07 08.2014 13:07

Przyznam się, że Hiszpanię znam głównie z Wysp Kanaryjskich, Francję z Korsyki, Grecję z Krety, a Uniwersytet Wrocławski z wysepki przy ul. Pocztowej 9. Być może nie są to reprezentatywne części wymienionych tu organizmów państwowych, ale za to znam je dokładnie: przeszłam, przejeździłam, spenetrowałam wzdłuż i wszerz. Z Wysp Kanaryjskich znam wszystkie większe wyspy, Korsykę przejeździłam z krańca na kraniec, Kretę z północy na południe i krawędź zachodnią, a w placówce na Pocztowej 9 piędź po piędzi zwiedziłam zwłaszcza wszystkie detale zachodniej strony, tym niemniej tamtejsza Ściana Wschodnia również jest mi dobrze znana. Do uroków tej „egzotycznej wyspy” nie mam większych złudzeń: wiem, że nie ma tam ciekawszych widoków niż grupa kilkunastu doktorantów, których promotorstwo rozdano osobom polecanym do oficjalnych (podkreślam: oficjalnych!) postępów naukowych (na zasadzie: co komu z „naszych ludzi” trzeba). Po drodze doktoranci też się przydają, a mianowicie namawia się ich do dodatkowych zajęć, ponad doktoranckie obowiązki, bo dyrekcja „im zapłaci”.

Doktorant, czyli jeszcze magister, sam jest studentem „trzeciego poziomu uniwersyteckiego nauczania”, czyli dydaktycznym praktykantem. Nic zresztą nie ujmuję doktorantom, znam rzeczywiście świetnych. Zastanawia jednak polityka systematycznego obniżania poziomu wykształcenia wykładających tam osób. W roku 2011 Instytut Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego lekką ręką i z lekkim sercem pozbył się czworga profesorów nadzwyczajnych, dwa kierunki (bohemistyka i serbistyka) zostały bez samodzielnych pracowników naukowych. Kadrę dydaktyczną podłatał nabraniem magistrów jeszcze przed doktoratem oraz przekonywaniem doktorantów, że „muszą wziąć” dodatkowe godziny (bo przecież „im zapłacą”), stosując przy tym nacisk (gołosłowny, ale psychologicznie to działa), że w przeciwnym razie winni zrezygnować ze studiów doktoranckich (konkretny przykład straszenia tym doktorantki przez p.o. kierownika Zakładu Bohemistyki podałam w swoim wystąpieniu na Radzie Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego w dniu 15 października 2013 – wystąpienie zawarto w protokole tej Rady; znam jednak i dalsze przykłady).

Wierutną bzdurą jest, że doktorantka mgr L.M. zastąpi profesora Franciszka Sielickiego, jak powiedziała (i napisała) w swoim wystąpieniu pani dyrektor Anna Paszkiewicz (patrz: wpis z dnia 14.11.2012 na tym blogu „Exposé demontera IFS wygłoszone” –  skopiowałam oryginał tekstu i dodałam własną parodię, wytykającą też podstawowe błędy w składni, ortografii i w logice wypowiedzi). Nie ma w nauce aż tak rodzinnych” tradycji – ranga naukowa automatycznie nie spływa na instytutową „wnuczkę”.

[Ech, chciałoby się podać też inne przykłady, ale trzymajmy się wątku].

 Bardzo niezdrowy jest praktykowany w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego „chów wsobny” narybku, ograniczanie się do „samych swoich” w naukowej „posłupności” (spolszczyłam słowo czeskie, bo jest bardziej sugestywne niż polska „kolejność”). Jeśli istnieje taka atmosfera, taki sposób myślenia i wartościowania – to „obcy”, tacy jak Lipowski i Tarajło-Lipowska (którzy zresztą żadnego „słupa” nie mogli się uczepić, bo bohemistykę tam sami zakładali), nie mają w IFS UWr. szans, choćby nie wiem jak pracowali, nie wiem co napisali, nie wiem czego się w nauce dorobili. Nawet niektórzy „swoi” w tak uprawianej nauce też „nie uchowają się”, jeśli mają zbyt wrażliwe sumienie (nawiązuję tu do pozostałych dwóch profesorów nadzwyczajnych, w kwiecie swego naukowego rozwoju, lekkomyślnie utraconych przez IFS UWr. w roku 2011).

Świadomość, że w nauce „chów wsobny” nie jest bynajmniej dobrym chowem, istnieje na przykład w Niemczech, gdzie wręcz nie wypada robić kolejnych stopni naukowych na tym samym uniwersytecie, by nie narazić się na zarzut, że to „po znajomości”. Niemożliwe jest więc zacieranie rączek, jak w IFS UWr., że pan//pani XY będzie kroczyć w górę na sam szczyt po drabinie „dobrych recenzentów” (których oczywiście się załatwi).

Zilustruję to wspomnieniem: w roku 1993 byłam na miesięcznym stypendium na Uniwersytecie w Monachium (czytałam tam czeską prasę z połowy XIX wieku, u nas niedostępną nawet w Krakowie). Doktoratu tam bronił bohemista, obecnie już profesor, Tilman Berger, który w związku z pomyślnym doktoratem przenosił się właśnie na Uniwersytet w Konstancji. Byłam zdziwiona, pytałam czemu – odpowiedział, że oczywiście mógłby tu zostać, ale on chce zrobić dalsze stopnie naukowe (!). Dla niego poszukiwanie następnej uczelni jako gniazda następnego sukcesu naukowego było zupełnie naturalne. Żeby było czysto i jasno, a nie błotniste bajorko.

Grzejące więc to uczucie (po czesku hřejivý pocit), że Lipowska i Lipowski wybrali się na dalszą naukową wędrówkę samodzielnie (Lipowską na profesora tytularnego wprawdzie podał Uniwersytet Wrocławski, ale kilka osób z rodzimego Uniwersytetu po paru miesiącach zabrało się do „odkręcania” tego kroku). Wędrówka zakończyła się pomyślnie.

* * * * *

Płacenie „kto komu, za co i z czyich pieniędzy” układa się niekiedy w bulwersujące ciągi: prof. nadzw. UWr. Libor Martinek po bezskutecznym poszukiwaniu doktorantów na innych uczelniach w Czechach (jego rodzimy Uniwersytet Śląski w Opawie mu ich nie zapewnia) zgodził się objąć etat w Instytucie Filologii Słowiańskiej na Uniwersytecie Wrocławskim – ten etat, z którego mnie wypędzono (patrz wpis: Siłą bezsilnych jest jawność III, z dnia 23 czerwca 2014) [Nie zdecydowało się na to jednak kilku innych pracowników naukowych „osobiście zapraszanych” przez panią Annę Zurę  jako wysłanniczkę dyrekcji IFS UWr.]

Zgodnie z czeskimi przepisami panu Martinkowi nie wolno mieć dwóch etatów, najwyżej półtora, ale zdecydował się na to naruszenie - zaryzykował, bo we Wrocławiu dostał doktorantów, na których nie miałby szans w Czechach. Ma teraz dwie pensje, zatem zaproponował opawskim kolegom, że im zapłaci za pomoc w prowadzeniu tych doktorantów. Nie sądzę, że na to poszli, bo doktoranci są zaniedbani (poza tym opawscy koledzy mają poczucie humoru), ale gdyby ktoś się zgodził, to pan Martinek, jak sam oświadczył, pieniądze na to ma. Traktowani w ten sposób doktoranci dotują IFS UWr., ponieważ prowadzą zajęcia w ramach praktyk, czyli za darmo. Jeśli dostają stypendia (które nieoficjalnie, na ucho uważa się za gratyfikację za tę czynność), to nawet nie będą się buntować. Co prawda moja doktorantka, w której obronie występowałam na Radzie Wydziału Filologicznego 15 października 2013 (ta, którą p.o. kierownik Zakładu Bohemistyki straszyła, że „albo weźmie dodatkowe godziny, albo ma ze studiów doktoranckich odejść”) nigdy ŻADNEGO stypendium nie dostawała, choć przez trzy lata zajęcia ze studentami prowadziła, ale trudno, skoro jest doktorantką niepopieranego, nieswojego, „niewsobnego” profesora, czyli mnie... Gdyby była doktorantką prof. nadzw. UWr. Martinka (aktualnie popieranego dla przetrwania, zanim pani Zurze cokolwiek się uda, mimo jej słabych stron, patrz też poniższy adres wpisu), zapewne ta doktorantka stypendium by dostała.

Czy nie jest tak, że w opisywanej wyżej sprawie pana Martinka (patrz wpis: Studentka bohemistyki pisze, z dnia 27 czerwca 2014) oszukiwane są budżety dwóch państw?

 

 

 

 

Dodaj komentarz

7.png4.png4.png8.png3.png4.png