Między miłością a represją 25 10.2016 15:43

Doktor Alicja Murga, którą przesłuchiwał komisarz Cichosz, była kierownikiem Zakładu Kultur Represyjnych, wchodzącego w skład Instytutu Semikomunikacji Interkulturowej. Właściwie nie była kierownikiem, tylko osobą „pełniącą obowiązki kierownika”, w skrócie p.o.kier., więc stosownie do tej nazwy twarz zachowywała pokerową, co zresztą trudne nie było, ponieważ i tak dokładnie pokrywał ją makijaż. Niełatwo przejrzeć jej myśli, bo zmian wyrazu twarzy nie udawało się zauważyć. Cały czas przymilnie się uśmiechała, włączała perswazyjny ton mowy, jednocześnie się tłumacząc i w ugrzeczniony sposób swoje zdanie narzucając.

Komisarz Cichosz pomyślał, że na wezwaniu powinno się zaznaczyć, żeby przesłuchiwani przychodzili bez makijażu. Przypomniało mu się, że kiedyś jego żonę lekarka skrytykowała za szminkę, przeszkadzającą jej w postawieniu diagnozy, w której ponoć pomogłaby ewentualna bladość ust. Tutaj usta dekorowała ciemnokrwista czerwień, odcinająca się od bladawego pudru. Czarny kostium dopasowany do czarnych obwódek oczu upewniał, że zeznająca osoba hołduje stylowi „gotyk”.

Cichosz dowiedział się, że Zakład Kultur Represyjnych, a przede wszystkim jego p.o.kier. zamierza zorganizować międzynarodową konferencję naukową pod patronatem samego rektora Bajorka i pod nazwą „Postać Gbura-Knura-Ździura a represyjna kultura”. Podtytuł konferencji: „Miłość”. Organizacja konferencji stoi pod znakiem zapytania, bo dyrektor instytutu padła ofiarą morderstwa.                                      

– W takiej sytuacji los naszej konferencji jest niepewny – zakończyła swoją wypowiedź doktor Murga. – Tymczasem gości już zaprosiliśmy, naprawdę nie wiem, co będzie…

Z punktu widzenia śledztwa było wszystko jedno, co kryje się pod nazwą konferencji, ale Cichosz z ciekawości zapytał. Dowiedział się, że Gbur-Knur-Ździur był bóstwem słowiańskim (niektórzy twierdzą, że duchem słowiańskim), którego kult szerzył się jeszcze przed przyjęciem chrześcijaństwa. Należał do zespołu takich bóstw, jak Światowid (później, za czasów chrześcijaństwa, przekręcany na Świętowit), Perun, Kupała, Szeptucha, Wiedźmin lub Wiedźma, Baba Jaga czy Dziadek Mróz, które zaludniały horyzonty myślowe słowiańskich ludów od Uralu aż po Łabę, od Bałtyku po Adriatyk, a miejscowa prymitywna ludność (według innych badaczy była to ludność bardzo dojrzała cywilizacyjnie) ufnie wierzyła w dobre lub złe zamiary bóstw.

Trójczłonowy bóg słowiański Gbur-Knur-Ździur zajmował w tej galerii szczególne miejsce, a mianowicie wystawiał ludzi na niebezpieczeństwo, rządził ich życiem seksualnym i zsyłał na nich nieszczęścia. Prasłowianinowi, któremu przydarzyło się coś strasznego, na przykład spadło na niego drzewo w lesie, umarła mu umiłowana żona lub mlekodajna krowa, wichura czy nawałnica zniszczyła domostwo, o wiele łatwiej było te nieszczęścia znosić, jeśli wierzył, że to nie ślepe fatum, tylko zemsta konkretnego bóstwa, a mianowicie Gbura-Knura-Ździura. Jest to psychologicznie uzasadnione, ponieważ nieszczęście miało wewnętrzną logikę i w ten sposób jego nieubłagany skutek nabierał sensu.

Od imienia „Ździur” po zwężeniu samogłoski „u” w „i” powstało słowo „zdzira”; od tego samego źródłosłowu pochodzi również „ściur”, co jest następstwem ubezdźwięcznienia miękkich spółgłosek. W języku polskim to słowo stwardniało na „szczur”, a w czeskim pozostało štír, które jednak oznacza skorpiona.

– To naszej teorii ścisłych związków kulturowych nie burzy, na odwrót, śmiertelnie kąsający skorpion świetnie do niej pasuje – zakończyła wywód zadowolona z siebie doktor Murga.

Komisarzowi Cichoszowi wydawało się to dziwne, ale później, po domowej lekturze zauważył, że hipotezę o istnieniu bóstwa niektóre placówki naukowe (jako przykład zawsze podawano Uniwersytet Kuropaski) uważają za zasadną. Badacze słowiańskich kultur podzielili się na tych, którzy istnienia kultu Gbura-Knura-Ździura nie podważają, i tych, którzy to kwestionują. Trzecią grupę stanowią ci, którzy uważają, że pomieszano ze sobą trzy różne kulty. Nie zachowały się bezpośrednie dowody kultu, ale to też dobrze, bo badacze opierają się na późniejszych doniesieniach, co wymaga też dociekań w zakresie innych nauk, na przykład w historii starożytnej i nowożytnej, między innymi też w filologii słowiańskiej. Dzięki temu pole badań otwiera się interdyscyplinarnie.

Cichosza, jako niespełnionego artystę, a dokładniej ilustratora książek, zainteresowało, że pogańskie bóstwo było przedstawiane z wyciągniętym językiem, do czego skojarzeniem wizualnym było słynne zdjęcie Alberta Einsteina, podobnie upozowanego. Nazwisko Einstein, jak sądzą niektórzy, jest zgermanizowaną nazwą prasłowiańskiego wodospadu Kamieńczyk. Wyobrażenie Gbura-Knura-Ździura, dzięki ilustracyjnej analogii (wyciągnięty język przypomina wodospad), wskazuje na trzy podstawowe cechy bóstwa, a mianowicie: jego grubiaństwo, rozbuchaną seksualność i silnie rozwinięty relatywizm moralny.

Pani Murga mówiła o tym z miną przewodniczki w gabinecie figur woskowych, podczas gdy komisarz Cichosz odniósł dziwne wrażenie, że zafascynowanie rozmówczyni tą postacią wykracza poza naukę, jakby sama również należała do czcicieli bóstwa.

„Kult Gbura-Knura-Ździura” – przeczytał Cichosz w materiałach przedkonferencyjnych, które otrzymał – „był silny, niektórzy twierdzą, że przetrwał do dziś. Wciąż istnieją grupy jego wyznawców, którzy mogą nie znać nawet imienia bożka, ale jego życiowe dewizy otaczają czcią. W zachodniej Europie spekuluje się o przetrwaniu templariuszy czy masonów, którzy z ukrycia rządzą światem, natomiast w Europie Środkowej w tej funkcji występuje gburo-knuro-ździuryzm. Tym większej wagi nabiera nasza konferencja, na którą mamy zaszczyt serdecznie Państwa zaprosić”. (Serdecznie? Hmm…) „Opłata konferencyjna wynosi 950 zł i należy ją uiścić przelewem bankowym lub osobiście, najpóźniej w dniu rozpoczęcia obrad do godz. 10. Organizatorzy zapewniają bufet kawowy w czasie konferencji, wieczorne spotkanie towarzyskie oraz druk materiałów konferencyjnych w postaci wysoko punktowanej monografii (…)”

Komisarz zdecydował, że się nie zgłosi na konferencję.

– Czy pani była ostatnio w konflikcie z dyrektor Słoneczny? – spytał doktor Alicję Murgę. – Słyszałem o kontrowersjach w sprawie podtytułu konferencji, że „miłość” do tego kultu nie pasuje. Pani Słoneczny proponowała „łzy” albo „płacz”.           

– Z semantycznego punktu widzenia „miłość” otwiera tutaj więcej pól znaczeniowych, jako specjalista od semantyki się na tym znam – powiedziała pani doktor, chwiejąc wytuszowanymi rzęsami i szczerząc świeżo wybielone uzębienie. Ręką ozdobioną srebrnym pierścieniem i zakończoną ciemnokrwistymi paznokciami poklepywała przy tym lakierowaną torebkę. – Łzy jako skutek represji to banał. Ale miłość między represjonującym a represjonowanym to jest dopiero temat! – Tu cień zachwytu przemknął jej pod makijażem.

Cichosz pomyślał, że zbyteczne są tu zawiłości współczesnej nauki, a obecny przy rozmowie Gąbka zrobił zagadkową minę, jakby siłą powstrzymywał się od śmiechu. Pani p.o.kier. Murga wydawała się odpychająca, choć chciała być pociągająca, na przykład mówiła z ustami złożonymi w ciup. Coś pośredniego między pilną uczennicą a słodką idiotką.

– Nie bardzo rozumiem, na czym polegał ten konflikt – powiedział Cichosz w nadziei, że uda się wypreparować jakąś różnicę zdań.

– Wyższość podtytułu „Miłość” objaśnię na przykładzie referatu jednej z koleżanek. Referat ma tytuł: „Między miłością a represją, czyli przypadek Wandy, co nie chciała Niemca”.

– Chyba „między miłością a depresją”? Wanda skoczyła do Wisły, więc mogła mieć depresję, bo kandydat na męża był narzucony – powiedział komisarz. Doskwierała mu sztuczność sytuacji, ale chciał rozmówczynię trochę rozruszać.

– Istnieją przekazy, że ona została siłą wrzucona do Wisły przez wojów zakochanego w niej Niemca. Skoro nie on, to nikt jej nie będzie miał: tak powiedział sobie Niemiec. Czy pamięta pan, jak byłą Miss Polski zabił pewien inżynier, z miłości ją zabił, bo już miała męża? To przypadek podobny. Nasza koleżanka, doktor Koryncja Sztuczka-Gross porówna przypadek prehistoryczny z przypadkiem współczesnym. Nakreśli obraz idola, wzorzec postawy i jak ta postawa zapada w naszą narodową pamięć. Rektor Bajorek polecił nam do pracy doktor Sztuczkę specjalnym listem polecającym, on wspiera jej badania – dodała Murga.

– Prywatnie chciałbym zapytać… Jakie przekazy mówią o tym, że Wandę do Wisły wrzucono siłą? – zapytał Cichosz, szczerze zdziwiony korektami w legendach narodowych.

– Ta hipoteza pojawia się w operze czeskiego kompozytora Antonína Dvořáka Vanda, której libretto powstało na podstawie opowiadania inżyniera Juliana Surzyckiego. Ten Surzycki badał Gruzję i Dagestan, kraje, które były wówczas we władaniu Rosji. Z tego wynika, że mamy tu czesko-rosyjsko-polski projekt badań nad represyjnością w kulturze naszych trzech narodów słowiańskich. Niemiecki najeźdźca nie mieści się co prawda w tym projekcie, ale można postawić hipotezę, że wchłonął w siebie myśl panslawistyczną i utożsamił się z Gburem-Knurem-Ździurem. To świadczy o tym, że wpływy między Słowianami a Germanami wcale nie były tak jednokierunkowe, jak sądzą niektórzy, prawda? Dlatego ważne jest przebadanie wytworów kultury, w których pojawia się ten ślad.

– Istnieje inne libretto opery Antonína Dvořáka Vanda – ciągnęła jeszcze Murga – które napisał Słowak węgierskiego pochodzenia, nie pamiętam nazwiska… Ale to libretto przegrało z wersją opartą na Surzyckim, bo Dvořák bał się posądzenia o wywrotowość. Tutaj legendarne podanie o Wandzie ma happy end. Ryby wcale jej nie zjadły, jak chciał Niemiec, tylko szczęśliwie Wisłą dopłynęła do Warszawy i tam częściowo zamieniła się w rybę. I stąd mamy Syrenę warszawską, która ukonstytuowała się wskutek narodowych represji i w ramach kultury słowiańskiej.

– Nie chcę podważać wyników badań naukowych w pani jednostce – odezwał się komisarz – ale zarówno przesłanki, jak i wnioski wydają mi się wątpliwe. Z punktu widzenia śledztwa nie ma to jednak znaczenia.

P.o.kier. Zakładu Kultur Represyjnych (też powstałego na gruncie słowiańskim) zrobiła lekko urażoną minę, ale onieśmielona nie była. Zacisnęła palce na lakierowanej torebce i kontynuowała:

– Nie musimy sięgać daleko, aż do legend i podań, bo mamy tutaj nowsze dowody. W stulecie opery Vanda, czyli w roku 1975 powstała wersja musicalowa opery Dvořáka, istnieje telewizyjne nagranie tego przedstawienia. Legendę zaktualizowano tak, że Wanda do Warszawy dopyrkała samochodem marki Syrena. Wandę oczywiście grała i śpiewała Helena Vondráčková, a zachodnioniemieckim najeźdźcą, goniącym ją volkswagenem w wersji Lux, był sam Karel Gott. Po niemiecku jego nazwisko znaczy „bóg”, co jeszcze mocniej uzasadnia i pogłębia nasze tezy. Jest to pełne zwycięstwo panslawistycznej koncepcji naszego obszaru geopolitycznego, więc profesor Wasilewczyński na pewno nam pogratuluje. Pewnie pan wie, że jest to wybitny uczony sławy niemal światowej, członek Akademii Nauk i wielu komisji słowiańskich.

– Mhm, nie mam uprawnień do podważania naukowych badań… Ale zostawmy badania i wróćmy do dyrektor Słoneczny. Czy miała wrogów, w jakich stosunkach pani z nią pozostawała? – zapytał Cichosz.

– Serdecznie przyjaźniłam się z profesor Helladą Słoneczny. Ona była moją przyjaciółką z górnej półki, jeśli tak mogę powiedzieć. To takie smutne, że już nie żyje… Zdążyłam się jej jednak odwdzięczyć. – Doktor Murga się ożywiła. – Nie wszyscy się odwdzięczają, a szkoda – dodała z żałobnym półuśmiechem. – Dyrektor Słoneczny w interesie społecznym ścigała i represjonowała niewdzięczników. Mówiła, że naruszają kodeks etyczny nauczyciela akademickiego. Sama z otwartą prawicą podchodziła do ludzi, serce im podawała na dłoni, wiele im oferowała za odrobinę przyjaźni… – Żałoba pani Murgi zamieniła się w oburzenie. – Może panowie słyszeli, że była taka niemiła sprawa z doktor Mentel! Profesor była dla niej taka dobra, łaskawa, a ona co? Żadnej wdzięczności! Podobno teraz u was pracuje, ale u was obowiązują inne zasady, przepisy, paragrafy, prawda? – Posłała Cichoszowi przymilne spojrzenie. – U nas obowiązuje zasada wspólnoty. Wspólną poduszkę trzeba spulchniać tak długo, aż głowy wszystkich będą mogły na niej spocząć, a nawet słodko wejść w fazę snu… – Pan myśli, że ja mówię od rzeczy? – obruszyła się Alicja Murga, widząc podniesione brwi i pytający wzrok Cichosza. – Chciałam tylko dowcipnie nawiązać do tego, że sen był tematem naszej poprzedniej konferencji. Trzy lata temu była pierwsza konferencja z cyklu „Postać Gbura-Knura-Ździura a represyjna kultura” z podtytułem „Sen”. Tak się składa, że organizowała ją Andżela Mentel, jeszcze przed odejściem z Uniwersytetu Kuropaskiego. Co za dziwny zbieg okoliczności. – Przesłuchiwana Murga zrobiła znaczącą minę. Cichosz pomyślał, że ta pani chciałaby Anielę w coś wrobić, ale nie wie jak.

– Jaką poduszkę? Czy robi pani aluzję do przedszkola „Poducha u Kłapoucha”? – zareagował szybko.

– Ależ skąd, przypadkowo mi się powiedziało. – Rozmówczyni się przestraszyła. – Znam to przedszkole, kierowniczką też jest moja serdeczna przyjaciółka… przyjaciółka z półki średniej – zaśmiała się Murga.

– A życie osobiste pani Słoneczny, jak się układało? – pytał dalej komisarz.

– Dewizą jej życia była dbałość o dobry smak i wyrafinowany gust, czym nasiąkła już w szkole średniej, często nam o tym opowiadała – odparła Murga, której, niestety, udało się narzucić styl rozmowy. Pewnie dlatego, że Jacek za bardzo wypytywał o pracę naukową.

– Czy pani Słoneczny interesowała się kulinariami? Łatwo ją było skusić na jakiś nowy przysmak? – podsuwał komisarz, wyobraziwszy sobie, że w ten sposób podano truciznę.

– O tak, tak, kucharką była świetną – przytaknęła energicznie. – Wiele razy byłam zapraszana przez nią na obiady.

– Zna pani jej kuzynkę? Przez jakiś czas razem mieszkały. Co pani o niej sądzi?

– Ona studiowała u nas. Była naprawdę w ciężkiej sytuacji życiowej, bo po rozwodzie rodziców znalazła się na bruku. Matka jest w zakładzie psychiatrycznym, a ojciec sprzedał mieszkanie i wyprowadził się. Z dnia na dzień stała się bezdomna.

– Ta doktor pokier niesympatyczna, a tymczasem tyle przyjaciółek się do niej klei, co prawda na różnych półkach są rozmieszczone, ale zawsze – powiedział Andrzej Gąbka z przekąsem, kiedy za przesłuchiwaną zamknęły się drzwi. – Skąd te przyjaciółki? Czy to orientacja na przyjaciółki?

– Nie sądzę, bo ona wyraźnie nas kokietowała. Zresztą nieważne, tylko że ona taka okrągła w swoich słowach i manierach jak te pięć groszy, co ci wypadnie z kieszeni i toczy się dalej. A ty nie wiesz, czy opłaca się schylić, czy nie – powiedział ze złością komisarz.

– Ale kontakty w tym przedszkolu ma. Pani Murga może być szantażystką – zastanowił się komisarz po chwili milczenia. – Wyobraź sobie taką sytuację. Murga przychodzi do przyjaciółki „ze średniej półki”, czyli kierowniczki przedszkola, a tamta mówi: „Posiedź sobie przy herbatce, kochana, a ja tymczasem skoczę do dzieci zobaczyć, czy wszystko w porządku. Koleżanka mogła zapomnieć o pluszowych Kłapouszkach, które dzieci tulą do snu”. I na jakieś dziesięć minut wychodzi z pokoju, a Murga jednym skokiem jest przy komputerze, z fikcyjnego adresu do Hellady posyła anonimowe maile i pieniędzy żąda.

– Ale ona mówiła o akademickim kodeksie etycznym… – wyraził wątpliwość Gąbka.

– Tam nic nie ma o feudalnej wdzięczności, a ona na niej własny system wartości opiera. Ale, ale… Przypomnij sobie nasz własny kodeks… To co będzie z naszą nową koleżanką Anielką? Nie zaczynaj z nią przypadkiem! Albo serio, albo wcale.

– Coś ty! – oburzył się Gąbka. – Ja tylko tak… platonicznie. To moja bliska koleżanka, nie słyszałeś o takich relacjach? Czyżby te Gbury-Knury normalny obraz świata ci wykrzywiły, powykreślały koleżeństwa i przyjaźnie, a zostawiły tylko kontakty typu „seks przeszły, seks w rozkwicie i seks planowany”. – Andrzej puścił wodze swej wymowności, patrząc na kolegę oskarżycielsko. – W obsesję wpadniesz… zobaczysz… jeszcze dopasujesz się do tego całego dziwnego towarzystwa.

– Ja mówię żartem, dla rozluźnienia, a ty znów wracasz do rzekomej wiedzy prasłowiańskiej – skrzywił się Jacek. – Od Uralu aż po Łabę, co? Kawał świata sobie te bóstwa podporządkowały, pierwsze słyszę!

– A ja bym tego nie odrzucał, może naprawdę coś odkryli, może archeolodzy wykopią… – powiedział z nadzieją Gąbka. – Skoro wykopali posąg Światowida, to czemu nie mogli wykopać posągu Gbura-Knura-Ździura z wywalonym jęzorem? Może film nakręcą, chętnie bym popatrzył, jak starzy Prasłowianie tańczą wokół posągu, przeciw Germanom knują – dodał tęsknie, oczy zaokrągliły mu się na samą myśl. Minę miał przy tym tak niemądrą, że Cichoszowi mimo woli skojarzył się p.o.kierową panią.

 

 

 

Dodaj komentarz

7.png4.png1.png6.png3.png3.png