22 07.2014 21:49

Kiedy stołek się trzęsie (patrz: motto blogu) lub kiedy stołek nie trzęsie się wyraźnie, ale usadzona na nim persona chce, aby cztery nogi stołka były tak mocno umocowane w materii gruntowej (w błocku? w betonie?), żeby na przyszłość nawet nie drgnął, to wyjściową materię odpowiednio się rozdrabnia i maceruje, aby lepiej trzymała.

Dyrektor instytutu zwraca się do kolegów PEWNEJ OSOBY (promotora, kierownika zakładu czy pracowni), którą ocenia jako „grudę” czy „kamień” przeszkadzający w procesie rozdrabniająco-macerującym podłoże jego kariery (ów „kamień” z powodzeniem może być kamieniem węgielnym, kamieniem-fundamentem czy innym elementem faktycznej konstrukcji instytutu – nikogo to nie obchodzi). Tych kolegów napuszcza się przeciw „kamieniowi”, wskazuje się na fałszywe niebezpieczeństwa, plotkuje*), obrabia, w razie czego nawet się kolegów postraszy. Na ogół w grupce ludzi znajdzie się ktoś, kto dążenia dyrektora instytutu podchwyci, podsyci, skusi się na nadzieję (obietnicę?), że za tę pomoc jego osobista kariera „organizatora” będzie też wsparta i poparta, że wnioski o kolejne stopnie naukowe dzięki dyrektorskiej pomocy znajdą „dobrych recenzentów”, o innych bieżących przywilejach nie wspomnę: wykłady Erasmus, urlopy naukowe, zajęcia zgodnie z życzeniem, dogodnie rozplanowane, delegacje i ich bezproblemowe rozliczanie.

W moim przypadku pozbycie się mnie jako „kamienia” (fundamentalnego jednak dla bohemistyki) odbyło się dokładnie w opisany sposób - scenariusz żywcem stąd przeniesiony: osobą, która „podchwyciła, podsyciła, poleciała na obietnicę”, była Anna Zura, która została na moje miejsce p.o kier., za rok otrzymała roczny urlop naukowy, a na ćwiczeniach wolno jej uczyć głupstw (wpis na poprzedniej stronie „Studentka bohemistyki pisze”).

A ci inni? - Inni to tylko ludzie. „Naukowcy to też ludzie” – napisał mi w liście prof. MB – nie rektor -  usprawiedliwiając w ten sposób małostkowość i brak zasad etycznych w konkretnym przypadku.

W Internecie pojawił się blog pani dr Anny Nawolskiej, który opisuje taki sam mechanizm postępowania w tym samym środowisku naukowym, na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego:

http://folwarkuwr.wordpress.com/

Kiedyś były „szkolenia partyjne”, na których „aktyw” pobierał nauki, jak radzić sobie „z kolektywem”. A dziś, jeśli ktoś na zebrania partyjne nie zdążył (ale pani Paszkiewicz jeszcze chodziła), to kto nauczy chwytów, które przydadzą się karierowiczom w ustroju kapitalistycznym?

Oczywiście telewizja. Chwyty skompromitowane na Zachodzie trafiają do nas, podobnie jak stosy tego plastikowego chłamu w supermarketach, tych wszelkich plastikowych butów na obcasach i torebek. Ktoś to importuje - ale co z tym zrobimy, czy nabierzemy się na to, czy nie - to inna sprawa.

  Opisane tu chwyty socjotechniczne są przedstawione w amerykańskim serialu telewizyjnym „House of Cards”, jednak nie w intencji  nauczenia arkanów karierowiczostwa czy „sterowania kolektywem” ale raczej dla obnażenia ich przed widzami, dla obrony przed tym zjawiskiem

Na Uniwersytecie Wrocławskim te "wzory sterowania ludźmi” traktuje się jednak śmiertelnie poważnie. To tak, jakby po przeczytaniu Moliera zostać „skąpcem” lub „świętoszkiem”.


*) Najbardziej kuriozalną plotką na mój temat było rzekome przyczynienie się przeze mnie do śmierci suczki pani Paszkiewicz imieniem Yorka. Pani Paszkiewicz była z nią u nas: piesek gonił kota, zeskoczył z tarasiku i nadwerężył sobie łapkę. Łapkę zoperowano – i tu okazało się, że ma chore nerki, narkoza mu zaszkodziła. Praprzyczyną tych przykrych wydarzeń miała być wizyta u Lipowskich: pointą pomówień była konstatacja, że Lipowscy nawet zwierzęciu nie przepuszczą.

Powtórzono mi tę plotkę w dwóch niezależnych od siebie miejscach: jednym była konferencja o Václavie Hance w Pradze we wrześniu 2011, na której byłam zresztą jedyną Polką. Znajoma Słowianka dopadła mnie ze śmiechem, że świadek perory pani Paszkiewicz jej to powtórzył. Niech ta osoba się nie zdradza – radzę - bo skończy jak ja. [Dodam, że dokumenty delegacji na tę konferencję (byłam wtedy pracownikiem IFS) dotąd u mnie leżą, mimo że reprezentowałam z referatem Uniwersytet Wrocławski. Nierozliczenie delegacji było dodatkową małą szykaną. Być może „za pieska”, na pewno nie wiem.]

Poraża absurd i głupota, która z tego postępowania wyziera... Czy był to element nagonki, który spowodował wyrzucenie mnie z kierownictwa Zakładu Bohemistyki? Powód smutnej decyzji, że kierownikiem została niedojrzała pani doktor, która przykłady do ćwiczeń z gramatyki wycina z książki do szkoły podstawowej (mam ksero tak spreparowanego przez nią tekstu), a na ćwiczeniach z komunikacji międzykulturowej uczy, jak być miłym w kontaktach międzyludzkich (patrz: kilka wpisów wstecz)? Wielotygodniowe zwolnienia bierze? [Kiedy mnie wyrzucono, badałam właśnie, gdzie te zwolnienia spędza, bo jak w Auli Leopoldinie gościł Václav Klaus, to ona – jakże pechowo! – była właśnie w trakcie...]

Pani Paszkiewicz została po raz trzeci wybrana na dyrektora IFS UWr. głosami: własnym, dwóch swoich zastępczyń (jedna z nich, przed emeryturą, ma na liście publikacji 1 artykuł) oraz pani Zury (opisałam to dokładniej we wpisie z 27 maja 2014 pt. „Aż słuchać hadko!”).

I wszystko jest podobno w porządku ze strony formalnej i prawnej. Jaki to porządek? Większego sobiepaństwa i bezkarności nie ma w Polsce nigdzie. Nie wiadomo, czy to wciąż dziedzictwo starych struktur partyjnych, mentalności „działacza partyjnego”, czy też objaw jakiejś zupełnie nowej narodowej entropii...

 

 

 

 

Dodaj komentarz

7.png4.png4.png8.png5.png6.png