Moje pierwsze obserwacje na ten temat sięgają dzieciństwa, kiedy w sąsiedztwie szkoły, do której chodziłam, zaplanowano uroczystość położenia kamienia węgielnego pod budowę nowej szkoły: dokonać tego miał ówczesny przewodniczący Rady Państwa PRL Aleksander Zawadzki. Byłam wtedy drugo- lub trzecioklasistką, którą wybrano, aby powitała przewodniczącego stosowną przemową, zapewniła o wdzięczności „nas, dzieci”. Nauczyłam się powitania na pamięć, wyrecytowałam próbnie przed nauczycielami, zyskując ich aprobatę, mama zadbała o świąteczną białą bluzkę i tzw. układaną (czyli plisowaną) spódniczkę. Kiedy przejęta i wystrojona przyszłam na tę uroczystość, okazało się jednak, że „ktoś z władz” orzekł, że dziewczynce „nie wypada” witać tak dostojnej osoby – musi być chłopczyk, więc tę rolę mi odebrano i powierzono koledze, Bolesławowi M., który co prawda przemowę musiał przeczytać z kartki, ale płeć reprezentował właściwą. Dziewczynki – orzekł „ktoś” – mogą jednak wręczyć kwiaty dostojnemu gościowi. [Do tego jednak się nie nadawałam: wręczały dwie dziewczynki ze starszych klas, takie z wyraźnie zaznaczonymi figurami].

Przez następne dziesiątki lat nazbierałam wiele doświadczeń tego rodzaju, ale pominę je tu, przejdę do doświadczenia ostatniego (i ostatecznego). Pewien mój dawny kolega z seminarium doktorskiego Michał S. – jako „chłopczyk” – okazał się wyżej ukonstytuowany ode mnie jako „dziewczynki”. Kiedy bowiem 29 czerwca 2011 przyszłam do rektora Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Marka Bojarskiego interweniować w sprawie niepodpisania ze mną umowy o dalszą pracę (mimo wniosku o profesurę, książki „Historia literatury czeskiej”, braku jakichkolwiek zarzutów pod moim adresem itp.... itp.), to rektor poradził mi, żebym się przed kolegą Michałem S. ... rozpłakała. Wbrew wszelkim innym interpretacjom nie chodziło tu o funkcję, którą kolega Michał Sarnowski pełnił, czyli rozpłakanie się przed dziekanem (płci obojętnej), ale o płacz kobiety przed mężczyzną, który ma wzruszyć jego męskie serce. Tak to głośno zinterpretował prof. Bojarski. Dodam, że jego słowa słyszałam nie tylko ja, ale i dwaj koledzy, którzy tam ze mną przyszli, aby mnie w tej interwencji poprzeć.

Nie rozpłakałam się przed mężczyzną – zatem umowy o pracę ze mną nie podpisano. Nie byłam chłopczykiem – nie mogłam zatem powitać komunistycznego polityka wysokiego szczebla. Analogia jest klarowna.

 ********

 Od dawna nurtuje mnie obyczajowa, religijna czy filozoficzna podstawa takiego rozumowania i wartościowania. Czytam właśnie prace z serii „Gender” wydawane przez Uniwersytet Warszawski, tom poświęcony pogodzeniu ideologii gender ze światopoglądem katolickim. Z umieszczonych tu artykułów wynika, że formułę tutaj można znaleźć i pogodzenie osiągnąć, choć oczywiście nie bez ustępstw z obu stron. W dużym uproszczeniu mówiąc chodzi tu o zbliżenie do siebie ikon Marii Panny jako dziewicy i biblijnej Ewy jako grzesznicy – wykazanie, że w istocie nie są to postacie sprzeczne.

Elżbieta Adamiak: "Przez kobietę śmierć, przez kobietę życie". Symbolika kobiety w chrześcijaństwie na przykładzie Ewy.  Gender Studies UW, nr 5/2004, s. 37 - 50  (i inne teksty z tego tomu)

Chciałabym jednak zapytać, kim w takim razie jest mężczyzna? Czy jest Bogiem (lub Jezusem) w stosunku do Marii, czy Adamem w stosunku do Ewy? Jeśli rektor prof. Marek Bojarski radzi mi, abym płacząc przebłagała dziekana Wydziału Filologicznego, wzmiankując, że jest on mężczyzną, to czy zarysowany tu schemat płaczu kobiety przed mężczyzną jako metody przebłagania tegoż odnosi się do mężczyzny – Boga czy do mężczyzny – Adama? Mam być „Ewą” przed „Adamem”, jak sądzę. Maria bowiem płakała ze smutku, a Ewa poznawszy swój grzech. [W moim przypadku zresztą nienazwany i niezdefiniowany, ale jak uczy Franz Kafka , nie musimy znać grzechu, aby go popełnić (?)]

Czy dziekan Sarnowski-mężczyzna jest Adamem czy Bogiem? Adamem – nie, przyznają tutaj wszyscy, a więc Bogiem (?) Mamy do czynienia z archetypami zakłóconymi, zakłamanymi, wynikającymi z rektorskiej niewiedzy (?) - jeżeli tak, to jakiej?

naukowej?

życiowej?

ze schematyzmu myślowego?

Czuję się ofiarą tego myślenia i tego schematyzmu – zastanawiam się nad tym, jak w ogóle jest to możliwe. Sytuacja wydaje się wręcz nieprawdopodobna, ale jednak się zdarzyła

                                    prof. dr hab. Zofia Tarajło-Lipowska

 - autorka ossolińskiej „Historii literatury czeskiej”, wyd. 2010

- laureatka nagrody ministerialnej za wybitne osiągnięcia naukowe w roku 2011.

- w latach 1990-2000 kierownik Studium Języka i Kultury Czeskiej UWr

- w latach 2000-2011 kierownik Zakładu Bohemistyki IFS UWr.

- promotor rozpraw doktorskich dr Manueli Maciołek, dr Ilony Gwóźdź-Szewczenko i dr Aleksandry Seidel-Mączyńskiej,

- promotor trzech dalszych rozpraw doktorskich (w przygotowaniu)

- oficjalnie niezatrudniona na Uniwersytecie Wrocławskim (mimo zwrócenia się o to) na podstawie głosowania 10 osób z Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr., które jednak mogłyby diametralnie zmienić swoje zdanie, gdyby Zosia Tarajło-Lipowska rozpłakała się przed dziekanem Michałem Sarnowskim

 

Dodaj komentarz

7.png4.png1.png6.png3.png6.png