział nie umieszczony w książce "Śmierć dziekana", ale stanowiący ważne jej dopełnienie.

Nie wszyscy lubią kryminały, bo choć sprawiedliwość w nich tryumfuje, to kluczowym problemem kryminału jest czyjaś śmierć. W przypadku nowoczesnych społeczeństw, które sądową karę śmierci wykluczają, sprawiedliwość na ogół tryumfuje, ale dokładnej symetrii nie ma, bo mordercy się upiecze. Jeśli nawet cierpi, to jednak żyje.
Zamiast domagać się kary śmierci dla każdego mordercy, chcę tu zrobić odwrotnie - uratować ofiarę, czyli dopisać hipotetyczny rozdział, którego z punktu widzenia konstrukcji mojej książki "Smierć dziekana" (Lech i Czech, Katowice 2014) - nie ma..

Rozdział XVII.
Jak się dziekan wykaraskał

Największym wstrząsem dla policjantów dochodzeniowych z sekcji morderstw i ciężkich uszkodzeń ciała okazało się odkrycie, że ciało dziekana Korbielucha, spoczywające w prosektorium, wcale nie jest ciałem dziekana Korbielucha, tylko pewnego bezdomnego człowieka, Czecha z Liberca, cynicznego libertyna i nałogowego narkomana. Ów narkoman, karany już w Polsce za handel narkotykami, uciekł do swej ojczyzny, ale tam policja również zaczęła go ścigać. Kiedy wspomniany Czech o imieniu Lidumil stoczył się już prawie na samo dno, wrócił na Dolne Kuropasie szukając wsparcia u dawnych kompanów. Jednak te rachuby z jego strony okazały się zawodne, bo życia zostało mu niewiele. Stryczek wokół szyi nieuchronnie się zaciskał, aż zacisnął się zupełnie. Wymieniony wyżej degenerat kończył tak marnie, że nawet jego tożsamość okazała się nieistotna.                                              

Inaczej było z dziekanem Korbieluchem, który wcale nie był nieistotny, był szalenie ważny. Podejrzane jest zatem, że pomylono ze sobą dwa ciała, degenerata i dziekana, z których jedno w nocy otrzepało się i wyszło z prosektorium, a drugie nie drgnęło i pozostało tam na wieki. Poza tym Czech Lidumil był wychudzony, a dziekan Korbieluch gruby, więc jakim cudem doszło do aż tak drastycznej pomyłki? Sprawa do dziś pozostaje niewyjaśniona (choć oczywiście prywatny detektyw R. nad nią pracuje) – dość, że dziekan Korbieluch odnalazł się w pewnym sanatorium o wysokim standardzie w kurorcie Duszniki-Zdrój. Historia milczy, a i on sam milczy jak grób, jakim cudem udało mu się wyjść z życiem z tak strasznego upadku z czwartego piętra, z tak gwałtownego uderzenia głową w zimną i twardą posadzkę. Sprawa dyscyplinarna groziła więc lekarzowi sądowemu, który stwierdził zgon denata, ale ten cwany fachowiec wybronił się okolicznością, że obie ofiary, dziekan Korbieluch i Czech z Liberca, mieli cukrzycę, która, jak stwierdziła opinia biegłego sądowego, tak mocno wpłynęła na parametry ich organizmów, że lekarz podpisujący akt zgonu łatwo mógł się pomylić.
Podejrzane też wydawały się też rezultaty identyfikacji zwłok ze strony osób zmarłemu najbliższych, to znaczy najbliższego przyjaciela profesora Kamila P., jego najbliższej przyjaciółki, minister bałkańskiego państewka Branki Ali-Khan, oraz byłej zwierzchniczki zmarłego, Janiny Pakowalskiej, dyrektor Instytutu Studiów Starożytnych na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Kuropaskiego w Pasikurowicach. I tutaj też wszystkich formalności nie dotrzymano (bił się w piersi komendant): pani Branka jako polityk wysokiego szczebla ot, tak sobie przyjechać nie mogła, Janinie Pakowalskiej, kobiecie po przejściach, postanowiono oględzin zmarłego oszczędzić, a Kamil Palen został obwiniony o zabójstwo dziekana z premedytacją, więc miał pełne prawo skłamać w swojej obronie. – I tak by pewnie odmówił zeznań – pocieszał się zawstydzony i skompromitowany komendant Gawlikowski.
Dziwne było to, że Kamil P. poznał zwłoki byłego dziekana w nieznanym mu bliżej martwym osobniku, mimo że to rozpoznanie potwierdzało podejrzenia pod jego adresem. - Jak można tak kłamać, i to jeszcze wbrew swym interesom? – głowił się komisarz Cichosz, kiedy sprawa się wydała. Ta wątpliwość wydawała się logiczna, ale akurat prawdomówność i logika nie były najmocniejszymi stronami osób wykładających w naukowym ulu na ulicy Gołębiego Serca 9. Profesor Kamil Palen, jako nieodrodny wolny syn pułku kozaków dolnokuropaskich (tak podpisywał się w listach słanych na wszystkie strony, pisanych po kilku głębszych zanurzeniach w lek rozluźniający nerwy), postanowił przyznać się do winy i czekać, co będzie dalej. Był on bowiem ostrożnym kunktatorem, nie płynął nigdy pod prąd rzeki, ale wyczekiwał, aż rwący prąd zamieni się w wir, a oliwa na wierzch niby prawda wypłynie.
I stało się: oliwa wypłynęła, mleko się rozlało, a prawda wyszła na wierzch. Zaczęło się od tego, że profesor Dalimil Muminek, mimochodem poeta, wieszcz i chluba naukowa miododajnego ula na ulicy Gołębiego Serca 9, dostał delegację służbową na walny zjazd Związku Polsko-Czeskiej Współpracy Naukowej (ZPCzWN), który miał miejsce w Polanicy-Zdroju w domu wczasowym „Jawa-Jawa – i jeszcze raz Jawa!”.
Nazwa ośrodka wypoczynkowego, dodajmy, wzięła się stąd, że nocowało tu dwóch jawajskich kolarzy, którzy w roku 1967 wzięli udział w Wyścigu Pokoju. Jeden z nich został w polanickiej pamięci jako Jawa, drugi też jako Jawa, a w dodatku Wyścigowi towarzyszył motocykl marki Jawa. Niektórzy jednak twierdzą, że natchnieniem dla nazwy ośrodka był taniec towarzyski „jive”, czytaj „dżajf”, za pomocą którego krajowa „elyta” z upodobaniem wycinała hołubce na parkiecie. W nazwie ośrodka pomylono po prostu pisownię tego słowa.
W nowych czasach obradująca tu elita naukowców nie tańczyła, tylko naradzała się nad kierunkami polsko-czeskiej współpracy naukowej, przy czym wyjściowa idea jest bardzo prosta: my współpracujemy z nimi, a oni z nami. Z tych i z poprzednich owocnych obrad ZPCzWN został wydany już słynny tom naukowy pt. „Dalsze kierunki polsko-czeskiej pracy naukowej i współpracy badawczej”. Żeby było bardziej intrygująco, polskie referaty opublikowano po czesku, a czeskie po polsku. Z Europejskiej Komisji Grantowej otrzymano wielki grant Unii Europejskiej na tłumaczenie tych cennych referatów na języki obce, czyli z czeskiego na polski i z polskiego na czeski oraz dofinansowanie noclegów i obiadów dla uczestników, a także na integrację środowiska w postaci uroczystej kolacji, zainaugurowanej uściskami „na niedźwiadka” oraz całusami składanymi przez dobrotliwą panią Renię, asystentkę specjalnego pełnomocnika rektora Uniwersytetu Kuropaskiego, która w tym celu zakupiła sobie nawet „całuśną” szminkę. Ot, folklor dolnokuropaski!
Dom wczasowy „Jawa-Jawa – i jeszcze raz Jawa!”, upamiętniający dwóch jawajskich rowerzystów (choć może chodziło o tańczących na dancingu?), prowadzi sprytna pani Henia, dobra znajoma przewodniczącego ZPCzWN, której interesy nie idą ostatnio najlepiej. Następna konferencja z tej serii i w tym miejscu (oraz w tym samym składzie uczestników) będzie nosiła tytuł „Perspektywy polsko-czeskiej pracy badawczej i współpracy naukowej”. Perspektywy są szerokie, dostrzega się je w sinej, niezgłębionej dali – tym lepiej, bo nie trzeba będzie rozliczać się z ich realizacji. Najcenniejsze jest bowiem to, co „będzie”, a nie to, co się dzieje teraz, dlatego bieżących osiągnięć się nie ceni. Na cześć tego ważnego odkrycia wykrzyknijmy "Jeszcze raz Jawa!"
Ale wróćmy do dolnokuropaskich przygód profesjonalnego profesora Dalimila Muminka, którego poetycka dusza żąda wciąż nowych i jeszcze nowszych wrażeń. Skoro już znalazł się w Polanicy, chciał zajrzeć jeszcze do Dusznik-Zdroju, aby pochodzić sobie po śladach wielkiego kompozytora Fryderyka Chopina, który tam się urodził i umarł, a resztę życia spędził w Paryżu, więc w Czechach mylnie go biorą za Francuza. Zamiast kompozytora napotkał tam jednak (sen mara, Bóg wiara!) kogoś bardzo przypominającego byłego dziekana Korbielucha, choć mocno wychudzonego. Po kuracji przywracającej do życia w prywatnym sanatorium „Gargantua i Pantagruel” dziekan Korbieluch poddał się również innej skutecznej kuracji – tym razem w słynnym w całej Polsce ośrodku przywracającym właściwą przemianę materii „Trzy ziarnka ryżu”. Rezultaty okazały się naprawdę imponujące: w białe dziekańskie ogrodniczki na szelkach, które, jak pamiętamy, komisarz Cichosz wykrył w jego szafie, weszłoby teraz dwóch kolejnych dziekanów. I jeszcze trochę miejsca zostanie na również odchudzoną panią Pakowalską.
Pan profesor Dalimil Muminek, znany ze swej nadzwyczajnej delikatności uczuć, na wszelki wypadek udał, że go nie poznał (wydawało mu się, że chudy Korbieluch nie życzy sobie dekonspiracji), ale kierując się szlachetnie pojętym interesem społecznym odszukał w kieszeni wizytówkę szefa policyjnej grupy dochodzeniowej i natychmiast zadzwonił do niego na komórkę. Wszystko więc się wyjaśniło, oskarżony o zabójstwo profesor Kamil P. został uniewinniony, sąd tylko udzielił mu ostrzeżenia, żeby już żadnych anonimów, na Boga, nie pisał, i żadnych głębszych zanurzeń w lek rozluźniający nerwy zbyt szybko, jeden za drugim, nie czynił. – Żadnych anonimów, żadnych! Czy pan zrozumiał, panie Kamilu Palenie.? – atakował go wysoki sąd w osobie blond gwiazdy telewizyjnej z brwiami uczernionymi pod kolor togi – I alkoholu jak najmniej! Tylko tyle, ile pan musi!. – Profesor P. przez cały czas kiwał głową, że owszem, że rozumie.
Profesor P. jednak boleśnie niósł winę wobec byłego dziekana Korbielucha, który do funkcji niestety już wrócić nie mógł: zastąpił go profesor Ziemiopolski ze znanej polskiej rodziny Ziemiopolskich, w gruncie rzeczy rodziny jeszcze wyżej uszlachconej niż rodzina Korbieluchów herbu Korbacz. Jako potomkowie prawdziwej polskiej szlachty na serdecznych palcach obaj nosili rodowe złote sygnety z herbami, o iście czarodziejskich właściwościach. Otoczenie pierścienia wokół serdecznego palca zamieniało Najwyższą Radę Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Kuropaskiego w sadzawkę pełną kumkających żab. Obaj mociumpanowie, świadomi doświadczeń Sejmu Wielkiego, ustalili jednak między sobą, że liberum veto na radach odpada, wetować nie wolno pod żadnym pozorem, można tylko tłuc żaby po głowach chochlą, żeby powetować sobie straty moralne.
Dziekan Korbieluch wrócił zatem do swego hałaśliwego i brzęczącego nauką ula na Gołębiego Serca, wzbudzając poruszenie, ba!, zachwyt u żeńskiej części studentów, i u męskiej grupki też. Młodzież zachwycała się jego cudownym ocaleniem, widząc w tym dowód na metafizyczną konstrukcję Wszechświata. Nie wszystko bowiem się kończy, życie może mieć swój ciąg dalszy - obudzimy się kiedyś, otrzepiemy... i pójdziemy dalej.
W ferworze ogólnego entuzjazmu Palen zgłosił się pokornie do Korbielucha (herbu Korbacz), błagając o stosowną karę, która pozwoliłaby mu wrócić do należnego szacunku w oczach drogiego przyjaciela i protektora (choć jednak nie prorektora!) i w oczach innych jednostek otoczenia, studentów tym razem nie wyłączając, bowiem afery ukryć się nie dało. W tej sytuacji dyrektor Janina Pakowalska zwołała Radę Instytutu Studiów Starożytnych Uniwersytetu Kuropaskiego. - Obecność jest obowiązkowa, chyba że ktoś ma u mnie stałe usprawiedliwienie! – zaznaczyła w zaproszeniu, czyniąc ustępstwo dla chronicznie zapracowanego, ponad stan swego potencjału umysłowego, profesora Dalimila Muminka.
- Jaaaa.... jako były dziekan i ofiara zamachu znajduję się w tej chwili w fazie zawieszenia między tymi krańcowymi doświadczeniami, boć ani jeden ani drugi stan już mnie nie dotyczy, oba zakończyły się klęską – rzekł z głęboką powagą dziekan Korbieluch. Obecni naukowcy wydali z siebie przeciągły jęk bólu i żalu, wiedzieli bowiem, jak mocno dziekan tęsknił do rektorskich insygniów, te wszak nie były mu dane. – Proponuję zatem, żeby każdy z nas, jako kolegów po fachu, którymi niewątpliwie jesteśmy, zgłosił jeden pomysł, jak należy ukarać profesora Kamila Palena, aby swój brzydki czyn odpokutował. Przypominam, że teraz wprawdzie jestem połową poprzedniego mnie, i optycznie, i moralnie, ale dziekanem jednak byyyłem! – ryknął. - Pozostanie po mnie ta siła fatalna, co mnie żywemu na nic, tylko czoło zdobi..., Pozostanie po mnie moc we mnie wlana i przelana na następnego dziekana – tu dziekan wzruszył się i zakołysał na mównicy, aż nogi ugięły się pod nim (dosłownie, nie w przenośni). – Pozostanie po mnie niejedna pieczątka, która zakwitnie jak ten kwiat czerwony, rzucony na mój grób. Ten prawdziwy grób – dodał z naciskiem, patrząc wokół groźnie – a nie tak, że niektórzy w myślach już mnie pogrzebali. Ja wróciiiiiłem! – ryknął znów niby ranny lew, pomny krzywd, na jakie bezpodstawnie go narażono.
Przerażonym członkom Rady włosy stanęły na głowie, głowili się tak bardzo, że zwoje mózgowe uciskały im na czaszki, panie odwracały się na krzesełkach i częstowały nawzajem tabletkami paracetamolu. Jednak niektórzy członkowie Rady, uprzedzeni telefonicznie przez dyrektor Pakowalską, wiedzieli już, o co chodzi, więc odpowiedź mieli przygotowaną zawczasu. Paracetamolem pogardzili, włosy im wiały swobodnie, a w oczach czaiła się skwapliwa przychylność dla dyrekcji i dziekaństwa płci obojga.
– Pozwolą państwo, że ja pierwsza zgłoszę projekt. Proponuję, żeby profesor Palen na trzy lata został wykluczony ze spotkań towarzyskich moich wyborców, na które ich co semestr zapraszam – zaproponowała dyrektor Pakowalska. – Ostatnio kupiłam naprawdę cenne przedmioty: pozłacane łyżki z herbem von Auerbergów, prawdziwą porcelanę, oraz dywan z wełny tak czystej, że służy mi również jako chusteczka higieniczna. Kosztował siedem tysięcy złotych plus napiwek dla bacy za ekologiczną hodowlę barana. Nie życzę sobie, podkreślam, nie życzę sobie, żeby ktoś, kto splamił się tak haniebnym czynem, choćby nawet ten czyn okazał się nieskuteczny, jadł z mojej porcelany moją pozłacaną łyżką, a sos z brody kapał na mój dywan. I niechże tak zostanie, zanim porcelana się nie stłucze, pozłotka na łyżkach do cna się nie zetrze, a mój filigranowy piesek nie zasiusia ekologicznego dywanu. Potem zobaczymy.
– A ja proponuję – profesor Pietraszuk uśmiechnął się złośliwie – żeby cofnąć naszą decyzję uznającą Palenowi habilitację z Magnitogorska. Słownik to zbyt mało na habilitację, u nas by jej nie dostał.
– To niemożliwe proceduralnie – zgłosiła sprzeciw dyrektor Pakowalska.
– Jak to niemożliwe? Wszyscy podpisani w tym protokole oświadczą, że protokół sygnowali pod przymusem, że ulegli naciskowi, że wystąpił konflikt interesów albo że jakieś inne naruszenie wystąpiło ... I już! W ten sposób wszystko da się odkręcić. Nawet decyzję Najwyższej Rady Wydziału Humanistycznego starałem się w Warszawie odkręcić. I wyobraźcie sobie, że mało brakowało, żeby mi to przeszło – pochwalił się Pietraszuk, a głos mu ścieniał do falsetu i podwyższył się do górnych rejestrów. Wydawało się, że mówca wzlatuje za swym cienkim głosikiem i ginie w przestrzeni. Kilka pań nerwowo zachichotało, ktoś chrząknął znacząco i zapamiętał sobie, które to chichotki są wrażliwe na ten głosik.
– Niestety profesora Dalimila Muminka dziś nie ma, nieobecność oczywiście usprawiedliwiona, profesor tylko co drugi czwartek nam się materializuje, prawda? – powróciła do głosu Pakowalska. – Ale jakże to doskonała materializacja, prawda? Poetycznie nas zachwyca... Ten mój Dalimisiek Milusiński wczoraj zatelefonował, że chce przynajmniej per procura uczestniczyć w życiu naszego Instytutu, bo czuje się jednym z nas. Per procura ad astra, to po łacinie, prawda? Bo on proceduralno-astralny wiersz właśnie układa... Upoważnił mnie do przedstawienia państwu oryginalnej propozycji per rollam, czyli ze mną w roli głównej – tu chrząknęła i nabrała oddechu. Tymczasem powracająca z zagranicznego tournee marketingowego pani Alicja Zakiernik ten ułamek ciszy sprytnie wykorzystała i wystawiła w górę dwa palce, ostentacyjnie demonstrując swoją gorliwą niecierpliwość:
– No właśnie, jeśli pani dyrektor pozwoli, to ja też chcę coś powiedzieć!
– Zaraz, pani doktor, zaraz – uciszyła ją dyrektor Pakowalska, bo jako osoba kierująca Radą takie prawo miała. – Nasza Alicja-w-krainie-czarów-marów zawsze gotowa, ha, ha, ha! – roześmiała się dobrotliwie, ale patrzyła na nią nieprzyjemnie, choć zaledwie przed kwadransem obie damy komplementowały wzajemnie spódniczki, w jakich zdecydowały się dziś wystąpić.
– Zapewnie panie ostrzej się zetrą dopiero w następnym starciu – pomyślało sobie kilkoro inteligentniejszych uczestników zasiadającego tu gremium.
– Propozycja profesora Muminka jest taka – ciągnęła zawsze elegancka pani Pakowalska – żeby za karę profesor Palen przez trzy lata uczył u nas języka czeskiego. Akurat czeskiego u nas się nie wykłada, ale skoro Palen ongiś uczył perskiego, to do puli przedmiotów opcyjnych możemy włączyć czeski, który przecież jest o wiele łatwiejszy. Chodzi oczywiście o taki starożytny czeski, bo jak wiadomo, to najstarszy język słowiański albo jakoś tak, o uszy mi się w telewizji obiło... W razie czego niech pan Palen rozda studentom referaty, żeby opisali, co tam ewentualnie byłoby do opisania. Przecież to i tak wszystko jedno, a jak studenci chcą zaliczenie, to protestować nie będą.
Zapadło milczenie, nikt z obecnych nie wiedział, jak na to szczere wyznanie zareagować. W gruncie rzeczy wszyscy myśleli podobnie, ale żeby tak głośno o tym mówić? Pakowalska chyba długo nie pociągnie jako dyrektor, choć ofiarom indoktrynacji w systemie komunistycznym, czyli zbiorowego gwałtu psychicznego popełnionego na członkach dawnej partii komunistycznej, należy się chyba jakieś wsparcie i rekompensata od demokratycznego i wolnego społeczeństwa. Prawda?
– Ja tam czeskiego nie znam – odezwał się Palen z miną wielce skruszoną, bo postanowił przyznać się do wszystkiego, czego od niego oczekiwano: był przecież człowiekiem do rany przyłóż i jak ręką odjął.
– Perskiego też właściwie nie znam – ciągnął Kamil, który dla przebaczenia był gotów na wszystko – ale w Magnitogorsku mieszkałem z takim jednym, co spał z kałasznikowem pod poduszką, trochę mnie przyuczył... Ale przysięgam, że jak będzie trzeba, to ja te dziesięć koron w antykwariacie wydam i czeską książkę nabędę... Anonimy posyłałem, przyznaję, ale to była moja prywatna korespondencja. Jak jeden kolega po fachu przesyła drugiemu koledze po fachu, to chyba normalne, nie?
– Ja chciałabym zgłosić swoją propozycję, czysto formalną – odezwała się wytrwale doktor Zakiernik, wierna konsekwentnemu natręctwu jako jednej z podstawowych sztuczek marketingowych. – Chodzi mi o to, że posiedzenia Rady Instytutu powinny być w czwartki, bo wtedy przyjeżdża do nas pan profesor Dalimil Muminek. Proszę o zaprotokołowanie mego wniosku i doniesienie o tym profesorowi Muminkowi – dokończyła głosem drżącym, ale niezłomnym. – I jeszcze chciałabym dodać, że ja już mam jedną czeską książkę z antykwariatu. Trochę ćwiczeń z niej powycinałam, ale jeszcze jest w całkiem dobrym stanie, mogę komuś pożyczyć...
Znów zapadła cisza, bo pani doktor jak zwykle trafiła jak kulą w płot. Wychudły dziekan Korbieluch przetarł okulary i przeniósł na nią zmęczone oczy o źrenicach jak czarne oliwki wetknięte w żółtawe białka jajek, pokropione jeszcze sosem pomidorowym (skojarzenie nieco upiorne, ale trafne). – Droga pani doktor, nasze posiedzenia Rady zawsze są we wtorki, co też pani sobie wyobraża, że my z powodu jakiegoś Czechaczka będziemy to zmieniać? – zapytał retorycznie, a wszyscy gwałtownym kiwaniem głową potwierdzili jego słowa. Trzeba jednak przyznać, że sformułował to naprawdę łagodnie jak na ciosy i cierpienia, których doznał.
– Jako były dziekan... a dodam, że przeszłość dziekańska czy ambasadorska jest zaszczytem, jaki trudno sobie nawet wyobrazić... – ciągnął Korbieluch dobitnie, a jego słowa padały rytmicznie i ciężko, jak kule kałasznikowa spod poduszki – sądzę, że najlepszą formą kary, której dobrowolnie podda się nasz kolega, i jednocześnie najbardziej dotkliwą formą zadanej mu pokuty, będzie pokucie... przepraszam, przejęzyczyłem się... przykucie go do fotela przed komputerem. Niech Palen stawia minusy na blogu, który samowolnie i niezgodnie z naszą wewnętrzną doktryną założyła sobie pani Melania Melpomańska. Wstyd! Nasi studenci to czytają i komentują. Powinno się takich rzeczy zakazać. Z profesorem Ziemiopolskim, który ode mnie funkcję dziekańską przejął, zawarłem umowę, że w Instytucie Studiów Starożytnych mogę sobie robić, co mi się żywnie podoba – dodał Korbieluch z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, ale ci, którzy go znali, wiedzieli, że za pozornie obojętną miną ukrywa się uczucie ciepłej błogości w sercu... że on, ten uniwersytecki alpinista, którego śniegowa lawina zmiotła tuż przed samym szczytem, jakieś wpływy jednak zachował.
– Wprowadzimy system kontrolowania, jak liczba minusów na blogu rośnie, tu jest tabelka dyżurów: każdy dyżurujący zapisze godzinę i stan ocen na blogu z podziałem na wpisy. Sam osobiście będę sprawdzał, czy system kontroli funkcjonuje właściwie – dodał jeszcze Korbieluch. – Na czas pokucia w postaci przykucia profesor Palen wykłady powierzy przyjaciołom, ma ich wielu, nie tylko z szeregów fałszywych przyjaciół tłumacza. Jeśli sprawdzi się w funkcji, którą mu powierzamy, to będzie znak, że tak naprawdę wcale nie chciał mnie zabić, tylko potrącić ostrzegawczo, a ja się zachwiałem... Ale na długo się nie zachwiałem! – ryknął znienacka Korbieluch swoim tubalnym głosem, aż wszystkim obecnym mróz po plecach przeszedł.
– Nie martw się, Kamilu, ja ci pomogę stawiać minusy – martwą ciszę przerwał głosik pani Alicji Zakiernik, która właściwie powinna się nazywać Zawciśnik, bo trafnie wykorzystuje szanse, kto ma większe przebicie, i biegnie do tego szczęściarza czy szczęściary, którzy nie mają jeszcze pojęcia, że ich gwiazda właśnie się rozświeca. Profesor Kamil Palen nie miał pojęcia, że ze zbrodniarza w męczennika się przemienia, że Korbieluch-gwiazda zaczyna gasnąć, wkrótce będzie tylko mokrą plamą na ścianie, gdzie nazwiska kolejnych dziekanów się wpisuje, a on, Palen-gwiazda, wzejdzie nad dolnokuropaskim firmamentem uniwersyteckim.
Liczą się bowiem tylko tajemnicze magnetyczne podziemne prądy, dodatnie lub ujemne. Tak sądzi ciemny lud - ale naprawdę to dobrze, jak awansujący jest trochę skompromitowany. Skoro ci na dole i ci na górze „coś na niego mają”, to wygodniej pociąga się za sznurki, czyli w razie czego można mu pogrozić, że jak podskoczy, to stare grzeszki zostaną przypomniane.
Pani Palenowa, którą ostatnio włączono do Rady na miejsce męża (sądzono mylnie, że on jako morderca dla nauki jest stracony), rzuciła teraz szybkie spojrzenie w kierunku gorliwej pani Zakiernik, myśląc sobie „O co właściwie temu babsku chodzi?”. Przypuszczenie, że o damskiej konkurencji w męskich oczach nie może być mowy, okazało się słuszne, więc odetchnęła z ulgą. Zakiernik uśmiechnęła się do niej przymilnie, mając przeczucie prorocze, że oto dołącza do przyszłego zwycięzcy i otaczającego go grona. Ale sam Palen na razie nie wiedział, że już się wznosi, czuł się więc jak wycieraczka, w którą wszyscy wycierają sobie zabłocone buty, wyjąwszy panią Zakiernik, która tak okazale dodaje mu otuchy. Może więc Palen rozwiedzie się z małżonką i ożeni z Alicją? Kto wie!
Był czas, aby przystąpić do głosowania nad wnioskiem cudownie odnalezionego dziekana Korbielucha, toczącego wokół siebie wzrokiem na poły boleściwym, na poły pełnym przekonania, że pojedyncze krnąbrne sztuki trzeba natychmiast zawrócić do pożądanego rogu pastwiska, a niektóre z nich nawet odżałować – porazić prądem i na rzeź!
Obie wicedyrektorki, błyszcząc uczesaniami w odcieniach rudozłotym i czarnym z granatowym połyskiem, sprawnie rozdały wszystkim karteczki z napisami: * tak * wstrzymuję się * nie *. W rękach obecnych członków pojawiły się długopisy, każdy z nich starannie zakreślił kółko po lewej stronie, a Korbieluch i Palen, cokolwiek bladzi, ale bystroocy, pilnie i solidarnie rozglądali się, czy wszyscy głosują, jak trzeba.
Wszyscy głosowali, jak trzeba.

 

 

 

Dodaj komentarz

5.png9.png9.png1.png4.png0.png