Bogdan M. był nauczycielem historii w liceum w mieście B., który miał po dziurki w nosie swojej pracy. Psychicznie nie wytrzymywał z uczniami, którzy lekceważyli go mówiąc mu prosto w oczy, że jest dla nich nikim. Ubierał się skromnie, nie stać było go na markowe ciuchy, ponieważ żona postawiła jasno warunki finansowe; musi do domu przynosić tyle i tyle pieniędzy, inaczej go "kopnie". Więc oddawał wszystko co zarabiał, brał korepetycje, imał się różnych dodatkowych, aby sprostać wymaganiom finansowym żony. Żona jego, sędzina w sądzie rejonowym, była już zapewne z kimś związana, a on próbował jak mógł uratować związek, który właściwie już od dawna nie istniał.

Wydział fizyki uniwersytetu w pobliskim mieście postanowił zdobyć trochę pieniędzy, a przy okazji, a może przede wszystkim dać dorobić swoim pracownikom. Otworzył więc studia podyplomowe z zakresu programowania komputerów. Studia były skierowane głównie do nauczycieli, którzy chcieli przekwalifikować się. Była to świetna okazja np. dla rusycystów, którzy masowo tracili pracę po roku 1989. Kiedy Bogdan tylko usłyszał, że takie studia otwierają się, pojechał na uniwersytet, aby się zapisać. Liczył na to, że zostanie programistą lub przynajmniej zmieni przedmiot nauczania, nie będzie dłużej nauczycielem znienawidzonej historii, a zacznie uczyć informatyki. Wśród słuchaczy byli bardzo różni ludzie. Przede wszystkim byli to nauczyciele, ale zjawili się dwaj wojskowi, którzy chcieli napisać program do szybkiego ustawienia armaty, aby oddać trafny strzał. Takiego oprogramowania nie było, to też pokazuje poziom polskiej armii. Był nawet ksiądz (zawsze nosił się po cywilnemu) oraz kilku doktorantów i asystentów macierzystej uczelni, szczególnie z kierunków humanistycznych, którzy mieli w planach wykorzystanie komputerów do swoich badań naukowych. Dla większości polskich naukowców komputer to niestety ciągle tylko trochę lepsza maszyna do pisania, tak było na początku lat 90-tych i nadal niewiele zmieniło się. Studia były płatne, a słuchacze wiązali z nimi spore nadzieje.

Wykładowcami byli mniej lub bardziej utytułowani pracownicy wydziału. Zajęcia z niektórymi z nich to była prawdziwa uczta dla rozumu, ale pozostali...? Najbardziej bulwersujące były wykłady z programowania w Visul Basic'u. Wykłady prowadził dr Jacek K. To co on robił na tych zajęciach to prawdziwa kpina z ludzi. Człowiek ten zupełnie nie był przygotowany do prowadzenia takich zajęć. Nie potrafił wytłumaczyć na czym polega programowanie z tym języku. Jedno na co było go stać to przepisywanie z książki na tablicę przykładowych programów. Nie był w stanie niczego wyjaśnić, nie potrafił odpowiedzieć na żadne pytanie. Programy przepisane przez niego na tablicę nie działały, bo pojawiały się w nich liczne błędy, które nawet słuchacze byli w stanie wyłapać. Ani jedno zajęcie nie zostało przeprowadzone do końca. Słuchaczami było wielu nauczycieli, którzy sami mówili, że nawet w małej, wiejskiej szkole nauczyciel nie potrafiłby się tak kompromitować przed uczniami jak dr Jacek K. Wiele do życzenia miał program tych studiów. W programie zajęć była nauka m. in. języka XBase (wykorzystywanego do pracy z basami dBaseIII+ i dBaseIV). Już wówczas był to przestarzały język programowania przed którym nie było przyszłości. Dlaczego nie uczono chociażby wieloplatformowego języka SQL do programowania baz danych? Istniał on już wtedy i było wiadomo, że wyprze starsze języki podobnego zastosowania.

Innym uczestnikiem studium był mężczyzna w średnim wieku, którego imienia nie zapamiętałem. Interesował się informatyką, sam już wcześniej programował. Jemu właściwie potrzebny był tylko papier, że cokolwiek skończył w tym kierunku. Pracował w szkole jako informatyk. W czasie kiedy był słuchaczem studiów podyplomowych, dla księgowości swojej szkoły stworzył arkusz kalkulacyjny do obliczania zarobków nauczycieli. Zrobił te szablony płac, aby je przetestować w praktyce, a później przedstawić jako pracę dyplomową na zakończenie studiów podyplomowych. Na zajęcia chodził w kratkę, z góry zakładając, że niczego nowego nie nauczy się tam. Recenzentem jego pracy był mgr Marcin B., który nie chciał jej przyjąć twierdząc, że jest to zbyt wybitna, aby mogła być napisana przez słuchacza takich studiów, sam taką wypowiedzią dał świadectwo studiom na których wykładał. Zażądał, aby słuchacz wyjaśnił jak te arkusze płac działają. Niestety mimo, że Marcin wykładał na tych studiach arkusze kalkulacyjne nie znał ich zbyt dobrze i nie był w stanie zrozumieć wszystkiego co mówił o swojej pracy dyplomowej Andrzej. Wściekł się, ale był bezradny i pracę zaliczyć musiał tym bardziej, że wyjaśnieniom przysłuchiwało się kilka osób.

Słuchaczką na tych studiach była również Małgorzata G. Dopiero co skończyła polonistykę i została na uczelni. W swoim rodzinnym mieście dorabiała prowadząc niewielką firmę handlową wraz z ojcem. Stworzyła ona program do rozliczeń podatku VAT, który dopiero co wszedł w życie, co również spotkało się z niedowierzaniem wykładowców i podejrzeniami, że ktoś za nią go napisał.

Pomysłodawcom tego studium i organizatorom brakowało jakiejkolwiek wizji, a przede wszystkim zabrakło elementarnej uczciwości. Nauczali, a właściwie próbowali nauczać, robiąc to wyjątkowo nieudolnie, w programie były tematy przestarzałe, niektóre zupełnie zbędne. Chcieli po prostu tanim kosztem, bez wysiłku zarobić. Nabijali latami w przysłowiową butelkę mniej zorientowanych słuchaczy.

Po jakimś czasie od zakończenia kursu Bogdan wałęsał się po ulicach swego miasta. Z pracy jako nauczyciel historii zrezygnował. Na nauczyciela informatyki go nie przyjęli widząc jaki był program tego studium. Żona jak zapowiadała "wykopała" go z domu (mieszkał bowiem u niej). Bogdan przekwalifikował się, założył firmę handlująca narzędziami i wydaje się być teraz szczęśliwym człowiekiem. A dr Jacek K. po kilku latach, a jakże, habilitował się. Osiągnięcia jego nie powalają. Nie może pochwalić się dorobkiem naukowym. Nie każdego roku udaje mu się coś napisać. Tylko jeden z wykładowców zachował się po ludzku, to był właśnie mgr Marcin B., rezygnował z pracy na uczelni, nie męczył dłużej siebie i innych.


Nie byłem słuchaczem tych studiów podyplomowych, ale poszedłem raz z ciekawości ponieważ szeroko po okolicy odbijały się echem wyczyny wykładowców UMK. 

 

 

Dodaj komentarz

5.png4.png0.png8.png1.png7.png