Rysiek urodził się na wsi pod Łodzią, chociaż w życiorysie podaje Łódź jako miejsce swego urodzenia. Wojna nie pozwoliła mu na rozpoczęcie nauki w terminie. Naukę kontynuował po wojnie pomagając rodzicom w polu i w pracowni fotograficznej retuszując zdjęcia. Niemalże każdy mieszkaniec przedwojennej Łodzi i okolic stykał się na co dzień z językiem niemieckim, jidyszem i rosyjskim. Było to jak wiadomo wieloetniczne miasto. Rysiek był osłuchany z niemieckim, rosyjskiego uczył się w szkole, dodatkowo sam uczył się angielskiego, mimo, że ten język nie był wówczas tak popularny jak dzisiaj. Zanim skończył technikum księgarskie zauważył, że  podobieństwa między językami europejskimi nie są przypadkowe i próbował je wyjaśnić. Później ku swemu zdziwieniu zauważył, że równolegle z J. Pokornym lub nawet przed nim dokonał zestawienia wyrazów z języków europejskich wyprowadzając ich indoeuropejską etymologię. To urodzony naukowiec, odkrywca. Nie tylko zaczął rekonstruować prajęzyk indoeuropejski, ale również religię jaką wyznawali Indoeuropejczycy. W końcu sam zaczął w to wszystko wierzyć. Zarażał odkrytą przez siebie religią i językiem najpierw najbliższą rodzinę, a później przyjaciół i współpracowników. Trudno powiedzieć dokładnie kiedy powstał Klan Ausran (tak nazywał wyznawców swej religii), nie był on nigdy zarejestrowany jako grupa wyznaniowa. Jednak spotkania regularnie były prowadzone od połowy lat 50-tych. Sceny z tych spotkań opisał K. Brandys w "Listach do pani Z.". Wówczas Rysiek zradykalizował się rasowo. Uznawał tylko białych, z pogardą traktował wszystkie inne rasy; czarnych, żółtych, a semitów ledwo tolerował. Oczywiście zaczęła interesować się nim służba bezpieczeństwa. W jego najbliższym otoczeniu była "wtyczka". Służby doskonale orientowały się w jego działalności. Dali mu to do zrozumienia podczas "pogadanek", na które był zapraszany od czasu do czasu. Nie mógł tego przeboleć i co jakiś czas dochodziło do poważnych konfliktów między nim a jego kuzynem, którego podejrzewał o współpracę z UB. Tajniacy jednak nie nękali go zbytnio, służby traktowały go trochę z przymrużeniem oka, jako niegroźnego wariata.

Po technikum Rysiek poszedł na filologię klasyczną do Warszawy. A po jej skończeniu zaczął pracować w Łodzi. Po kilku latach był gotowy ze swoim doktoratem. Jego opiekunem naukowym był prof. S. O. Kiedy chciał "bronić się" był jeszcze przed trzydziestką. Do pracy trudno było przyczepić się, była fantastyczna. W innym kraju za swoje badania dostałby nagrodę, ale nie w Polsce i nie u prof. O. Promotor jego nie mógł przeboleć, że tak młody człowiek będzie doktoryzował się. Powiedział mu prosto w oczy - gdyby wszyscy doktoryzowaliby się przed trzydziestką, to doktorów byłoby jak grzybów po deszczu. Oczywiście do obrony go nie dopuszczał przez następne trzy lata, a on nie miał prawa nawet ust otworzyć. Zgodził się na otworzenie przewodu doktorskiego dopiero kiedy Rysiek skończył 32 lata. W tamtym czasie z profesorami nie dyskutowało się, a asystenci nosili im walizki do pociągu, robili zakupy, sprzątali w domach, przynosili węgiel z piwnicy, zajmowali się ich dziećmi i robili małe remonty w ich mieszkaniach. W końcu zrobił doktorat, jednak pierwszy policzek od polskiej nauki zdążył dostać i dało mu to wiele do myślenia.

Powoli dojrzewał do bardzo ważnej życiowej decyzji. Najwyraźniej zniechęcony tym co go spotkało, postanowił uciec z Polski do RPA. To był dla niego wymarzony, jedyny kraj dla białego człowieka. Zachwycał się nim, szczególnie jego klimatem. Powtarzał często - wyobraźcie sobie życie w kraju, gdzie cały rok jest +25 st. C i piękna, słoneczna pogoda. Był wyjątkowym zmarzluchem, czasem latem można było go spotkać na ulicach Łodzi w futrzanej czapce i zimowym płaszczu. Nie tylko zachwycał go klimat RPA, oczywiście był również zwolennikiem apartheid'u. Uczył się od dawna języka holenderskiego burskiego (afrikans), aby po przyjeździe do RPA móc od razu normalnie funkcjonować w tym kraju. Polska w tamtym czasach nie miała stosunków dyplomatycznych z RPA. Aby otrzymać wizę do tego kraju uciekł do Niemiec Zachodnich. Złożył wniosek o azyl, a pracownicy dyplomatyczni RPA co jakiś czas wzywali go na długie rozmowy. Trwało to cztery lata. Nie spieszyli się. Bardzo zależało im, aby nie wpuścić do swego kraju komunisty, a Rysiek w głębi duszy podzielał również lewicowe poglądy, od których nie chciał jednoznacznie odżegnać się przed dyplomatami z RPA. Pracował w tym czasie, można powiedzieć, fizycznie, bo nawet nie w księgarni, a w magazynie książek co nie napawało go dumą. Zarabiał grosze, ledwie starczało mu na przeżycie. Jedno czego nauczył się w czasie pobytu w Niemczech, to płynnie mówić po niemiecku. Koniec końców dostał odmowę wjazdu do RPA. Nie chciał w Niemczech skończyć w hurtowni książek, o pracy na uniwersytecie nie mógł marzyć, w takiej sytuacji postanowił wrócić do Polski. Wiedział jednak, że po powrocie będzie miał problemy, nie był pewien czy uda mu się wrócić na uniwersytet do pracy. Być może będzie musiał z władzami zawrzeć jakiś układ, który pozwoli mu wrócić na uczelnię. Do dzisiaj nie wiadomo jaki zawarł deal, jednak po powrocie był wielokrotnie przesłuchiwany przez bezpiekę zanim ponownie pozwolono mu pracować na uniwersytecie. Od tego czasu kuzyn, którego Rysiek podejrzewał o współpracę niejednokrotnie sugerował, że i on nie jest lepszy, co wywoływało karczemne awantury między nimi. Rysiek dzisiaj niechętnie mówi o czasie spędzonym w Niemczech. W oficjalnym życiorysie pisze, że w tym czasie uczestniczył w kursach praktycznej nauki łaciny i współpracował z redaktorem łacińskojęzycznego czasopisma "Vox Latina" ojcem Celestis'em Eichenseer'em (benedyktynem), co nie odpowiada prawdzie. Z ojcem Cetestinem prawdopodobnie spotkał się, ale żadnej współpracy nie było, nie opublikował w jego czasopiśmie żadnego artykułu.  

Na uczelni, niezależnie od greki i łaciny, zajmował się nadal językami indoeuropejskimi i przyszedł czas na wydanie jego dorobku w formie słownika rekonstruowanego języka praindoeuropejskiego. Wówczas kierownikiem katedry filologii klasycznej był prof. B. W. Rysiek przyniósł mu swój słownik i poprosił o pozwolenie na publikację i dopuszczenie do użytkowania jako literatura uzupełniająca dla studentów na rodzimym uniwersytecie. W. na jego oczach przejrzał pobieżnie maszynopis (obejmował on ok. 50 stronic), nie wczytywał się w treść, sam bowiem na tym się nie znał, przekreślił imię i nazwisko autora, wpisał swoje i wydał  zlecenie do powielarni na druk 150 egzemplarzy. Rysiek tak był zdziwiony całą tą sytuacją, że słowa nie potrafił wydusić z siebie. Zatkało go po raz drugi w życiu, podobnie jak podczas rozmowy z prof. O. o terminie obrony swego doktoratu. Po latach z tej sytuacji śmiał się, opowiadając w czasie towarzyskich spotkań, jak to W. stał się autorem słownika rekonstruowanego języka praindoeuropejskiego. W głębi duszy jednak cierpiał niezwykle, był to bowiem drugi policzek od polskiej nauki, ale siedział cicho, nosa nie wysuwał, aż po wielu latach doczekał się habilitacji.

O wielkiej karierze i awansach marzyć nie mógł z powodu swojej działalności religijnej i biorąc pod uwagę dawną ucieczkę na Zachód. Mimo to wiedział, że będąc doktorem habilitowanym, w zasadzie był nie do ruszenia na uczelni. Nikt właściwie nie mógł mu zagrozić. Jedynie jakiś ogromny skandal mógłby go pozbawić pracy. Człowiek szybko uczy się. Rysiek zdążył przekonać się, że uniwersytet to świetne miejsce, gdzie można spokojnie dotrwać do emerytury. Patrząc na całe akademickie środowisko utwierdził się w tym, że na uniwersytecie nie chodzi wcale o żadne badania naukowe, tylko o to, aby jakoś przeżyć na garnuszku państwowym nie wysilając się szczególnie. Starać się nie warto, bo albo to co zrobi zostanie zaprzepaszczone i zmarnowane albo skradzione przez innych. Zaczął jak inni symulować, że robi cokolwiek. Starał się być w tym systemie jak najbardziej niezależny, nie podlegający kontroli. Dobił się tego, że otworzył swój zakład w ramach katedry, w której pracował. Zatrudnił kilka młodych osób pełnych zapału do pracy. Ci widząc, że w zakładzie nic właściwie nie dzieje się, zaczęli naciskać na profesora. Jeden z nich mówi mu, przecież jeśli dziekan poprosi o pokazanie wyników naszej pracy, od razu okaże się, że nic nie możemy przedstawić i rozgoni nas. Rysiek z uśmiechem na ustach oznajmia młodemu doktorantowi, że jeśli już rzeczywiście pani dziekan (chodzi o prof. M. Kamińską) będzie na tyle bezczelna, aby nas sprawdzać to zawsze mogę przedstawić jej kilka szuflad fiszek spisanych przeze mnie w latach 50-tych i 60-tych. Ona nie ma o tym zielonego pojęcia. I rzeczywiście Rysiek wiódł w swoim zakładzie spokojne życie do upragnionej emerytury. Przez całe życie napisał zaledwie dwie książki i niewiele mało znaczących artykułów. Były całe lata kiedy nie napisał zupełnie nic. Na zakończenie pracy, tuż przed emeryturą otrzymał tytuł profesora. Nauką jednak od lat nie zajmował się. Liczyły się imprezy, spotkania towarzyskie połączone z kultywowaniem pogańskiej religii i alkohol, częściowo wylewany na ofiarę bogom, a w większości wypijany przez niego jako kapłana.

Z tą religią Ausran to też bywały komiczne sytuacje. Przede wszystkim prześmiewczo była ona nazywana przez jego studentów religią ausrańców, ale nie o to chodzi. Bardziej interesujący był przebieg obrzędów religijnych. Przede wszystkim Rysiek, jako najwyższy kapłan (którym sam obwołał się), swoich kolegów z katedry ponaznaczał kapłanami od różnych bogów. Tych których mniej lubił przydzielał kapłaństwo mniejszych bogów, innym nadawał kapłaństwo bardziej znaczących bogów. Modły wyglądały tak, że najpierw Rysiek, a później po kolei według hierarchii  pozostali kapłani (począwszy od kapłana słońca, skończywszy na kapłanie byka) nalewali kielichy winem odmawiali modlitewne formuły po praindoeuropejsku, niewielką część wina w ofierze wylewali za okno swoim bogom, a resztę do gardeł, a za kapłanami to samo czyniła cała reszta pospólstwa. Sekta dzieliła się na trzy grupy: kapłani, starszyzna i pospólstwo. Pod oknem Ryśka rósł krzak bzu, wielce czczony przez niego jako święte drzewo, ale któregoś roku najpierw bardzo zmarniał podlewany systematycznie winem, a później zupełnie usechł. Chętnych do udziału w "modlitwach" nigdy nie brakowało, była to oczywiście świetna okazja do upicia się za darmo. Zawsze przed modłami Ryszard starał się zorganizować tyle wina, aby co najmniej po dwie butelki na głowę wypadało. W spotkaniach uczestniczyło około 30 osób, a odbywały się one w większym pokoju w jego mieszkaniu, ścisk przy tym był niemiłosierny bo pokój ten miał powierzchnię około 15 m kw. Po modłach zawsze zostawały u niego studentki, aby pomóc posprzątać profesorowi. Inteligentnych studentek nie brakowało, wiele z nich chętnie zostałoby na uczelni i poświęciło się nauce, jednak wolnych etatów było niewiele. Trzeba było zatem zabłysnąć innymi talentami, aby przekonać profesora do siebie. I nie musiał wcale Rysiek je do czegokolwiek zmuszać, chętnych do posprzątania było zawsze wiele.

A propos fiszek. To był początek lat 90-tych. Na polskich uczelniach wszędzie były już komputery. Wszyscy starali się zastępować fiszki bazami danych czy chociażby komputerowymi plikami. Jednak Rysiek bał się komputerów jak diabeł święconej wody. Ten strach przed wszystkim co nowoczesne był podszyty ideologią. Otóż jako językoznawca uważał, że język to żywy organizm, który podlega prawom natury, to znaczy rodzi się, rozwija, dzieli się, powstają jego gałęzie czyli rodziny i podrodziny, aż w końcu kiedyś umiera. Dla niego język był jak drzewo. Nic dziwnego, że z obrzydzeniem myślał o esperantystach, ido'wcach, volapük'istach i innych, którzy porozumiewali się sztucznymi językami, o ile sztucznymi można je w ogóle nazwać, ponieważ tak naprawdę w tych językach nie ma nic sztucznego. Swoje naturalistyczne poglądy językowe przenosił na inne sfery życia i był w tym niezwykle konsekwentny. Nie wyobrażał sobie, aby można było uprawiać naukę inaczej niż przy pomocy ołówka i kartki papieru. Nawet do długopisu czuł odrazę. Podczas jednej z konferencji naukowych spotkał swego dawnego kolegę, który pochwalił się mu swoją niedawna wizytą w Indiach. Bywał tam dość często, ponieważ zajmował się indyjskimi religiami, głównie dżinizmem. Opowiadał jak to na jednym z indyjskich uniwersytetów pokazywano mu oprogramowanie do rekonstrukcji językowej, które po wpisaniu wyrazów we jednym ze współczesnych języków indyjskich w mgnieniu oka pokazuje ich pierwotną formę. Tego było za wiele. Rysiek poczerwieniał ze złości i wykrzyknął "Co ty tu chrzanisz! Do czego dojdzie jak komputery zaczną rekonstruować języki, zresztą to w ogóle niemożliwe...". W życiu nie zasiadł przy komputerze i nie napisał przy jego pomocy ani jednego zdania. Robili to za niego znajomi i młodsi współpracownicy. Za największą wartość uznawał skrajnie naturalistyczny styl życia, który objawiał się w bardzo skromnym odżywianiu się, ubieraniu (nierzadko chodził w połatanych spodniach) i mieszkaniu wręcz w prymitywnych warunkach.

Rysiek to niewątpliwie dziwak i ekscentryk. Ale to też przykład jak daleko od nauki może przebiegać ścieżka kariery zawodowej polskiego naukowca. Jest to również typowy przykład jak polska nauka może właściwie zniszczyć ogromny talent, doprowadzić do tego, że młody naukowiec przestaje w jakimś momencie zajmować się nauką nie widząc w tym większego sensu. Ryśka zniszczyło polskie środowisko naukowe, wolał zajmować się sektą niż prowadzić badania, pisać książki i artykuły. Uczelnia po części zniszczyła mu życie osobiste. Jak każdy naukowiec w tamtych czasach zarabiał niewiele. Jego żona nie chciała przez całe życie borykać się problemami finansowymi. W końcu odeszła.

 

 

Dodaj komentarz

5.png4.png0.png8.png0.png2.png