04 05.2015 18:24

Wysoki Sądzie!

To nieprawda, że nie jestem pracownikiem Uniwersytetu Wrocławskiego. Jestem nim w pełni, wykonuję dla niego pracę, zarówno naukową, jak i dydaktyczną, reprezentuję Uniwersytet Wrocławski jako instytucję naukowo-dydaktyczną na zewnątrz. Już czwarty rok tak się dzieje.

  1. Prowadzę zajęcia z trojgiem doktorantów - gdyby nie moje zajęcia z nimi Uniwersytet musiałby płacić innym pracownikom, którzy by tę czynność wykonywali (odliczać im te godziny z semestralnego pensum lub płacić za nadliczbówki).
  2. Prowadzeni przeze mnie doktoranci w ramach praktyki dydaktycznej też prowadzą zajęcia ze studentami (nie będąc przy tym na etacie), zatem ja przyczyniam się do tego, że Uniwersytet Wrocławski nie musi za te zajęcia płacić komuś, kto by tę czynność wykonywał.
  3. Zgłaszam się na konferencje naukowe i wygłaszam na nich referaty, publikuję w czasopismach naukowych, recenzuję teksty do publikacji, piszę recenzje umożliwiające postępy naukowe innych naukowców. Uczestniczę w komisjach rządowych. W roku 2013 wydałam też książkę popularnonaukową z zakresu swej wiedzy, będącą kontynuacją książki wydanej w Wydawnictwie Uniwersytetu Wrocławskiego w roku 2010. Obie cieszą się dużym uznaniem i popularnością
  4. W czasie mego – rzekomego! - niebycia już pracownikiem Uniwersytetu podwyższyłam swoje kwalifikacje naukowe, co jest obok dydaktyki najważniejszym obowiązkiem pracownika naukowego, a mianowicie otrzymałam naukowy tytuł profesora. Otrzymałam również w tym okresie bardzo prestiżową nagrodę, a mianowicie nagrodę indywidualną II stopnia MNiSzW za osiągnięcie naukowe.

To nieprawda, co mówiła poprzednio pani prawnik reprezentująca Uniwersytet Wrocławski, że pracownicy zawsze muszą być przez dyrekcję instytutu „kierowani” na konferencje. Nikt z pracowników naukowych, a tym bardziej SAMODZIELNYCH pracowników naukowych nie pisze podań o ZEZWOLENIE na konferencję. Jest to tylko i wyłącznie w jego gestii, w zakresie jego zainteresowań naukowych, kontaktów personalnych, chęci i woli. Pracownik może wyjechać na własny koszt, jeśli mu na tym zależy - bez rozliczenia kosztów tzw. DELEGACJI.  Wielu pracowników tak robi, ja też tak zrobiłam na przykład we wrześniu 2011, kiedy posiadając jeszcze wszelkie prawa pracownicze na własny koszt uczestniczyłam w naukowej konferencji w Pradze.

 Nie przyjęłam i nie przyjmuję do wiadomości niepodpisania ze mną umowy o pracę ze strony Uniwersytetu Wrocławskiego, ponieważ ja faktycznie WYCOFAŁAM swoje podanie o zwolnienie z powodu przejścia na emeryturę - pięć dni po jego złożeniu, unieważniłam je za pomocą złożonych i przyjętych przez Uniwersytet Wrocławski pism. Wycofałam je pismem skierowanym do rektora i złożonym w rektoracie w dniu 22 czerwca 2011 roku, dla pewności złożonym również w Dziale Kadr i w Dziekanacie Wydziału Filologicznego (na wszystkich trzech są dowody ich przyjęcia). We wszystkich trzech pismach wyraźnie napisałam, że przejście na emeryturę nie jest zgodne z moją intencją, czyli z moją dobrą wolą.

FAKT WYCOFANIA tego mego podania potwierdziła mi PONADTO moja wizyta u rektora prof. Bojarskiego tydzień później, tj. 29 czerwca 2011 (w najbliższym możliwym terminie, kiedy rektor był dostępny), na której rektor prof. Bojarski zachował się w stosunku do mnie bardzo życzliwie. Było ze mną dwóch kolegów - świadków całej rozmowy. W swoim życzliwym stosunku do mnie pan rektor zapewne wziął pod uwagę fakt, że zaledwie pół roku wcześniej podpisał wniosek o mianowanie mnie profesorem tytularnym oraz wniosek o nagrodzenie mnie wspomnianą nagrodą za wybitne osiągnięcie naukowe. Brał również pod uwagę swoją własną znajomość mojej pracy naukowej oraz pracy popularyzującej naukę, bo na wizycie u niego kilka miesięcy wcześniej zdradził żywe zainteresowanie moją książką „Kapoan na opak. O czeskim dla Polaków, być może mało zaawansowanych, ale mocno zainteresowanych”, a następnie moją książką naukową „Historia literatury czeskiej”. W następstwie tego obie książki kolejno mu wręczyłam. 

Przy całej swojej życzliwości pan rektor Bojarski zalecił mi wizytę u ówczesnego dziekana Wydziału Filologicznego Michała Sarnowskiego – w mojej obecności wyjął telefon komórkowy o umówił mnie na wizytę na drugi dzień. Dodał jeszcze do tego radę, żebym się rozpłakała, bo łzy kobiece na mężczyzn mają duży wpływ (podkreślam, że dosłownie tak tę radę uzasadnił).  Udzielenie mi tejże  rady RÓWNIEŻ było okazaniem ze strony rektora życzliwości, która miała prowadzić do unieważnienia znalezienia się przeze mnie poza UWr. Przed dziekanem nie rozpłakałam się po pierwsze dlatego, że w gruncie rzeczy radę tę uważałam i uważam za obraźliwą dla kobiet, zwłaszcza kobiet-profesorów, a po drugie dlatego, że ówczesny dziekan Sarnowski jest niepodatny na łzy kobiece. Był i jest moim kolegą z Instytutu Filologii Słowiańskiej, ale również w latach 80. był moim kolegą w językoznawczym seminarium doktoranckim u prof. A.F.

Wizyta u dziekana Sarnowskiego w dniu 30 czerwca 2011 niestety była krótka: Sarnowski nie dopuścił mnie do głosu, zachował się protekcjonalnie, krótko wyraził pretensje i szybko zakończył rozmowę okrzykiem „nie, nie, nie!”. Wycofanego podania nie oddano mi ani nie odesłano, rektor zaś wystosował do mnie pismo, że przyjmuje moje podanie o zwolnienie, które – PODKREŚLAM - uważałam i w dalszym ciągu uważam za wycofanie i nieważne. Na moje odwołanie od tej decyzji skierowane do rektora, sam rektor wcale mi nie odpisał. Natomiast odpisał mi dziekan Sarnowski – odręcznie - powołując się na to, że jego negatywne zdanie podziela również rektor Bojarski.

W dodatku pismo rektora - przyjmujące rzekomo moje zwolnienie, które wycofałam - jest antydatowane, nosi datę 22 czerwca 2011 (czyli datę przesunięto wstecz o cały tydzień przed opisaną wyżej rozmową u rektora w obecności dwóch świadków). W dniu 22 czerwca rektora nie było na Uniwersytecie Wrocławskim, szukałam go wtedy, otrzymałam od urzędniczki taką informację, na pl. Uniwersyteckim pod drzwiami rektoratu spędziłam kilka godzin.

          Co do zeznań świadków:

Na okoliczności, że niepłacenie mi pensji i nieprzydzielanie mi zajęć ze studentami jest uzasadnione, Uniwersytet Wrocławski powołał czterech świadków, którzy mieli wykazać zasadność tego: M. C., A. P., M. S. i A. R.. Zeznania tej ostatniej, sekretarki w IFS, dotyczyły okoliczności złożenia podania o zwolnienie w dniu 17 czerwca 2011, których kwestionować nie zamierzam. Dodam jednak, że pani A. R. wiedziała o wycofaniu przeze mnie podania, ponieważ spotkałyśmy się 22 czerwca 2011 w Dziale Kadr UWr., dokąd przyniosła dokumenty, m.in. moje podanie, ale nie zgodziła się oddać mi tego podania na moją prośbę. 

Uważam, że jej stanowisko w tej sprawie (i wymienione już okoliczności) świadczą o tym, że 22 czerwca 2011 Uniwersytet Wrocławski w osobach kilku jego pracowników dopuścił się WYŁUDZENIA ode mnie podania o zwolnienie, które od tego dnia za wszelką cenę i z wszystkich sił pragnęłam wycofać. Zagrał ze mną bardzo nieładnie i nieetycznie.Moje pismo z prośbą o zwolnienie z pracy z powodu przejścia na emeryturę stało się ZASTAWEM  za akt skruchy w postaci rozpłakania się u dziekana Sarnowskiego, co miało być karą za krytykę polityki wewnętrznej Instytutu Filologii Słowiańskiej, a także za inne rzekome „przewiny”, na przykład zgłoszenie plagiatu pracy magisterskiej. Krytyka polityki wewnętrznej Instytutu Filologii Słowiańskiej zresztą była słuszna i rzeczowa, nikt jej nigdy nie zakwestionował.  Skoro zaś ZASTAWU w postaci podania o zwolnienie „łzami” nie wykupiłam, to pisma o zwolnienie mi nie oddano, wykorzystano je natomiast przeciw mnie.  Można to też interpretować jako próbę WYMUSZENIA ode mnie  odwołania słusznej, nigdy nie podważonej i konstruktywnej  krytyki. Próba się nie udała.

Oświadczam, że M. S. w swoim zeznaniu skłamał, że doradzając rektorowi Bojarskiemu uniemożliwienie zatrudnienia mnie, kierował się głosami 9 kolegów z Rady Instytutu Filologii Słowiańskiej. Była to bowiem jego własna decyzja, jak wynika z rady rektora Bojarskiego o potrzebie płaczu przed Sarnowskim. Podkreślam, że dla zmiany tej decyzji miałam się rozpłakać przed ówczesnym dziekanem-rusycystą - nie przed Radą Instytutu Filologii Słowiańskiej. Z tego wynika, że decyzje kolektywne są tutaj fikcją. Z mojej wiedzy w tej sprawie wynika, że S. zasugerował 9 osobom z Rady, aby głosowały przeciw mnie, a następnie przed Wysokim Sądem skłamał, że kierował się ich opinią. Rada o płakaniu świadczy, że rektor Bojarski też o tym wiedział.

Oddzielną i bardzo ważną sprawą jest pytanie, czym się rektor Bojarski powinien kierować w kontynuacji zatrudnienia mnie?

Czy widzimisię dziekana Sarnowskiego (jak świadczy rada o łzach),

czy 10 głosami 18-osobowej Rady IFS, jak podobno uczynił,

czy głosowaniem na Radzie Wydziału Filologicznego, jak obiecał w czasie wizyty na tej Radzie w dniu 14 czerwca 2011, i które w ogóle nie miało miejsca?

A może uchwałą Senatu Uniwersytetu Wrocławskiego, bo chodziło przecież o zatrudnienie samodzielnego pracownika naukowego ze złożonym wnioskiem o profesurę? 

W zeznaniu A. P. znalazło się kilka istotnych przeinaczeń. To do niej bowiem  jako do dyrektora należy zapewnienie pomieszczeń na wszystkie odbywające się tu zajęcia, w tym na seminaria doktoranckie. Mając wiedzę, że ja takie seminaria prowadzę, P.– o dziwo! - już 2 lub 3 października 2011 kazała wynieść z mego dotychczasowego gabinetu wszystkie moje rzeczy i żadnego innego lokalu mi na nie udostępniła. Stwierdzenie, że to ja miałam się do niej zwrócić z prośbą o nowy lokal, jest przysłowiowym odwracaniem kota ogonem.

Pani P. zeznała, że miałam troje doktorantów, a teraz mam dwoje, bo jedna pani została skreślona. Abstrahując od powodu skreślenia, która dokonał się poza moją wiedzą (doktorantka została skreślona na IV roku studiów za nieodbycie 10 godzin praktyki ze studentami, naukowo zaś była w porządku),  trzeba podkreślić, że ta doktorantka w dalszym ciągu ma otwarty przewód doktorski, straciła tylko przywileje studenckie, więc dla mnie i dla nauki polskiej w dalszym ciągu doktorantką jest.

Zeznanie obecnego dziekana Wydziału Filologicznego M. C. w ogólnych zarysach potwierdza moje stanowisko (że mam doktorantów, uczęszczam na Rady Wydziału Filologicznego, że prowadzę – jakąś – pracę naukową), ale C. tłumacząc się dużą odległością miejsca jego pracy od siedziby Instytutu Filologii Słowiańskiej szczegółów tego nie może podać

Dodam też, że znalazłam się w jakiejś dziwacznej, nonsensownej pozycji względem UWr. w jego  oficjalnych ogłoszeniach i jego działach. W katalogu Biblioteki Uniwersyteckiej jestem prowadzona jako pracownik naukowy Uniwersytetu, choć nie wszystkie moje dokonania są tam ewidencjonowane. Za to w ogóle mnie nie ma na oficjalnej stronie Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego - ani wśród aktualnych pracowników, ani wśród emerytów - choć pracuję tam od roku 1990, zrobiłam w nim habilitację i profesurę. Podobna sprawa dotyczy hasła w Wikipedii: nie jestem ani pracownikiem, ani emerytem Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr. - po prostu mnie tam nie ma, wykreślono moje nazwisko i moje istnienie, podobnie jak za czasów stalinowskich samowolnie wykreślano z prac naukowych wiele nazwisk, podobnie jak w polskich szkołach za komuny nie uczono na przykład o Witoldzie Gombrowiczu.

W roku 2012 „Przegląd Uniwersytecki” umieścił informację o mojej nagrodzie otrzymanej z MNiSzW, dodał kolorowe zdjęcie portretowe. Natomiast w roku 2014 ten sam „Przegląd Uniwersytecki” nie umieścił informacji o mojej profesurze, a niedawno wręcz pisemnie odmówił zamieszczenia tej informacji, choć wręczający nominację w kwietniu 2014 prezydent Bronisław Komorowski głośno obwieścił, że jestem z Uniwersytetu Wrocławskiego. Czyżby w tej kwestii "Przegląd Uniwersytecki" miał zdanie rozbieżne?

Na koniec stwierdzam, że niezgodne z etyką i dobrymi obyczajami nieoddanie mi mego podania o zwolnienie i posłużenie się nim niezgodnie z moją wolą, wyrażoną pisemnie zaledwie 5 dni po złożeniu pierwotnego podania, bardzo mnie skrzywdziło, bo pozbawiło pensji, możliwości wykładania i utrudniło mi pracę naukową. Negatywnie wpłynęło również na ogólną sytuację Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego. Państwowa Komisja Akredytacyjna, która zwizytowała Wydział w czerwcu roku 2014, wystawiła Wydziałowi ocenę „warunkową” (co jest oceną bardzo niską, rzadko spotykaną na dużych państwowych uniwersytetach). Na stronie 53 „raportu PKA” wypowiedziała się o filologii czeskiej w sensie negatywnym: opiekunami prac magisterskich są tam bowiem pracownicy w stopniu doktora, a nie – zgodnie z przepisami - samodzielni pracownicy naukowi.

 

 

 

 

7.png4.png4.png8.png4.png7.png