25 10.2015 19:17

Pisać zaczęłam dawno, ale wierszy napisałam niewiele. Chyba że satyryczne. W średniej szkole pisałam opowiadanka i listy do szkolnej przyjaciółki Anity W. Siedziałyśmy w jednej ławce (V LO), skrzynki pocztowej raczej nie używałyśmy, listy przynosiłyśmy sobie. Do dziś przechowuję tę korespondencję, pożółkłą, trudno czytelną, z dopiskami na marginesach, czasem pisaną dziwnie, np. spiralą czy od tyłu. Z rysuneczkami, z rebusami, zagadkami, niespodziankami...

Moje życie zawodowe tak się ułożyło, że zawsze coś pisałam – nie zawsze jednak to, co chciałam napisać. Z początku pisałam, co napisać było trzeba. Na szczęście nie zawsze to się wykluczało. Najpierw te sfery rozdzieliłam: do czasopism naukowych pisałam naukowo, a do innych – publicystycznie, czasem małe opowiadanko umieściłam.

Napisałam dwa podręczniki polskiego dla Czechów (drugi pozostał w maszynopisie), bo napisać było trzeba (tak wtedy sądziłam). Pisanie wcale nie było nudne. Wiele przyjemności sprawiało mi wyobrażanie sobie postaci (Maryli, Filipa, pana Groszkiewicza i innych), wymyślanie dialogów, zaznaczanie fabuły (z lekcji na lekcję). Drugi podręcznik był jeszcze bardziej sfabularyzowany, nosił tytuł „Rozmowy z Kasią i o Kasi”, ale do wydania nie miał szczęścia, a ja nie miałam głowy, żeby się tym zająć. Nawet ćwiczenia fajnie się układało - nie kradłam ich bynajmniej, jak to robi pewna złodziejka, wycinająca z czeskich szkolnych podręczników ćwiczenia dla polskich studentów, ta sama zresztą, która „z inicjatywy” dyr. Paszkiewicz ukradła mi funkcję kierownika zakładu.

O pewnej książce beletrystycznej wspomnę tajemniczo, bo na razie pozostaje w rękopisie. Są to rozszerzone notatki (oczywiście śmieszne) z czasów, gdy mój mąż aklimatyzował się w Polsce. Doświadczenia miał dalece różne od naszych – przez „nas” rozumiem Polaków, którzy przed rokiem 1990 zdążyli dorosnąć lub choćby podrosnąć   

Koło roku 2000 napisałam i wydałam książkę o Karlu Havlíčku Borovskim. Z sytuacji wynikało, że powinnam napisać książkę, ale „tak naprawdę” to tę właśnie książkę napisać chciałam. Dlaczego? Bo poznani Czesi, przeważnie naukowcy i studenci Uniwersytetu Karola czy poznani w innych placówkach naukowych, byli tacy INNI. Język zaczęłam rozumieć stosunkowo szybko, ale ICH jako naród zrozumieć było trudniej.

Nie myślą jak my, inne mają priorytety, aksjomaty itp. Wychowano mnie na polskim romantyzmie i pozytywizmie, na wojnę szło się z dumą, z triumfalnym śpiewem. W czeskim przedstawieniu Vojna Františka Emila Buriana było zupełnie inaczej. Postacie tego spektaklu podnosiły z tego powodu lament, płakały, wyruszenie na wojnę było nieszczęściem. Polscy „chłopcy malowani” szli radośnie „na wojenkę” (przynajmniej tak deklarowali), łezkę ocierali ewentualnie tylko z powodu rozstania. Jak to, że dla czeskich osiłków jest to holé neštěstí, bez cienia radości czy nadziei?

Poczytałam sobie o Havlíčku, przeczytałam jego publicystykę, fraszki i poematy. Dodałam tło historyczne i ówczesny sposób myślenia w czeskiej literaturze. Okazało się, że Czesi nie tylko „mają swój język” (mówiąc za Rejem), ale też mają rację w wielu sprawach. A Havlíček BYŁ ważny. Dla mnie okazał się też sympatyczny – lubował się w paradoksach, popisywał przekorą. Ducha z Havlíčkiem mamy wspólnego.

Pisałam jednocześnie „Havlíčka” i „Kapoana”, oba wyszły w roku 2000. Oczywiście więcej radości było z pisania „Kapoana”, ale z książki naukowej też miałam frajdę. Podobno materiał zbytnio zsyntetyzowałam, można go było bardziej wypchać watą słowną (podsunął mi po cichu recenzent). Ale co robić? Nie umiem pisać zdaniami, które nie wnoszą treści. Treści intelektualnych, a nie takich, że ktoś coś kiedyś napisał, gdzie się urodził, że się urodził w tej swojej ubogiej rodzinie, wyszedł z biednej chałupki...

„Havlíčków” do sprzedaży poszło 270 egzemplarzy, w trzy miesiące się rozeszły. Niebawem trafiło do mnie kilka listów z pytaniami: gdzie tę książkę kupić, skąd ją dostać. Poszłam do ówczesnego dziekana, prof. Dynaka z prośbą o dodruk. Dziekan odpowiedział, że książka „swoje zadanie spełniła” (zostałam samodzielnym pracownikiem naukowym), na dodruk pieniędzy nie ma, a najlepszym dowodem, że na dodruk pieniędzy nie ma, jest fakt, że nie ma pieniędzy nawet na dodruk jego własnej książki, o poezji myśliwskiej. Pojęłam subtelność tej odpowiedzi. Na korytarzu spotkałam ówczesnego dyrektora IFS prof. T. Klimowicza (nie mylić z prof. M. Klimowiczem, żadne pokrewieństwo, nawet duchowe). „No i co, załatwiła pani coś u dziekana?” – rzucił szyderczo w moją stronę. Też subtelność maleńka taka...

Natomiast z „Kapoanem” (pierwszym) wyszło miło, choć nie było to proste. Książka popularnonaukowa, lekko napisana, śmieszna – jak zatem poważne Wydawnictwo UWr. może coś takiego wydać? [Przed kilku laty przypadkiem słyszałam, że książka w rankingu sprzedaży tego Wydawnictwa jest na pierwszym miejscu!] Sugerowano przynajmniej częściową dotację, wybrałam się po skaptowanie ewentualnych sponsorów do Warszawy, na jakąś imprezę w Ambasadzie Czeskiej. Ale tak naprawdę pomógł mi dopiero pewien pan poznany na konferencji w Kłodzku – okazał się „kimś” we władzach wojewódzkich, znalazła się niewielka dotacja. I książka wyszła.

Mile wspominam, jak w trakcie prac wydawniczych wpadłam do Wydawnictwa UWr. (mieściło się wtedy na Szewskiej). Nagle okazało się, że wszyscy mnie znają, kłaniają się, uśmiechają porozumiewawczo! Zrazu nie wiedziałam, o co chodzi, ale wkrótce pojęłam, że chodzi o książkę. Wszyscy w Wydawnictwie już czytali, ucieszył ich widok autorki, za pośrednictwem książki sympatyzowaliśmy ze sobą.

Potem napisałam historię literatury czeskiej dla Ossolineum (zaproponowano mi to) – szło jak po grudzie. Nie skarżę się bynajmniej na pisanie, choć też wygodne nie było: trzeba było ujmować materiał jak najkrócej, wyrzucać, opuszczać, odżałować to wyrzucanie, zaciskać zęby i mimo znużenia dotrwać do końca. Ale ileż to odkryć, ile detali trzeba sprawdzić, tysiąc lat przecież do opisania było.

Po ilustracje pojechałam do Pragi, na szczęście kierowniczka Archiwum Literatury Czeskiej coś już o mnie wiedziała, okazała życzliwość. Dotąd jednak nie wiem, czy Archiwum od Ossolineum dostało za to opłatę, bardzo skromną zresztą. Nowsze fotografie kupiłam od fotografa z własnych funduszy. Wydałam na nie mniej więcej 7000 koron, a tymczasem łączne honorarium za książkę, które podobno dostanę (już od 5 lat ta sprawa czeka, aż Wydawnictwo będzie mogło zapłacić) wynosi około 1200 złotych. Rację miał mądraliński recenzent (wyżej już wspomniany), który z wysokości swego wieloletniego nicnierobienia osądził: „To się pani nie opłaciło”.  

Największy „zgryz” był jednak z wydaniem historii literatury czeskiej, Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich właśnie przestało być państwową firmą, nie miało pieniędzy, długi za to niosło ogromne. Przetrwałam trzech kolejnych prezesów, ostatni orzekł, że książka ma leżeć, aż finanse się poprawią. Ewentualnie mogę znaleźć sponsorów. Pytałam, poszukiwałam, w dorobku mam kilka wtargnięć z ulicy do wrocławskich banków - nie tyle z okrzykiem „To jest napad!” (chyba że chodziłoby o nápad po czesku), ile z pytaniem o prezesa, a następnie z namawianiem go – nieśmiałym – czy przypadkiem „bank Łaskawego Pana” nie chciałby wesprzeć finansowo wydania historii literatury czeskiej. Żaden bank nie chciał wesprzeć... Mam również w dorobku wiele listów z prośbami. Na niektóre nawet dostałam odpowiedzi. Negatywne.

Na szczęście znalazło się kilku sponsorów (dziękuję wszystkim, którzy się do tego przyczynili), więc książka wreszcie wyszła. Wyszła w grudniu 2010, kandydowała do nagrody Ministra Szkolnictwa Wyższego (dostała ją 10 miesięcy później), a mnie wyrzucono z pracy już w czerwcu 2011. Niechęć narastała już wcześniej – były nawet problemy z kandydowaniem do ww. nagrody. Książkę co prawda dałam dyr. Paszkiewicz, ale ona o niej .. bardzo inteligentnie... zapomniała (patrz też: zapomnienia dziekana Cieńskiego we wpisie „Zło wszystkich zeł” z dnia 20.09 2015). Na grudniowej Radzie IFS dyr. Paszkiewicz obwieściła wszem i wobec, że „nikt z nas nie kandyduje do nagrody, bo nikt nie wydał książki”. – A ja? – pytam. I tu zdziwienie, no bo rzeczywiście... teraz przypomniała sobie. Tymczasem sytuacja jest mało sprzyjająca – mamy 21 grudnia 2011, wnioski z poleceniami można składać do 8 stycznia, a ja w następnym dniu lecę na Wyspy Kanaryjskie w poczuciu prawa do zasłużonego wypoczynku.

[Złe przyjęcie książki zapowiadało się już wcześniej - jak na poprzedniej Radzie IFS z dumą ją pokazałam, podawana była z rąk do rąk w całkowitym milczeniu, nikt nie otwierał i nie czytał, przypomniało mi to gorącą cegłę z filmu „Człowiek z marmuru”. Potem szło coraz bardziej w dół. JAK BYŁO DALEJ – zawarłam w wielu wpisach, ostatnio we wpisie z 18 lipca 2015 pt. „Pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy”. Podaję tam autentyczne nazwiska lub nazwiska wymyślone, jeśli postać można znaleźć w powieści „Śmierć dziekana. W studni złych emocji”.]

W pamiętnym roku 2010 obok historii literatury czeskiej wydałam jeszcze książeczkę „Kumpel Kota, też kot”. Przedtem miała wyjść w Wydawnictwie „Literatura” w Łodzi (podpisało ze mną umowę), ale wydanie odkładano..., aż w końcu wzięło ją Wydawnictwo „Radwan” reprezentowane przez Krystiana Jakuba Kryczyńskiego herbu Radwan. [Przestrzegam przed tym wydawnictwem i przed tym szlachcicem herbowym. Nie jedyny to zresztą szlachcic, który mnie zniesmacza brakiem honoru, nosząc przy tym pierścień herbowy na palcu.] Tę książeczkę (pozornie dla dzieci, ale właściwie dla dorosłych) napisałam grubo wcześniej, koło roku 1995.

Wracam do wątku sprzed dwóch akapitów. A więc decyzją 10 osób z IFS UWr. (w tym 3 profesorów), do których szybko dołączył rektor Bojarski (też profesor; patrz wpis z dnia 20.09 2015), jako pracownik naukowy zostałam na lodzie. Jestem tylko częściowo związana z UWr., ale wbrew swej woli dotuję tę wyższą uczelnię: prowadzę zajęcia, piszę naukowo i nienaukowo, a mój „Kapoan” wciąż przynosi Wydawnictwu UWr zyski - może nie imponujące, ale zawsze.

Wymyślanie i pisanie „Kapoanów” wchodzi w nałóg, a więc dwa lata temu mniej więcej nazbierałam dość pomysłów na nową książkę z tego cyklu: „Nowy Kapoan. Strzel i traf do czesko-polskich językowych gaf”. I znów praca nad książką była szalenie przyjemna, a reakcja czytelników była nie mniej szalenie przyjemna. W sprawie książki dostałam wiele listów od zadowolonych z lektury czytelników. Przedtem co prawda książkę chciałam wydać w Wydawnictwie UWr., ale skoro UWr. mnie tak okazale skrzywdził (nawet z historii tejże naukowej instytucji mnie wygumował, wyskrobał niby niemałżeński płód, skasował pliki z moim nazwiskiem), to z jakiej racji książkę rokującą duże powodzenie czytelnicze mam u nich wydawać, nieprawdaż? - Prawdaż.

Tymczasem zaprzyjaźniłam się z Wydawnictwem „Afera” pani Julii Różewicz, więc książkę jej dałam do wydania. Książka wyszła jeszcze bardziej fajerwerkowo niż pierwszy „Kapoan”.

Zaczął również rosnąć zbiór „bajek”, nazywanych inaczej „powiastkami” czy „przypowiastkami” (w obu przypadkach reguły gatunku są trochę naciągane). I znów przyczyniły się do tego okoliczności: chamskie (nie waham się powiedzieć) posunięcia wobec mnie, okraszone jawną bezczelnością i bezmierną głupotą pomysłodawców i wykonawców (na co dzień „naukowych dydaktyków”) ułożyły mi się w obrazki, w scenki, znalazły pozasytuacyjne puenty. W drukarni zamówiłam zeszycik „Bajek ze Starej Poczty”, potem jeszcze powstały bajki ze Starej Poczty II, bajki o Fredzi i Niedźwiedziu, dołączyły inne bajki, niekoniecznie oparte na tych przeżyciach, nawiązujące do innych dziwnych albo śmiesznych wspomnień. Zbiór stale się rozszerza, od czasu do czasu coś z tego zbioru spadnie na blog. Z czego innego w pisarstwie można czerpać niż ze swego życia?

Wreszcie mój wymarzony kryminał, dokładniej kryminał uniwersytecki, a jeszcze dokładniej „Śmierć dziekana. W studni złych emocji”. Pisałam krótko, szlifowałam długo, znów chciałam pogodzić dwie tendencje: wspomnienia i inwencję. Znajomi gratulowali i radzili, żebym kontynuowała tego typu pisanie. Naturalnie OBOK pracy dydaktycznej i naukowej.

Nie wszystkim moje pisanie jest w smak, zwłaszcza że chodzi o kryminał. Pewna (miła) korespondentka zarzuciła mi, że wyrównując rachunki operuję śmiercią. Po pierwsze dziękuję, że uznała, iż „wyrównuję rachunki”. Po drugie gdyby nie operowanie śmiercią, to tenże ogólnie lubiany gatunek w ogóle by padł. (W ramach studiów – zresztą po cóż mi studia nad literaturą czeską, skoro niejaka p. Paszkiewicz, „specjalistka od tejże literatury”, i p. Sarnowski „specjalista od tego samego”, z wysokości swoich stolców obrazili się na mnie?! – zapoznałam się z najmodniejszymi kryminałami - i stąd wiem, że operowanie śmiercią w moim dziełku jest delikatne.) Na wszelki wypadek „odszczekałam” jednak śmierć, skoro zbyt sugestywna, w nadprogramowym „siedemnastym rozdziale” tej powieści „Dziekan cudownie ocalony” (wpis z dnia 2.07.2015).  

Tym niemniej wspomnienie pobytu na ulicy Pocztowej nadal we mnie żyje, jest obecne i budzi skojarzenia. Ostatnie skojarzenie wywołał tegoroczny literacki Nobel dla białoruskiej pisarki Swietłany Aleksijewicz. Przeczytałam, że Prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka skrytykował laureatkę literackiej Nagrody Nobla Swietłanę Aleksijewicz, zarzucając jej, że wylała za granicą "wiadro pomyj" na swój kraj. Pisze o tym agencja BiełTA.

Moje skojarzenie: dyr. IFS UWr. Paszkiewicz na moje zarzuty w stosunku do polityki wewnętrznej tegoż IFS UWr. (wystąpienie jest skopiowane na tymże blogu we wpisie z 19.03.2013) odpowiedziała rosyjskim przysłowiem o treści: kto pluje do własnej studni, będzie musiał się z niej wody napić. Czyżby uczyła się u białoruskiego prezydenta Aleksandra Łukaszenki?

 

 

 

 

 

7.png4.png4.png8.png3.png9.png