Nowe wieści!!!  O tym, jak napełnia się „kosz” śmieciami   (nawiązuję tu do wpisu z 28 lipca 2015) 15 07.2016 19:31

Jako kierownik Zakładu Bohemistyki IFS UWr. usilnie chciałam powiększyć skład osobowy tego Zakładu. Było to jeszcze za dyrektorstwa prof. Tadeusza Klimowicza. Wiodła mnie ku temu nie tylko chęć wzmocnienia kierunku, ale i głośne lamenty jedynej nienaukowej pracownicy Zakładu, pani AZ, na którą spadały lektoraty języka czeskiego w dużych ilościach. Nic nie pisała naukowo, etat dydaktyczny miała więc większy, nadliczbówki sama brała, co prawda płatne, ale cóż jej szkodziło terroryzować narzekaniem swego kierownika, prawda?  

Przedstawiłam zatem dyrektorowi osobiście kilku kandydatów, kilka osób swoje oferty przysłało pocztą, ale dyrektorowi nikt nie wydawał się dość dobry (szczególnie żałuję niezatrudnienia mgr Aleny Heroutovej, polonistki-bohemistki z Pragi, której kompetencje cenię wysoko, i którą okoliczności życiowe skłaniały wówczas do zamiany Pragi na Wrocław, a także dr Jany Wojtuckiej, która rzeczywiście Pragę na Wrocław zamieniła, i którą nasi studenci wieczorowi tak przede mną wychwalali).  

Oficjalny powód był taki, że nikogo bez doktoratu „nie można zatrudnić”, bo Instytut Filologii Słowiańskiej straci punkty w rankingu (?). Poza tym obowiązują takie przepisy (choć Wojtucka była tuż przed obroną). Dopiero później się zorientowałam, że ten powód jest kłamliwy („politykę personalną” IFS UWr. opisałam pokrótce we wpisie: „Jak złamać sobie kręgosłup moralny”).

Po roku, dwóch czy trzech latach doktorzy do ewentualnego zatrudnienia się znaleźli. Jednak prócz jedynego, bardzo zresztą udanego, „strzału” (patrz też wpis: „Studentka bohemistyki pisze” z czerwca 2014, z moich obserwacji to samo wynika), reszta okazała się pudłem. W praktyce bowiem Instytut kurczowo trzymał się zasady „lepszy byle jaki doktor niż inteligentny magister” – a ja z desperacji tymczasowo się do tego dostroiłam. Rzeczywiście, w swej łatwowierności przyczyniłam się do zatrudnienia „dochtórek byle jakich” (patrz tenże wpis i inne moje wpisy o obecnej wrocławskiej bohemistyce).

„Niemożność” zatrudnienia magistrów i tak okazała się nieprawdą. Byle jakich magistrów da się bowiem przyjąć, dowodzi tego postępowanie dr hab. Anny Paszkiewicz, której udała się rzecz niebywała, a mianowicie załatwiła etaty naukowe na Uniwersytecie Wrocławskim aż trzem „swoim” magistrom.

Najbardziej jaskrawy przypadek to zatrudnienie w Zakładzie Metodyki Nauczania mgr inż. (pisałam o nim w poprzednim wpisie) Krzysztofa Bałabana, informatyka. Od nowego roku akademickiego Paszkiewicz „załatwiła” mu etat rusycysty.

Czyżby na podstawie rozpoczętych studiów doktoranckich pod jej egidą? Istnieją jednak zaliczenia i egzaminy z filologicznych przedmiotów specjalistycznych, odpowiednio trudnych (bo na trzecim poziomie studiów), czyżby doktorant Bałaban wszystkie u swoich cioć zdawał? Czy może Paszkiewicz mu to „załatwiała” i u kogo?

Pracowałam i nadal pracuję w IFS UWr., ale nie przypominam sobie, żeby ten pan okazywał zainteresowanie filologią rosyjską, zawsze był tylko protekcyjnie zatrudnionym informatykiem.

Dziwne zresztą było stanowisko informatyka w IFS UWr. – pojawiło się wraz z inżynierskim magisterium tego pana i po jego nieudanej karierze natychmiast zanikło. Ale zajmujący je człowiek się uchował i awansował na wrocławskiego rusycystę?  A czego uczył na studiach doktoranckich w ramach obowiązkowego obciążenia dydaktyką?

Moją doktorantkę, podwójną mgr filologii Ilonę G-ską (bohemistkę i anglistkę), pani kierownik Studium Doktoranckiego na Wydz. Filolog. UWr. wykreśliła za niezaliczenie 10 godzin zajęć ze studentami w 9. semestrze, podczas gdy ta doktorantka była  obciążona zajęciami w pełnym wymiarze w poprzednich semestrach, czyli w ciągu ośmiu semestrów przeprowadziła „za darmo” 360 godzin zajęć ze studentami (jest to półtora rocznego etatu adiunkta, czyli IFS UWr. dzięki niej „zaoszczędził” mniej więcej 54 tysiące złotych!!!). Mimo starań nie dostała przy tym ani grosza stypendium, a w dodatku „tymczasowa” kierowniczka bohemistów, pani Ptak, postraszyła ją usunięciem ze studiów doktoranckich za odmowę wzięcia nadliczbówek. Dziekan Cieński, do którego G-ska poszła z interwencją, odesłał ją z powrotem do IFS, „żeby się dogadała”. (Cały ten przypadek opisałam w swoim wystąpieniu na Radzie Wydziału Filologicznego UWr. – jest zaprotokołowane!!!). A potem jeszcze panią Ilonę G-ską wykreślili ze studiów doktoranckich, mimo że inne zaliczenia miała. Nie nabierajcie się, mili Czytelnicy, tak jak pani Ilona się nabrała! Czasy darmowych wyrobników przeminęły, razem ze starożytnym Rzymem.   

W takim razie czego i w jakim wymiarze uczył w ramach praktyki ze studentami w ciągu tych 4 lat studiów doktoranckich mgr inż. Krzysztof Bałaban? Jego poprzednie zajęcia (technologie informacyjne) padły jako zajęcia na niskim poziomie, bo oglądano tylko podstawowe funkcje Worda i PowerPointa (napisali mi o tym uczestnicy). Czy ta jego „praktyka ze studentami” była zgodna z rozprawą literaturoznawczą o Buninie, którą podobno zamierza napisać? A czy któryś z tych dwóch zakresów wiedzy, którą podobno posiada, harmonizuje z etatem metodyka nauczania języka rosyjskiego, który mu ciocia „załatwiła”

Nie, cioci kończyła się właśnie kadencja dyrektorska, więc jej końcówkę wykorzystała do zapewnienia krewniakowi byle jakiej – wyłącznie w jej wyobrażeniu byle jakiej!!! - pracy. A wszystkie komisje zatrudniające na UWr. i wszystkie zainteresowane rady naukowe etat dla Bałabana i pensję zatwierdziły!

Wspomnieć tu należy o jeszcze kilku innych nieprawidłowościach. Robi się na przykład powszechnie oszustwa konkursowe, ogłasza konkurs pod wybraną osobę, a ogłoszenie pojawia się w dziwnym momencie i „wisi” kilka dni, żeby nikt „niepożądany” nie zdążył się dowiedzieć. Tak było, jak zatrudniali pana Martinka (napisałam wtedy do dziekana Cieńskiego, że ogłoszenie wisiało tylko dwa tygodnie - mam dokumentację, ale pan Cieński odpowiada tylko na te listy, na które odpowiedzieć mu wygodnie – co jest niemożliwe np. w Czechach, bo tam przestrzega się przepisów kodeksu administracyjnego).

Ukrycie etatu dla Bałabana przebiegło jeszcze „żałośniej” (że użyję modnego słowa), bo ogłoszenie pojawiło się przed długim majowym weekendem, zaraz po nim konkurs niby został „rozstrzygnięty”. Słyszałam o jeszcze jednym tegorocznym konkursie, tym razem na etat językoznawczy w Zakładzie Bohemistyki IFS UWr., który też został skutecznie ukryty przed bohemistami, zwłaszcza przed panem, który kilka miesięcy wcześniej w tymże Zakładzie obronił językoznawczy doktorat bohemistyczny. Świeżego doktora właśnie "wyprodukowali", ale konkurs na etat przed nim zataili, szansy na staranie się o etat nie dali.

Okres ogłoszenia nielegalnie się skraca - powinien być miesiąc, ale – kalkuluje jakiś dziekan "od Martinka", dyrektorka "od Bałabana" czy „nowy układ językoznawczy" (na razie nie drążę)  – do więzienia przecież za to nie pójdę, prawda?

Nooo, proszę szanownych państwa, a gdzie zwykła uczciwość? A gdzie dobro studentów i dobro nauki? Poziom i opinia uniwersytetu?

Druga kwestia to że zatrudnia się tam jakieś przedziwne postacie. P.o. kier. Zura oświadczyła, że buduje sobie „swój zespół” (dosłownie) i zatrudniła kumpla, który nawet czeskiego nie zna, ale jest fachowcem od szkolnictwa na Opolszczyźnie. Pensję brał dwa lata – będzie brał dalej?

Czemu on jest bohemistą? Bo ma drugi doktorat z Ostrawy, a to jest Republika Czeska… W Ostrawie jest polonistyka, a poza tym łatwo tam używać polskiego w rozmowach, czy w nauce. Tamtejszemu uniwersytetowi być może opłaca się wydać obcojęzyczny doktorat czy książkę, (Balowski, Zura, Taboł…), bo za takimi wydaniami idą dla uczelni pieniądze z czeskiego ministerstwa. U nas za to autor książki nagle i niezasłużenie dostaje pieczątkę „bohemisty”. Znów powołam się na swoje zdanie, że. w IFS UWr. myśli się bylejako, i to zwłaszcza o bohemistyce, ale nie tylko, jak świadczy przykład inż. Bałabana i innych magistrów dyrektorki zatrudnionych jeszcze przed doktoratem. Nie darmo uczący - dawniej - na wieczorówce profesor (były dyrektor) opowiadał zdziwionym studentom, że czeska literatura to kicz (sic!).  

Śmiech na sali!

Trzecia kwestia to przedmiot „komunikacja międzykulturowa” w programie studiów, którym mydli się oczy studentom. Kilka lat temu wyjaśniali dr hab. Sarnowski i pani Zybura (co słyszałam i zapamiętałam), że w ramach tego przedmiotu można uczyć „wszystkiego, co się chce”. Jeśli prowadzący jest brzemienny inteligencją i wiedzą, a także jeśli mu zależy, to może się z tego coś urodzić, ale jeśli ktoś - jak pani Zura - wykształcenie na kursach marketingowych pobierał (co, przypominam, tak zaimponowało p. Sarnowskiemu!), to będzie tam nauczać - na przykład - jak  podlizywać się ludziom, żeby sprzedać towar (patrz wpis: „Studentka bohemistyki pisze” z czerwca 2014). Albo poprowadzi seminaria z polskiej (!) interpunkcji, żeby sobie załatwić publikacje w Czechach (Martinek).

 A na deser zostawiam wolną interpretację „zagwozdkowej” sytuacji z panem Bałabanem. Może być tak, że Bałaban, popełniając dwa krzywoprzysięstwa przed prokuratorem (odsyłam do poprzedniego wpisu), tak się u swojej cioci zasłużył, że ona „stanowczo musiała” załatwić mu etat rusycysty, skoro na starym etacie się nie sprawdził? A może ten pan popełnionym krzywoprzysięstwem ciocię szantażuje (że je odwoła, więc proces przeciw niej wróci na wokandę), ona zatem „musiała”, dalej jak wyżej?

Muszę ten pomysł gdzieś zanotować.        

 Czytelnicy tego blogu listownie mnie pytają, co ja o tym wszystkim, opisanym tutaj wyżej, sądzę. Pytają też, jak według moich prognoz zareaguje przyszły dyrektor IFS UWr. (czyli „pan w lateksowej marynarce”, jak go eufemistycznie ktoś określił, jak widać bojąc się w liście wymienić nazwisko).

 

 

 

Niniejszym odpowiadam całemu gremium, że nie wiem

Zofia Tarajło-Lipowska

 

Jeszcze jedna wizja nieodparcie się narzuca. Co by było, gdyby mgr rusycystyki czy bohemistyki dzięki protekcji znalazł się na studiach doktoranckich Politechniki Wrocławskiej? Jak by zaliczył praktykę ze studentami. jakie referaty by tam na naukowych konferencjach wygłaszał? Kto by go tam do pracy przyjął jako pracownika naukowego, specjalistę od metodyki nauczania przedmiotów kierunkowych?

Powstał komitet ds. zapobiegania degradacji humanistyki. Ale czyż nie jest tak, że na tym polega jej DEGRADACJA? Własnoręcznie się degraduje, tolerując w własnych szeregach głupotę i nieuczciwość?  

 

Dodaj komentarz

7.png4.png1.png6.png1.png7.png