08 01.2016 16:15

Niezorientowanym wyjaśniam, że jako bohemistka pracuję na UWr. od lutego 1990. W latach 1990 - 2011 byłam kolejno kierownikiem Studium Języka i Kultury Czeskiej, a potem Zakładu Bohemistyki. Dorobiłam się habilitacji i profesury belwederskiej. Pod opieką miałam w sumie 9 doktorantów, z czego 3 osoby obroniły doktoraty i 3 w dalszym ciągu są pod moją opieką, przygotowują się do obrony.

Promotor i jego doktorant

Formuła obdarzania stopniem doktorskim przez promotora wygłaszana jest po łacinie i zawiera zapewnienie, że wypuszcza się w świat adepta nauk, odpowiednio wykształconego i uformowanego, aby niósł wiedzę i ją rozszerzał. Jest to w istocie pusta formułka, którą nikt się nie przejmuje, chyba że sam doktorant się przejmie (jeśli nie jest doświadczonym wyjadaczem). Patrz też mój wpis „Ślubowanie”, gdzie piszę o formułce równie pustej.

Czy doktorant jest przybocznym promotora? Jak daleko to sięga, co promotor może mu „kazać”? Byłam kiedyś na stypendium w niemieckim uniwersytecie, gdzie doktorantka według listy zamawiała książki i przynosiła je rano profesorowi z biblioteki położonej dość daleko, nieraz pokaźny stosik. Pamiętam też radę jednego z wrocławskich profesorów, kiedy wspomniałam, że muszę do archiwów miejskich, żeby sprawdzić coś drobnego: „Pchnie pani doktoranta i on to pani sprawdzi”. O kilka drobiazgów rzeczywiście poprosiłam kogoś z doktorantów, tyle że były to czynności ambitniejsze.

Ale jeśli doktoranta już się wypromuje i wypuści w świat, to jak daleko sięga odpowiedzialność promotora? Czy odpowiada za błędy popełnione przez panią czy pana, o których tak pochlebnie po łacinie się wyrażał, za ich niewiedzę merytoryczną czy rozmijanie się z etyką? Prasę i internet obiegło negowanie prezydenta, dra hab. prawa, który tego prawa nadużywa (lepiej byłoby po czesku: zneužívá). Czy jego promotor naukowy (który też zabrał głos) odpowiada za te postępki, a jeśli tak, to w jakim zakresie?

Na myśli mam zwłaszcza dwie panie, które obroniły doktoraty, ale potem promotorzy się od nich odcięli, wcale ich nie polecają do pracy naukowej. W jednym przypadku doktorat był tak słaby, że promotor wprawdzie dał tej pani opinię do zatrudnienia, ale w niej chwalił ją za kulturę osobistą (co wkrótce też okazało się jedną wielką pomyłką). Jednocześnie przez inną osobę promotor poinformował mnie, że pani do pracy naukowej się nie nadaje (i rzeczywiście, ten doktorat powinien być zrewidowany). W drugim zaś wypadku mam zasadnicze zastrzeżenia do etyki i moralności tej osoby, ale kiedy napisałam o tym byłemu promotorowi (że braków w tym zakresie nie powinno się wypuszczać), ten urwał korespondencję. Musiało go to jednak nurtować, bo kilka miesięcy później dostałam list, że tej osoby bynajmniej do pracy na uczelni nie polecał.

No więc – promotor odpowiada czy nie odpowiada?

Inną jeszcze kwestią są przypadki drobnych wykroczeń popełnianych przez doktoranta czy – potem – doktora, w swoim promotorskim dorobku zetknęłam się z tym również, ale nie robiłam z tego użytku. Ale  może miałam zrobić użytek?

Poważne wykroczenie popełnił wspomniany tu kilkakrotnie doktorant z Politechniki Wrocławskiej, który dla swej przyszywanej „cioci” krzywoprzysiągł przed sądem.

Czego jednak możemy wymagać od doktorantów, skoro niektórzy promotorzy mijają się z prawdą i z prawem, urządzając na przykład nagonki na uczciwszych od nich kolegów, fałszując dowody sądowe czy biorąc pieniądze za rzekome wykłady Erasmus. Słyszałam też o mnożeniu płatnych godzin nadliczbowych w ten sposób, że obecny doktor habilitowany kilka lat temu miał lektoraty jednocześnie (?) w 3-4 grupach. Przykłady idą z góry, ale jeśli góra niewysoka, a właściwie to jest dół, to i dopasowani do tego doktorzy się trafią

Jeszcze inną sprawą są przypadki, o których wspominam w kryminale „Śmierć dziekana”, kiedy współpraca promotor-doktorant musiała być aż tak ciasna, że nie wiadomo, kto co komu napisał. Za to korzyści były obustronne: promotor dostał doktoranta potrzebnego do awansu, a doktor dostał stanowisko adiunkta - ma teraz mniej zajęć i większą pensję, nie mówiąc o „honorze” (a raczej braku). Zauważyłam kilka takich "cudownych przemian" z poczwarki w motyla.

Nie są to oczywiście tylko moje spostrzeżenia: w książce Janusza Leona Wiśniewskiego „Grand” jeden z bohaterów zakłada firmę piszącą magisteria, doktoraty i habilitacje (rejestruje ją jako firmę zajmującą się „konsultacjami naukowymi”, płaci podatki), ale na dłuższą metę nie umie psychicznie sprostać tej sytuacji i rezygnuje. Literatura – zauważmy – bywa wrażliwsza moralnie. „W realu” wiele osób bardzo dobrze daje sobie z tym radę. Czy ich psychika jest naruszona - być może, nie badałam

Wrócę jeszcze do jednej z dwóch opisywanych poprzednio pań doktor, która wbrew mnie weszła na moje miejsce kierownika Zakładu Bohemistyki Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego (p.o.kier), a potem walnie przyczyniła się do tego, że od kilku lat nie mam kontaktu ze studentami (czasem odwiedzają mnie w domu). Pani doktor posłużyła się wtedy KŁAMSTWEM, strasząc koleżanki, że jak zostanę w pracy, to one „przeze mnie” ją stracą (patrz też wpis: Tajemnica poliszynela...). Owa p.o.kier. nie umieszcza mnie nawet w spisie pracowników Zakładu Bohemistyki (mimo mojej pracy i mimo że jestem na stronie UWr. "aktywnym pracownikiem nieetatowym").

A oto dowód ze strony Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr.

Zakład Bohemistyki

Pracownicy:

  • Kierownik: dr Anna Zura (p.o. kierownika)
  • dr hab. Libor Martinek, prof. UWr
  • dr hab. Josef Jodas, prof. UWr
  • dr Katarzyna Chrobak
  • dr Ilona Gwóźdź-Szewczenko
  • dr Lenka Ptak
  • dr Jarosław Malicki
  • dr Sebastian Taboł
  • dr Dorota Żygadło-Czopnik
  • dr Kamila Woźniak
  • mgr Alena Zipser (pracownik emerytowany)

Tymczasem całe studia bohemistyczne (zdradził mi niedawny absolwent) opierają się na mojej „Historii literatury czeskiej”, jej znajomość gwarantuje pozytywne ukończenie szkolenia na tym kierunku.

Pani z doktoratem (uzyskanym od promotora, który "przecież jej nie polecał") jest tak bezczelna, że przed rokiem czy dwoma skierowała do mego męża (prof. Jaroslava Lipowskiego, który odszedł z UWr. solidaryzując się ze mną, i z powodu szykan) jakąś nową doktorantkę z bohemistyki – na przeddoktoranckie konsultacje!!! Promotorem tej doktorantki jest co prawda dr hab. Kusal, ale założę się, że p.o.kier. tak się o nią troszczy, mając nadzieję, że ten promotor będzie tylko „słupem”, który podtrzyma zdobycz parę lat, a doktorantka w przyszłości spadnie jej do podołka, co przyspieszy jej karierę w sposób, jaki tu opisałam.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

3.png5.png0.png3.png6.png9.png