06 11.2014 21:43

Pytania od studentów filologii czeskiej

1. Czy osoby chcące nauczyć się języka obcego powinny przez pięć lat studiować obcą filologię?

Nie powinny tracić cennego czasu, niech nie studiują.

Odwiedził mnie były student, który zaczął kiedyś studiować rusycystyczną bohemistykę, ale zaraz przeniósł się na zupełnie inny wydział. Powiedział, że mimo naszego szybkiego rozstania znalazł sobie dobrze płatną pracę niedaleko Pragi, przyjęto go i jest naprawdę zadowolony. Czeskiego nauczył się na sześciotygodniowym intensywnym kursie dla cudzoziemców w Brnie, kosztowało go to wprawdzie koło 3000 koron czeskich (plus koszty utrzymania, niższe jednak niż w Polsce), ale opłaciło mu się sowicie, bo rozmowa z czeską komisją, która przyjęła go od razu na kierownicze stanowisko, poszła gładko.

Ponieważ wymowy nie miał doskonałej, więc rozpoznawano go jako cudzoziemca. Firma uznała to za „braki natury logopedycznej”, posłała go na popołudniowe ćwiczenia do czeskiego logopedy, a za udoskonalenie tej strony komunikacji nowego pracownika z załogą zapłaciła czeska ubezpieczalnia.

2. Czy absolwenci studium licencjackiego lub magisterskiego bohemistyki wynoszą z niej coś więcej niż wyżej opisany młody człowiek wyniósł z kursu w Brnie?

W zakresie znajomości języka wynoszą mniej.

3. Jeśli oprócz tego coś wynoszą, to tylko dzięki indywidualnej dobrej woli konkretnego gorliwca.

4. Co "wyniosła" ze studiowania niejaka „Anna Maria Średniopolska”?

Istnieją przypadki oszustw polegających na tym, że praca dyplomowa jest po prostu przetłumaczona z cudzej, czeskiej pracy. System antyplagiatowy tego nie wyłapie, bo języki są różne.

Magistra „Jana Navrátilová” – zupełnie o tym nie wiedząc – swoją pracę dyplomową, przechowywaną na półce w czeskiej bibliotece, użyczyła jakiejś „Annie Marii Średniopolskiej”, która ją skserowała i przetłumaczyła (dała do przetłumaczenia?), dodając kilka akapitów z polskiej książki o podobnej tematyce. Dosłownie przepisane zakończenie pracy podała jako czeski abstrakt całości. Całość zaniosła do dziekanatu Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego jako pracę swojego autorstwa.

Jedną taką panią przypadkowo „złapałam za rękę” (za rękę niestety już wymagistrzoną), a teraz kolejne lata upływają mi na upominaniu się, żeby tej sprawie w ogóle nadano jakiś bieg. Jeśli bieg nadano, to stało się to zupełnie niedawno, ale ja nadal nic o tym nie wiem, bo w ramach „ukarania mnie za znalezienie plagiatu” nikt nigdy nie zareagował na moje pismo do dziekana zgłaszające tę sprawę w kwietniu 2011. Nie odpowiedziano mi też na ponowienie zgłoszenia na Radzie Wydziału Filologicznego we wrześniu 2013 (!!!)

Kilka dni temu w czeskiej telewizji oglądałam odcinek amerykańskiego serialu o adwokacie Perry’m Masonie (według kryminałów Erle’a Stanleya Gardnera). Mordercą okazał się student, który chciał zatuszować plagiat swej pracy seminaryjnej, a kolega się w tym połapał i zamierzał go wydać. Sprawca dążył bowiem do kariery zawodowej, która w przypadku wykrycia plagiatu już na wstępie byłaby złamana.

„Polska to nie Ameryka!” śpiewa polski raper. Banalne, ale po raz kolejny prawdziwe.

5. Co wyniósł ze studiów „Walenty Zieleniewicz”?

Student bohemistyki WZ (na poziomie licencjackim) w ramach Erasmusa wyjeżdża na stypendium na mniejszy uniwersytet (nie czeski). Przebywa tam dwa semestry.

[Byłam kierownikiem Zakładu Bohemistyki w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, ale w sprawie wyjazdów studentów na Erasmusy nic do gadania nie miałam: sprawa wyjazdu i kierowania nań studentów załatwiana była na poziomie trzech wybitnych sił dyrekcyjnych. Dowiadywałam się o tym w ten sposób: - Student WZ obecny? - Nieobecny, bo na stypendium... – odpowiadali koledzy z grupy.]

Osoba Obdarzona Zaufaniem Dyrekcji  „powracającym z zagranicy” studentom przepisuje stopnie zyskane na obcym uniwersytecie jako równoważne ze stopniami z zajęć, które odbywają się „tutaj”. Ale w tej sprawie również nic nie mam do gadania - to wszystko frunie nad moją głową.

Na egzaminie licencjackim wyszło szydło z worka: okazało się, że student WZ w ogóle nie uczęszczał na zajęcia z historii literatury czeskiej (!), nie ma o niej zielonego pojęcia, choć w innych przedmiotach jest lepiej. Po prostu Osoba Obdarzona Zaufaniem Dyrekcji przepisała mu stopień z ćwiczeń z „poezji konkretnej” (poezji wizualnej, np. kaligramów). Na tym zagranicznym uniwersytecie akurat miał staż czeski magister, który przez dwa semestry ćwiczył z młodzieżą analizę „poezji konkretnej”, a konkretnie jednego jej przedstawiciela. Student poza tym nic nie wie, w ogóle nie wie, że jakaś historia literatury czeskiej istnieje. Na egzaminie licencjackim stawiam mu zatem dwóję, a ponieważ z języka dostał czwórkę – sugeruję całość egzaminu na tróję i powakacyjną poprawkę z literatury.

Kilka dni później łapie mnie ówczesny prodziekan, zżymając się, że „tak nie może być”, dwója na egzaminie nie wchodzi w grę, skoro student trochę po czesku umie - trzeba to zmienić in plus. Po rozmowie ze studentem, skądinąd inteligentnym, stawiam mu zatem „umowną” tróję z historii literatury czeskiej i ustalam, że zda to u mnie w następnym roku (zapisał się na moje seminarium magisterskie). Nasza współpraca zaczyna się pomyślnie, często rozmawiamy, ale kończy się na niczym... krótko mówiąc student poprzestaje na licencjacie, droga zawodowa układa mu się inaczej.

Z licencjatem bohemistycznym jednak znawca „poezji konkretnej” po świecie biega, podobnie jak pani podpisująca się pod cudzą pracą magisterską biega po świecie z bohemistycznym magisterium.

Jeśli ktoś z pytających studentów w dalszym ciągu trzyma się bohemistyki, to niech powyższe przykłady potraktuje jako pomysł, jak można przez pięć lat grać uczelni na nosie. Z listu cytowanego tutaj w całości we wpisie „Studentka bohemistyki pisze” i z innej mojej wiedzy na ten temat wynika jednak, że „najwdzięczniej” (najfałszywiej)  studentom (zwłaszcza tym nielicznym, opisanym tutaj w punkcie A) grają na nosie  osoby wykładające, choć z nielicznymi wyjątkami.


 

 

                                                 

 

7.png4.png4.png8.png6.png8.png