28 11.2015 14:56

Wkrótce po swojej habilitacji na Radzie Wydziału Filologicznego UWr. rozmawiałam towarzysko z panią z innego instytutu (która już wszystkie progi naukowe pokonała), rozmawiałyśmy tak sobie w przejściu - ja gratulowałam, a ona wyliczała, jakie progi jeszcze są przede mną. „Tylko pamiętaj – zakończyła. – Oni bardzo nie lubią, jak ktoś wyrywa się z kolejki, jak przyspiesza... Trzeba poczekać na swoje”.

Radę tę wzięłam sobie raczej do pamięci niż do serca. Wykorzystałam ją, charakteryzując środowisko naukowe (Uniwersytetu Kuropaskiego) w kryminale „Śmierć dziekana” (adept nauki przebiera nogami w galarecie, a tymczasem swoiste ruchy tektoniczne tej galarety same go wynoszą – albo nie). Serca (ani czasu) do tego jednak nie miałam: sama energicznie pedałowałam, przyśpieszałam i na skalistej ścieżce nowy szlak wytyczałam. Obok drałował (po czeskich i słowackich kamienistych zboczach) mój mąż, nie dbając o „fałszywych przyjaciół tłumacza” czy o równie fałszywych przyjaciół biesiadnych, którzy sami się narzucali (jeśli chodzi o tych pierwszych, znam przypadek doktoratu z fałszywych przyjaciół polsko-czeskich, habilitacji z fałszywych przyjaciół polsko-rosyjskich, a nawet profesury z fałszywych przyjaciół polsko-słowackich). Zaznaczę jednak, że ja osobiście słowa zdradliwe, czyli „fałszywych przyjaciół tłumacza” wykorzystałam wyłącznie humorystycznie i do popularyzacji wiedzy (patrz: moje książki "Kapoan" i "Nowy Kapoan").

Tajemniczy „oni” przejawili się, jak mnie z pracy usunięto - mimo że byłam właśnie na urlopie naukowym dla napisania książki naukowej, że UWr. oficjalnie wystąpił o moją profesurę i o nagrodę ministra dla mnie, że 5 dni po złożeniu podania o emeryturę wycofałam je, i że rektor prof. Bojarski złożył określoną deklarację przed Radą Wydziału Filologicznego UWr. – choć później przed sądem oświadczył, że nie pamięta, o jaką właściwie Radę wtedy chodziło. Za chwilę zasyczał do mnie „A pani naskarżyła na mnie do Urbana!” (wcale nie naskarżyłam, dziennikarka z „Nie” sama znalazła mój blog). Niżej jest kopia przedmiotowego artykułu:

Jak wiadomo, do mego usunięcia walnie przyczyniła się dyrektor IFS UWr. Anna Paszkiewicz. Tak się składa, że mamy obie pewną prywatną znajomą, działającą na zupełnie innym polu, która z całą dobrodusznością spytała ją, dlaczego tak postąpiła. „Bo trzeba było tak zrobić – powiedziała pani dyrektor – oni tak chcieli.”

Znów pojawiają się tajemniczy oni, określani zaimkiem osobowym, który w tychże tajemniczych okolicznościach nabiera cech zaimka nieokreślonego (jacyś ludzie, jacykolwiek ludzie, czyjś człowiek – czyi ludzie?) Spiskowa teoria rządów nabiera rumieńców. Potrzebne są inne dowody?  

Jak mnie wyrzucili (oni?) z kierownictwa Zakładu Bohemistyki, a na moje miejsce wsadzili  panią dr Zurę, hi, hi, hi! (dziś daruję sobie rozwinięcie, żeby nie tracić wątku), do czego na kilku posiedzeniach Radach Wydziału Filologicznego UWr. zgłosiłam poważne zastrzeżenia (wnioskowałam o wotum nieufności w tej sprawie do dziekana Sarnowskiego, który jednocześnie był dziekanem i faktycznym dyrektorem instytutu), to kilkoro życzliwych kolegów z Rady, zupełnie od siebie niezależnie, zaczepiło mnie gdzieś na boku, dobrze mi radząc, żebym lepiej siedziała cicho, bo oni mogą się zemścić. Jedna szacowna pani profesor sformułowała to tak (pamiętam dokładnie): „bo oni panią skrzywdzą”. Jeden z tych życzliwych kolegów był tak odważny, że umówił się ze mną w Klubie Uniwersyteckim, ale drugi zaproponował wymarsz do kawiarni „Literatka” w Rynku (wyjaśniając, że „możemy być widziani” - przez onych?), a i tak cały czas po drodze się oglądał, czy nikt za nami nie idzie.

Cień tych onych wciąż za mną kroczy, więc jak swoje kolejne książki zostawiam  niektórym kolegom na portierni przy Nankiera 15, to przedtem pytam, czy się nie boją, że oni nasz kontakt podejrzą. Na Radach Wydziału zawsze się rozglądam, koło kogo usiąść, żeby do nich nie doniesiono, bo sąsiad w ławce może być pod obstrzałem onych (w dodatku Rada zubożała o germanistów, którzy dorobili się Rady oddzielnej).

I mam w tym rację. Kilka miesięcy temu niedaleko sali obrad Rady Wydziału Filologicznego UWr. spotkałam dawnego kolegę X. Wymieniliśmy kilka przyjaznych, acz zdawkowych(!) zdań - a tu kilka kroków przed drzwiami  „kolega” jak nie wypali!, pędzi do drzwi, wpada do środka, a ja, zorientowawszy się w jego intencjach, sekundę-dwie po nim wchodzę wolnym krokiem. WSZYSCY członkowie Rady Wydziału Filologicznego widzieli, że nie weszliśmy razem. (Dziwne zachowanie jak na profesora, prawda? Nie przepuścić pani pierwszej w drzwiach od sali, gdzie obraduje Rada Wydziału Filologicznego. Rektor Bojarski inne wzory daje, w rączkę wszystkie panie całując.)

Kim są zatem ONI? Może oni siedzą w domowych pieleszach i tylko donosy lub plotki do nich docierają, a oni wtedy wskazują, jakie mają być decyzje. Przechodzi to transmisją przez dziekana, przez uległego dyrektora instytutu do osób, z których składają się „ciała kolegialne”. Dyrektor zaszantażuje lub obieca przyspieszające karierę przywileje. Snułyśmy z koleżanką kilka hipotez, kim są oni, ale „tak naprawdę” zagadka pozostaje nierozwiązana

Zalecana lektura nadobowiązkowa:   

Tłumy, tłumy! O sensie pracy zawodowej filologa – wpis z 2. 09.2014

Jak rektor UWr. naruszył prawo – dokumenty - wpis z 25.06.2014

Fałszywi przyjaciele - wpis z 17.09.2013

 

 

 

Dodaj komentarz

7.png4.png4.png8.png3.png3.png