18 07.2015 00:26

Powyższa zasada czy reguła gospodarcza została sformułowana przez Mikołaja Kopernika, autora dzieła „O obrotach ciał niebieskich i niektórych gwiazd obciążonych stopniem naukowym jako wartością dodaną”. Trochę Kopernikowi dołożyłam (w sensie: dodałam), ale gdyby ów uczony żył w naszych czasach, to z całą pewnością poczyniłby podobne obserwacje.  Dosiężne są zresztą gołym okiem, nawet bez lunety (patrz: pan M. z poprzedniego wpisu jako gwiazda naukowa obciążona wysokim stopniem naukowym z powodu opisania literatury Karniowa i okolic oraz ich korzeni)

Na marginesie dodam, że Czesi wcale nie są tacy głupi, jakby wynikało ze znajomości tylko pana M. W Czechach po konferencjach na wieczornym piwie zakrapianym śmiechem omawia się, co też ostatnio pan M. palnął, chcący lub niechcący. Lecą wspomnienia jak w „Pijanych bananach” Petra Šabacha.  Udajemy wszyscy, że to „klub adoratorów pana M.”

Ale skąd ci „biedni” wrocławscy rusycyści mieli o tym wiedzieć? Przecież wrocławski profesor (który wykładał czeską literaturę na bohemistycznych studiach wieczorowych) po czesku zaczyna rozumieć po piątym dopiero piwie w Brnie (tak się chwali), a pani dyrektor nie zna nawet czeskich liter, bo na radzie Instytutu Filologii Słowiańskiej niemiłosiernie kaleczy nazwiska pisarzy i tytuły książek, ostentacyjnie demonstrując, że to takie trudne. A jak mówią po czesku osoby wykładające (z jednym może wyjątkiem)? Wystarczy zapytać studentów „powracających z zagranicy” (czyli ze stypendium Erasmus).

Ale ad rem:

Zostałam „wyparta” przez pana Martinka (mam to czarno na białym od Uniwersytetu Wrocławskiego, jak napisałam poprzednio), o co on osobiście zbytnio się nie zasłużył. Poprzednio pisał nawet do mnie listy „antyrusycystyczne”, ale post factum nagle zmienił front i wpisał mi na tymże blogu pięć długaśnych uwag negatywnych – że być może pani Tarajło-Lipowska się zasłużyła, ale teraz już tego jest dość, bo "przyszedł czas na zmiany" (służę tekstami). Na mocy reguły podanej w tytule tekstu dopasował się jakoś do wrocławskiego „gwiazdozbioru” osób ważnych w IFS.

Wszystko zaczęło się od tego, że nazbierałam dużo obserwacji, więc Instytutowi Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego wytoczyłam dwa generalne zarzuty:

1) że filologia czeska jest niedoceniana, wciąż przegrywa z rusycystyką, osiągnięć bohemistów nie bierze się poważnie – i tu dałam kilka przykładów,

2) od pracowników naukowych wymaga się pracy naukowej, wręcz warunkuje się tym ich awanse, a tymczasem o awansach naukowych, pensjach czy nagrodach decydują „układy”, bo jedne osiągnięcia naukowe celowo się pomija, inne zaś się mitologizuje albo zmienia kryteria, żeby bez żadnego osiągnięcia wnieść o awans – tu też dałam przykłady.

Naiwna byłam, licząc na burzliwą dyskusję. Nikt nie dyskutował NIGDY I WCALE - jak się okazało, pomyślano tylko nad znokautowaniem mnie. Nieczyste „sierpowo-młotowe” typu fałszywy anonim czy fałszywe oskarżenia tutaj pominę, bp to sprawa wewnętrznego robactwa i obrzydlistwa tej spróchniałości.   

Wtedy nagle „nadszedł czas” pani Alicji Zakiernik, o której dużo tu pisałam i jeszcze napiszę. Rusycyści na wniosek (tępej w czeskim) pani dyrektor Pakowalskiej („bo ja naradziłam się z kolegami telefonicznie” – napisała w swoim piśmie dyrekcyjnym – służę tekstem) zdjęli w mnie z kierownictwa z powodu...  bez powodu, bo powód nie był podany (ot, fiu-bździu!), a na to miejsce przeznaczyli AZ, która – zaznaczył głośno dziekan Korbieluch – ukończyła 20-godzinny kurs dla  kierowników sieci marketingowych! Zrazu myślałam, że się przesłyszałam – ale nagle mnie olśniło, gdzie AZ znika na wielotygodniowe zwolnienia lekarskie, opuszczając zajęcia na studiach stacjonarnych i płatnych bohemistycznych studiach wieczorowych (studenci skarżyli się, że pani ich potem straszy "problemami"), nie uczestnicząc w organizowaniu wyjazdowej konferencji Zakładu Bohemistyki w Jugowicach (2008), nie pojawiając się nawet na niej osobiście bez usprawiedliwienia u mnie jako kierownika naukowego

Dalszy rozwój sytuacji był jednak dla pani AZ  łaskawy: Magnificencja ją mianowała kierownikiem Zakładu Bohemistyki, nie wnikając, kto ona zacz, mnie zaś odwołała (mimo że właśnie przyjęła ode mnie kolejno dwie moje książki w prezencie). Pani AZ prawie cały następny rok spędziła na wyjazdach marketingowych w Niemczech, a na kolejny rok wzięła... urlop naukowy na Uniwersytecie Wrocławskim, którego przyznanie podpisała oczywiście Magnificencja.

Dlaczego jej się to udało? Otóż dlatego, że w ramach zemsty za powyżej wytoczone zarzuty Magnificencja wkrótce odmówiła podpisania ze mną dalszej umowy o pracę.

Nie była  to co prawda inicjatywa Magnificencji, tylko wyznanie jej (Jej?) wierności dla dziekana Wydziału Filologicznego – pana Korbielucha. Magnificencja na posiedzeniu Rady Wydziału Filologicznego wprawdzie zobowiązała się, że posłucha zdania tej właśnie Rady, ale – tym razem nie posłuchała, ponieważ przedtem dziekan Korbieluch zorganizował "inną radę od innej Rady", a mianowicie radę od Rady Instytutu Filologii Słowiańskiej (liczącą mniej więcej 1/10 członków Rady Wydziału). Magnificencja twierdzi, że rada małej Rady jej (Jej?) osobiście  wystarczyła, choć nie wiadomo, w jaki sposób ta mała rada do niej (do Niej?) dotarła.

A jaka była rada dla Magnificencji od małej Rady? Negatywna dla mnie - wszystko z powodu powyższych dwóch moich generalnych zarzutów, nigdy przez nikogo niekwestionowanych. Przed głosowaniem dyrektor Pakowalska „skonsultowała się telefonicznie” z członkami Rady Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego – i takie  oto były rezultaty pokonsultacyjnego głosowania nad wnioskiem o ponowne zatrudnienie mnie: 3 tak – 7 wstrzymujących się – 10 nie (ja przed głosowaniem wyszłam, ale wiem, że  dyskusji żadnej nie było).

Analiza głosowania  (pozwalam sobie na to, ponieważ podobna analiza głosowania została dokonana na rozprawie Sądu Rejonowego we Wrocławiu przez sędzię Ewę Rudkowską-Ząbczyk, dodatkowo adiunkta na Uniwersytecie Wrocławskim, przy czym Magnificencja również jest prawnikiem i szefem pani Rudkowskiej-Ząbczyk):

na „tak” głosują:

dr hab. M. K., prof. UWr. (zaraz uciekła na UAM do Poznania),  dr hab. A. M., prof. UWr. (nigdzie nie uciekła, bo nie ma dokąd), dr hab. J. W., prof. UWr.

Do tych pań dyrektor Pakowalska nie telefonowała przed posiedzeniem w celu „skonsultowania się”  – o to się założę! – nie miałaby odwagi, a poza tym nie ma ich CZYM szantażować.]

na „nie” głosują:

dyrektor Janina Pakowalska osobiście

wicedyrektor ds. badań naukowych pani Gedamer (ma jeden jedyny artykuł opublikowany przez całe „naukowe” życie, tylko dla otwarcia - jakże późnego - przewodu doktorskiego),

wicedyrektor ds. dydaktyki pani Owsiaczek-Cieć

dziekan Korbieluch (bo tu uczestniczy jako rusycysta)

przyboczny dziekana Korbielucha dr hab. Palen

wiceprzyboczny dziekana Korbielucha dr hab. O.B., mniejszy brat Wielkiego Brata, który kiedyś (zaocznie?) ponoć pracował w Instytucie, a potem dziekan Korbieluch dostał doktorat h.c. jego uniwersytetu za bliską granicą,

profesor Pietraszuk – rusycysta i były wykładowca literatury czeskiej na studiach wieczorowych, który się z niej wyśmiewał i charakteryzował ją (wspominają studenci) jako zbiór „harlekinów”,  

profesor Garażykowa (głosowała, jak dyrektor chciała, ale i tak zaraz na emeryturę wyleciała)   

profesor Storożyńska (głosowała, jak dyrektor chciała..., dalej j.w.)

nowa kierownik Zakładu Bohemistyki Alicja Zakiernik (bo dzięki temu pozbyła się wszelkiej kontroli swoich „wyjazdów”, a poza tym wolno jej źle uczyć polskich studentów - niby czeskie dzieci, np. uczy rozróżniania - li//ly w czasownikach, choć Polaków tego uczyć nie trzeba, bo mają –li//ły) 

Osoby, które wstrzymały się, to cała reszta obecnych - nie chce mi się szukać w protokole (choć kopię mam) - w każdym razie była tu m.in. profesor Staranna, dr hab. Drmoliński i jeszcze jedna pani, Czeszka, którą chroniłam przed wczesną emeryturą.  Jak tylko przestałam być kierowniczką, zaczęła podlizywać się dyrektor Pakowalskiej – ale daremne żale, próżny trud! – dyrektor słowa nie dotrzymała i pani na emeryturę wyleciała, więc złorzeczyła tylko bezsilnie.

[Mili ci członkowie „Rady”, prawda? Pracowałam z nimi od roku 1990 i przez ten cały czas byłam członkiem tejże „Rady”.] 

 Przez rok Zakład Bohemistyki był bez opieki naukowej, na moje odwołanie do Magnificencji nie dostałam od Magnificencji żadnej odpowiedzi. Tymczasem panią Zakiernik kilkakrotnie posyłano na delegację służbową w celu upolowania na moje miejsce przynajmniej docenta. Po roku pani Zakiernik przywiozła docenta M. (patrz: poprzedni wpis).

Znalazła go w Opawie, gdzie M. wciąż naucza (wykorzystuje brak regulacji przepisów dla takich przypadków). We Wrocławiu docent M. (awansowany tu na tzw. profesora podwórkowego) mnie ”zastąpił” (tak się wyraziła Magnificencja na piśmie) i naucza 370 godz. rocznie. Ja nigdy nie uczyłam aż 370 godz. rocznie, więc prawdopodobnie jest lektorem z profesorską pensją. Nawet jednak to tego się nie nadaje, bo nigdy nie uczył się metodyki nauczania języka czeskiego jako obcego i nigdy nie praktykował w tym zakresie, więc na zajęciach konsultuje z Polakami swoje tłumaczenia polskich wierszy (patrz wpis: Studentka bohemistyki pisze z dnia 27 czerwca 2014).

 

 

 

 

3.png9.png4.png0.png6.png7.png