Profesor „niepoprawny” (niepełnosprawny?) na Uniwersytecie Wrocławskim 09 01.2015 18:58

W roku 2011 Uniwersytet Wrocławski podał wniosek o moją profesurę tytularną, a obok tego wniosek o nagrodę indywidualną Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Oba wnioski zostały uwzględnione: tytułem i nagrodą mnie zaszczycono, ale moje akcje, zamiast iść w górę, zaczęły gwałtownie spadać. Stałam się profesorem – ale profesorem na Uniwersytecie Wrocławskim „niepoprawnym”

Nie chodzi tutaj o taką niepoprawność, jak w przypadku profesora Jana Hartmana (który stał się niepoprawny, bo ponoć dostrzegł dobre strony kazirodczych związków), nie chodzi o niepoprawność, jak w przypadku Czecha, profesora Martina C. Putny (któremu prezydent Czech Miloš Zeman odmówił mianowania profesorem, bo szedł w pochodzie homoseksualistów i skandował hasła, które nie podobały się Zemanowi) - nie, wcale nie. Sytuuję się bowiem jak najściślej w większości seksualnej, a patrząc z drugiej strony, jestem tolerancyjna dla „inności” (choć nie aż tak "tolerancyjna", żebym akceptowała kazirodcze związki).

Moja „niepoprawność” sytuuje się we wstydliwych zakamarkach polityki wewnętrznej Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego - aż tak wstydliwych, że nigdy przyczyny tej „niepoprawności” nie zostały nigdy sformułowane - można je tylko tuszyć, ale to ich wstydliwość potwierdza.   Otóż Wydział i Uniwersytet najpierw mnie podał na profesora i do nagrody Ministra – a kilka tygodni później tego jakby pożałował (?) Z jakich powodów? Otóż z powodów małostkowych, mówiąc ogólnie, z powodu małych ambicyjek małych ludzi (o tych powodach pisałam wielokrotnie na blogu www.bohemistyka.bloog.pl).

Najpierw Uniwersytet Wrocławski odmówił przedłużenia mi zatrudnienia, a na moje miejsce zatrudnił dra hab. Libora Martinka, dojeżdżającego co dwa tygodnie na lektoraty języka czeskiego – sic! - (proszę też zajrzeć na wpis na tym blogu „Studentka bohemistyki pisze” z dnia 27.06.2014, autentyczny list studentki, pod którym liczba popierających go "lajków" zbliża się do 2000!), a potem Uniwersytet Wrocławski w ogóle "zapomniał", że złożył wniosek o moją profesurę, i z tego powodu zdołał ją przez jakiś czas "zataić" przed kolegami z Rady Wydziału Filologicznego.

Zapomniał? To byłoby śmieszne, panie urzędniczki dobrze o tym pamiętały.

Zacytuję tutaj e-mailowy liścik, który otrzymałam od jednej z urzędniczek dziekanatu na początku roku 2014:

„Szanowna Pani Profesor,
czy otrzymała już Pani nominację profesorską? Potrzebna jest mi ta informacja do statystyki.
Z poważaniem

Dosłownie kilka dni później prezydent Bronisław Komorowski podpisał moją nominację, więc przed najbliższą Radą zadzwoniłam do pani mgr Elżbiety Grabskiej-Woźniak, kierowniczki dziekanatu Wydziału Filologicznego UWr., informując ją o tym radosnym fakcie i pytając, czy komunikat o mojej profesurze trafi na bieżącą Radę  Wydziału Filologicznego. Pani kierownik odpowiedziała, że komunikat tego typu nie jest przewidywany na najbliższej Radzie, bo brak oficjalnego zawiadomienia. Tego typu komunikaty wygłasza się zresztą według woli i uznania dziekana (???)

Dodam od siebie, że informacje o mojej profesurze natychmiast pojawiły się w Internecie, w oficjalnych komunikatach Kancelarii Prezydenta RP i na listach utytułowanych profesorów.

Od czasu nominacji minęło przeszło siedem miesięcy, skończyły się właśnie wakacje 2014.

Przybywam na kolejną Radę Wydziału Filologicznego, ale wcześniej decyduję się upewnić, czy jestem tu profesorem tytularnym, czy ciągle jeszcze doktorem habilitowanym. Niby to oczywiste, ale jestem podejrzliwa. I słusznie, jak się okazało. 

W gabinecie dziekana Wydziału Filologicznego UWr. spotykam śmiejących się radośnie „dziekanów dwóch” (Killerów 2óch?), to znaczy byłego dziekana, który już skończył urzędowanie w roku 2012, dra hab. Michała Sarnowskiego (tego, który mnie wprawdzie z użyciem wszelkich możliwych pochwał wnioskował w Senacie UWr. na profesora, ale wnet jakoś - ? - zmienił zdanie na wręcz przeciwne - zażądał od rektora UWr., żeby nie podpisał ze mną umowy i na moje miejsce przyjął doc. Martinka, specjalistę od polskiej literatury Śląska Cieszyńskiego – sic!) oraz urzędującego dziekana dr hab. Marcina Cieńskiego, prof. UWr.

Dziekan Cieński oznajmia mi, że o mojej profesurze na Radzie Wydziału Filologicznego nie mówił nic, nic o tym nie wie, nie dostał w tej sprawie „żadnego oficjalnego zawiadomienia”.

Jeśli pani dostała jakieś zaświadczenie – mówi do mnie – to gdyby była pani w okolicy, proszę zostawić w dziekanacie, a ja ten fakt podam do wiadomości na następnej Radzie.

Nie gratuluje mi przy tym ani nawet się do mnie nie zwraca, nie patrzy na mnie - biega wzdłuż biurek i zbiera papiery, podczas gdy „były dziekan Sarnowski”, roześmiany, chyłkiem wymknął się za drzwi.

Wychodzę z gabinetu i medytuję, co mam w takiej sytuacji zrobić, idę jednak  na Radę, postanawiając sobie, że jako jej członek sama obwieszczę ten fakt kolegom. W którym punkcie? W punkcie „komunikaty”, ale przecież wygłasza je dziekan (?). Lojalnie zatem informuję dziekana Cieńskiego o zamiarze wtrącenia się, na co on reaguje: – To już lepiej ja..., ja powiem...

I w ten sposób na Radę Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego na siłę wciska się komunikat o następującej treści (urzędujący dziekan Cieński mianowicie powiada):

- Ja wprawdzie nie dostałem żadnego zawiadomienia, ale pani Zofia Tarajło-Lipowska z rąk prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej otrzymała tytuł profesora...

[Podnoszę się i przysięgam, że to święta prawda, a obecni klaszczą uprzejmie, jak to się robi przy podobnych okazjach.] 

Kilka dni później wysyłam e-mail do dziekana Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego z pytaniem, dlaczego bohemistyka wrocławska jest „gwarantowana” przez dojeżdżającego, i przemęczonego, dra hab. Martinka, skoro ja jestem chętna do pracy – podczas gdy obowiązuje zasada, że pracownik o wyższym stopniu naukowym ma pierwszeństwo przed pracownikiem o niższym stopniu naukowym (zwróćmy uwagę, że już przyjęcie do pracy p. Martinka zamiast mnie było pogwałceniem tej zasady, bo ja byłam już wtedy habilitowana z wnioskiem o profesurę tytularną).

Na ten e-mail nie otrzymałam ŻADNEJ odpowiedzi.

Dwadzieścia dni później ponawiam ten e-mail do dziekana Cieńskiego, przypominając mu, że w myśl przepisów Kodeksu Postępowania Administracyjnego na list z zapytaniem winno się odpowiedzieć w ciągu dwóch tygodni (inaczej jest to niedotrzymanie zasad KPA), a w przypadku sprawy trudnej obowiązuje termin czterech tygodni. Listy e-mailowe w myśl KPA również „się liczą”.

Minęły już dwa miesiące od ponowienia – na ten list też nie otrzymałam ŻADNEJ odpowiedzi. 

Panie z dziekanatu Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego wciąż za to mnie zapraszają na posiedzenia Rady Wydziału Filologicznego

 

 

 

 

Dodaj komentarz

7.png4.png1.png5.png9.png6.png