Po 9 latach grobowego milczenia mego "macoszego" Instytutu, niezawiadamiania mnie o zebraniach, radach naukowych i konferencjach, niezapraszania na promocje, pogrzeby, uroczystości jubileuszowe czy towarzyskie dostałam list:

Szanowni Państwo,

za sprawą pani dr Agnieszki Kołodziej zmienia się design strony internetowej IFS. Modyfikujemy przy okazji zawarte w niej treści i w związku z tym mam do Państwa prośbę o nadesłanie na mój adres kilku (3-5) zdań informacji na temat swoich zainteresowań naukowych. Można przytoczyć 2-3 tytuły swoich najważniejszych publikacji. Państwa wizytówki trafią do zakładki poświęconej historii Instytutu. Będę Państwu niezmiernie wdzięczny za maile.

Z wyrazami szacunku

Pojęłam, że miałabym pomóc ratować image Instytutu (słowo równie dobre jak: design), boć  ta instytucja pada, i to wcale nie na cztery łapy.

Podpisał się pod tym nowy (ale odgrzewany po długim pobycie w lodówce) dyrektor, profesor co prawda emerytowany (choć emerytom nie wolno piastować dyrektorskich stanowisk?), ale zawsze.

Fakt ten potrącił struny moich wspomnień (że pozwolę sobie użyć kwiecistego stylu, akceptowanego w tejże instytucji, patrz też rymy w "Śmierci dziekana"), którymi nie omieszkam się tutaj podzielić.

Otóż w zamierzchłych czasach pierwszej dyrektorskiej świeżości (pierwotnej) od tejże osoby dostałam wielokrotnie po głowie, i to nawet nie przyłożywszy ręki do przypisywanej mi "winy". Dyrektor na przykład na Radzie przeforsował udzielenie mi nagany za nieobecność na zajęciach wieczorowych, bo z powodu bałaganu nie sprawdził, że w tym czasie byłam w szpitalu, a potem miałam zwolnienie poszpitalne. Dyrektor zaniedbał też sprawdzenie, że ze studentami wieczorowymi już się umówiłam na odrobienie zajęć (mógł to zrobić z łatwością, bo wykładał im czeską literaturę za wysokie stawki – wykładał ją w tłumaczeniu na rosyjski).  Nikt tego nie odwołał, nikt mnie nie przeprosił... Nie wiem, co stało się z tą naganą – może śpi w protokole jak wirus?

Innym razem znielubiwszy mnie (czyżby dlatego, że jako kierownik upomniałam się o gabinet w nowej siedzibie na Pocztowej?), posłał swoją zastępczynię (świeżo habilitowaną doktor) do grupy studentów, żeby ich namówiła do napisania na mnie skargi. Uzbrojona w kartkę i długopis, powołująca się na życzenie dyrekcji pani nie odniosła tutaj jednak sukcesu  pedagogicznego, a studenci po prostu mi o tym opowiedzieli i udzielili rady "żebym uważała".  

Inne kompromitujące wspomnienie jest związane z młodą osobą ze znanej i ustosunkowanej rodziny, doktorantką dyrektora, która mocno zabiegała o etat w kierowanym przeze mnie zakładzie, na co koledzy z zakładu reagowali protestami, wskazując na jej kontrowersyjny charakter i przekonanie o swojej nieuzasadnionej wyższości i lepszości. Kiedy zaczęto mówić o obronie tego doktoratu, rozprawy jeszcze nikt nie widział. Sekretarka Instytutu po cichu zawiadomiła mnie (widocznie osoba też dała się jej we znaki), że przyszły recenzje, ale obie negatywne, w jednej wręcz dominowało oburzenie, że to nie rozprawa, tylko zbiór notatek z błędami we wszystkich trzech językach, które w niej występowały. Drugi, zamiejscowy recenzent dzwonił ponoć prywatnie do paru osób i pytał "o co w tej sprawie chodzi". Widocznie o coś chodziło, bo obrona rzeczywiście się odbyła, a recenzje nagle były pozytywne, choć z zastrzeżeniami. Tymczasem świeżego wtedy dyrektora (teraz odgrzanego) zastąpiła nowa dyrektor, która wyjaśniła sytuację tak, że ONI umówili się tak: młoda osoba ze znanej rodziny dostanie doktorat pod warunkiem, że nie będzie starać się o etat na uniwersytecie, bo już ma zapewnione miejsce w pewnej poważnej instytucji. Dostała doktorat – i  natychmiast zaczęła się starać o miejsce na uniwersytecie (etatów można mieć przecież wiele, prawda?). Zgadnijcie, czy teraz tam pracuje? – Ależ tak, tak, zgadliście!

Pominę kilka innych nieprzyjemnych wspomnień związanych z profesorem, który właśnie do mnie napisał, i z jego jeszcze bardziej nieprzyjemnym sposobem bycia, np. skłonnością do cynizmu i wyśmiewania w sposób dość prostacki.

Zatrzymam się tylko nad faktem, którym udało mu się najbardziej mi dokuczyć. Otóż za czasów, kiedy dziekanem był jego kolega, został reprezentantem uniwersytetu w Bardzo Ważnej naukowej komisji, która zasiada w Warszawie i decyduje o Bardzo Ważnych awansach (świeżym naukowcom i studentom wyjaśnię, że bada ona Doskonałość Naukową). Zbiegiem okoliczności stanęła tam wtedy sprawa mego Bardzo Ważnego awansu naukowego, któremu ów profesor niniejszym się sprzeciwił, wbrew uchwale podjętej przez jego i moją Radę Wydziału. I popatrz, popatrz... w następnym roku tym reprezentantem być przestał.

Ale teraz znów mu się udało, czemu ja niniejszym z całą mocą się sprzeciwiam

prof. dr hab. Zofia Tarajło-Lipowska     

 

   

Dodaj komentarz

7.png4.png4.png8.png3.png5.png