03 06.2015 12:35

W zamierzchłych czasach komuny mówiło się: "dobry fachowiec..., ale bezpartyjny". Że niby i tak w górę nie pójdzie, żyć mu owszem pozwolą, ale co z tego. Było tak i w Polsce, i w Czechosłowacji, tam nawet bywało ostrzej, jak świadczy opisany w poprzednim wpisie na tym blogu przypadek mgr I.K., która po sławetnym polskim roku 1980 bez partyjnego glejtu nie mogła zostać asystentką na polonistyce na Uniwersytecie Karola w Pradze.

Obserwuję, że obecnie, w czasach postmodernizmu, postkolonializmu i jednocześnie dla wielu "powrotu do wartości i tradycji", które mają być "lekiem na całe zło", czyli w czasach chaosu i konfrontacji postaw, coraz częściej uprawia się "politykę sympatyczności". Nie chodzi tu o "politykę przyjaźni", o której pisał Derrida (nie wiem, czy dobrze nawiązuję do polskiego tytułu tego eseju, bo czytałam go po czesku), "sympatyczność" bowiem nie musi być podszyta prawdziwą przyjaźnią, może być fałszywa, koniunkturalna, przymilna, podlizująca się, śliska. "Przymilniaczek" tak się wczuje w swoją rolę, że w jej realność uwierzy, poczuje się bezkarny, załatwi wszystko, zresztą ofiary jego sympatyczności też wszystko jemu załatwią, temu "naszemu Krzysiowi", "naszemu Bodziowi" czy "naszemu Misiowi-Ptysiowi".

- Kogo zaprosimy na recenzenta? W czyją fałszywość i dwulicowość, wysługiwanie się innymi ludźmi i czyny nieetyczne nigdy nie uwierzymy? - Otóż nie uwierzę, że..., bo ja go lubię, bo on jest taki sympatyczny... - i jeszcze kilka podobnych błahych uzasadnień, usłyszałam od osoby, którą skądinąd cenię.

- A co pan X? - zapytatam innej utytułowanej znajomej, innej entuzjastki tego "naszego przymilniaczka". - Pan X jest przecież taki niesympatyczny... - słyszę w odpowiedzi.

Scenerię tych wypowiedzi trochę zmieniłam, stwarzając wrażenie, że padły w tych samych okolicznościach. Naprawdę padły w innych okolicznościach, ale rzeczywiście dotyczyły tego samego środowiska naukowego i dwóch panów, którzy mimo woli w pewnych okolicznościach ze sobą rywalizują.

Ale jaka tu rywalizacja, skoro jeden sympatyczny, a drugi niesympatyczny? Sympatyczny wygrywa już na wstępie. Podobnie pani I.K. jako odmawiająca wstąpienia do partii komunistycznej nie mogła rywalizować z inną (mało zdolną) koleżanką, która we wczesnych latach 80. do partii się radośnie zapisała i została pracownikiem naukowym na polonistyce  UK.

Wymaganie "sympatyczności", dostępności, przychylności, miłego traktowania, przyjacielskości w obejściu jest również (o dziwo!) istotnym składnikiem oceny nauczyciela akademickiego, bo  zapytania o to występują w arkuszach tzw. ewaluacji, które studenci anonimowo wypełniają na koniec semestru. Czemu "o dziwo!"?

Po pierwsze dlatego, że czasy nam takie nastały, że większość studentów przez życzliwość i przyjacielskość rozumie bezproblemowe zaliczenie przedmiotu, bez wymagań, bez wiedzy, a nawet czasem bez obecności na zajęciach. Stąd "nagradzanie" takich wykładowców wysoką oceną i odwrotnie "dokuczanie" tym wymagającym i niebezproblemowym - anonimowo wpisaną oceną negatywną.

Po drugie dlatego, że arkusze ewaluacyjne łatwo wykorzystać nieuczciwie i obrzydliwie, na przykład do nagonki na danego naukowca.

Byłam świadkiem, jak w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego zamazywano "ewaluację" w przypadku pewnej wykładowczyni, młodej, zdolnej i zadziornej (wtedy była zadziorna, teraz ją stępili jak ołówek), która popisała się konsekwencją w wymaganiach. Zdziwieni, a nawet przyobrażeni trochę studenci (dla których to być drugi lub trzeci kierunek studiów... a więc jakie wymagania?) napisali jej anonimowo różne złośliwości. W tym przypadku "zamazanie" ewaluacji, perswadowanie studentom i powtórna ankieta były słuszne, ale aż mnie mrozi, co by to było, gdyby ta pani akurat podpadła dyrekcji IFS UWr.?  Jakie doskonałe narzędzie zemsty sprezentowaliby jej niechcący studenci!

A co dopiero, jeśli tychże studentów można jakoś nastawić, popchnąć, napuścić na wykładowczynię? (Tak było, jak czytałam, w przypadku pani dr Sabiny Bober z KUL w Lublinie.)

Ale tutaj rozeszło się po kościach. Psiapsiółki trochę nagadały, napyskowały (A widzisz? A masz, ty głupia.. - dosłownie!), wymagająca pani popłakała się - i tyle.

W polskich środowiskach naukowych krąży petycja w sprawie odejścia od oceny naukowców za pomocą "ewaluacji". Wyszła z KUL-u w Lublinie. Bardzo ją popieram.

Na marginesie tych rozważań dodam, że w Czechach okazałą sympatycznością niewiele się zdziała, Czesi są nieufni wobec wylewnej serdeczności, podejrzewają, że za tym kryje się dwulicowość. Są poza tym sztywniejsi w obejściu "służbowym", a jeśli bratają się przy piwie, to spraw służbowych "wspólne piwo" nie obejmuje. Zapewne jest to zdrowsze

Czesi są też bardziej konsekwentni i twardzi w karaniu odstępstw  od  zasad. Żadne tam ulgi, zrozumienie, powoływanie komisji, w której wszyscy do siebie mrugają, bo przecież nie skrzywdzą "naszego ulubieńca", który tak się stara, taki jest gorliwy, twierdzi, że chciał dobrze, tylko zapomniał podać źródło, z którego dużo zaczerpnął...

Skoro zrobił coś, czego robić nie należy, więc za to "pyka", niestety, choćby przepraszał, prosił o wybaczenie i usprawiedliwiał się.   To przecież nauka, a nie dziecinne  przekomarzanki w stylu "Staś na sukni zrobił plamę, płacze i przeprasza mamę...". Plama to plama! I już!

 

 

 

7.png4.png1.png6.png2.png2.png