Pensja za nic - oszukańczy marketing 02 07.2014 22:57

Z ostatnich moich wpisów (z listów studentów do mnie) oraz ze zwierzeń studentów w Internecie (do mnie nie adresowanych) wynika, że studia w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, polegają na tym, że:

1) trafiający na nie studenci dają pracownikom naukowo-dydaktycznym pretekst, aby co miesiąc brali pensję z pieniędzy państwowych, czyli z podatków, które płacą m.in. rodzice tych studentów i reszta pracującego społeczeństwa;

2) zapisujący się na nie studenci otrzymują za to nudne i niepotrzebne nikomu zajęcia, na przykład:

a) na ćwiczeniach z czeskiej składni osoba kierująca Zakładem Bohemistyki (p.o.zamiast mnie, wyrzuconej z pracy w sposób wcześniej opisany), dr Anna Zura używa czeskich podręczników do szkoły podstawowej – czy nie lepiej po prostu w charakterze ucznia uczęszczać do szkoły w Czechach?

b) przez komunikację międzykulturową, niezgodnie z metodyką i treścią tego przedmiotu, rozumie się „technikę marketingu”, bo prowadząca je pani, ta sama Anna Zura, posiadła praktyczną wiedzę z marketingu (dodam, że w tryumfalnym charakteryzowaniu „nowego kierownika” Zakładu Bohemistyki na Radzie Instytutu Filologii Słowiańskiej w dniu 15.03.2011 były dziekan Michał Sarnowski podkreślił ten fakt, tym samym wbijając ją w dumę i ośmielając do nauczania tejże sztuki na zajęciach),

c) doc. Libor Martinek, native speaker, na lektoratach języka czeskiego, dąży przede wszystkim do tego, żeby to polscy studenci nauczyli go dobrze polskiego, bo poza uczelnią zajmuje się przekładaniem polskiej poezji, którą umieszcza w regionalnych czasopismach swego rodzimego zakątka (doc. Martinek jest obecnie liczony jako profesor UWr. - co dwa tygodnie przyjeżdża z Czech - i stanowi "podstawę naukową" bohemistyki, kłamiąc, że UWr. jest jego "pierwszą uczelnią", na której kierunek zabezpiecza),

d) na zajęciach z tłumaczenia (?) studenci zajmują się czeskim przekładem książki „Gottland” Mariusza Szczygła pod pretekstem sprawdzenia, czy książka została dobrze przetłumaczona.

W punkcie d) zauważmy jednak, że:  

d-1) w przypadku tłumaczenia literackiego dla Polaków istotna jest umiejętność tłumaczenia na polski – tłumaczenie na czeski to „wyższa szkoła jazdy”:  jeśli się ją wprowadza, to niechby chodziło o tłumaczenie dokumentów, protokołów, pism o treści sformalizowanej itp. (jest to oczywiście trudniejsze niż zabawa słowami),

d-2) oceną literackiego tłumaczenia z polskiego na czeski zajmują się czescy poloniści (czasem bywa inaczej, ale mówimy tu o sytuacji bazowej, ważnej pod względem dydaktycznym),

d-3) czerpanie wiedzy o Czechach na bohemistycznych zajęciach kierunkowych z książki popularnej, jaką jest książka Mariusza Szczygła (którą bardzo cenię w swojej kategorii), to podnoszenie ciekawostek do rangi wiedzy podstawowej (i ułatwianie sobie zajęć, powiedzmy szczerze, ze strony prowadzącego).

Dodam jeszcze punkt e), również na podstawie obserwacji studentów i własnych.

Filologia czeska na Uniwersytecie Wrocławskim ZAWSZE BYŁA I JEST filologią niższą niż rosyjska, gorszą, a jej studenci - studentami drugiej kategorii. (Wykładać mógł byle kto, był na przykład rusycysta, który nawet cytaty z literatury czeskiej podawał w rosyjskim tłumaczeniu. Ale to były wykłady na "wieczorówce", płatne kilka razy więcej niż na studiach dziennych... ).

Pani autorce listu zacytowanego dwa wpisy wstecz wyjaśniam:

Profesor Sokołowski, mimo że obie panie doktor, które wypromował, są bohemistkami (opiekę nad rusycystycznymi doktorantami sprawują panowie, którzy lepiej potrafią  łokciami się rozpychać), również uważa studentów bohemistyki za drugi gatunek studentów, a więc "sama pani rozumie", że dłużej czekają pod jego drzwiami, mimo że przyszli punktualnie.  

Widzę jeszcze punkt f), też na podstawie studenckich doniesień, i to nawet nie tych ostatnich, ale tych sprzed paru lat. Prowadzący zajęcia z języka czeskiego tego języka nie znają, co jest bardzo przykre i widoczne dla zaawansowanych studentów, którzy wracają ze stypendiów Erasmus (na przykład z Brna, gdzie pani dr Eva Rusínová niedouczonego studenta nie przepuści).

Za co więc im się płaci? (Znamy nawet przypadek, że pani prowadząca nie zna ani czeskiego, ani polskiego, ani słowackiego poprawnie, choć z pozoru powinna znać wszystkie te języki   - ewentualnie tylko w polskim mogłaby robić błędy. Dokąd pracował na UWr. prof. Lipowski - m.in. tłumacz przysięgły języków czeskiego i słowackiego - to błędy w tych językach jej poprawiał... ) 

Inteligentniejsi studenci, zorientowawszy się w sytuacji, po prostu nie chodzą na zajęcia. Wykłady przecież nie są obowiązkowe, a opuszczone ćwiczenia i lektoraty można „zdać”. Gdyby prowadzący ćwiczenia nie zgodził się na zaliczenie, to inteligentny student idzie do prodziekana ze skargą na prowadzącego - i sprawa załatwiona.  

Pracownicy naukowi, którzy nie zgadzają się na tę fikcję, nie chcą zaliczyć studentom nie uczęszczającym, albo ci, którzy tępią plagiaty – narażają się na zarzut, że „utracili zaufanie” dyrekcji, dziekana itp. I wtedy są pierwsi do odstrzału! Pisałam o tym na blogu we wpisie „Ślubowanie” i w dwóch następnych wpisach, a także we wpisie wcześniejszym „Wykiwana przez jednego piłkarza”. Rozmawiałam też z panią doktor Anną Nawolską (arabistką), która z podobnych powodów „utraciła zaufanie” dyrektora swojego instytutu. Kiedy zainteresowała tym gazetę, która tę historię upubliczniła (w Internecie można znaleźć artykuł „Niewolnica z doktoratem”), to zarzucono jej, że „oczerniła macierzystą uczelnię”.

W konsekwencji w jeszcze większym stopniu stała się „zwierzęciem do odstrzału”.

Wracam do sprawy „automatycznego” zaliczania zajęć nieobecnym studentom.

Czemu to zaliczenie i tak się dostanie?  Bo jak za mało studentów na liście, to punkt pierwszy tego wpisu, czyli etat i pensja, są zagrożone.

A CO W ZAMIAN, co za zapisanie się na studia?

Po kilku latach kursowania (pod koniec semestrów) między dziekanatem a gabinetami wykładowców studenci, którzy trafili na studia w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, dostają dyplomy licencjatów czy magistrów.

CZY NIE SZKODA CZASU? Pięć lat, i to pięć lat z najlepszego okresu, kiedy nauka łatwo przychodzi, świata jesteśmy ciekawi, zdrowie nam dopisuje, entuzjazmu, optymizmu i energii mamy dużo. Pięć lat to przecież szmat czasu, który można dobrze wykorzystać. Czy nie szkoda spędzać go na wysłuchiwaniu (niechby dwa-trzy razy w semestrze), co do powiedzenia mają ludzie, którzy nic do powiedzenia nie mają i którym w dodatku nic się nie chce? Najczęściej są to popieracze fikcji, „milusie kiciusie domowe”, obiekty (g)łask aktualnych dziekanów i dyrektorów, bynajmniej nie prześladowane przez nich „zwierzęta do odstrzału”.

 

 

 

Dodaj komentarz

7.png4.png1.png6.png0.png8.png