Podstawowy polski przerywnik językowy kończy się na –a.

Wszyscy bohemiści–amatorzy (bo innych nie ma) wiedzą, że języczkiem u wagi w przypadku postawionego w tytule pytania są podstawowe narodowe przekleństwa i ich frekwencja w języku. "przeciętnego" Polaka czy Czecha. W czeskim mianowicie bardzo częsty jest wołacz adresatywny "vole", a w polskim przerywnik "k....", który ponoć wołaczem adresatywnym nie jest, bo końcówkę miewa raczej mianownikową (a poza tym podejrzewa się go o spełnianie jeszcze innych funkcji). Nie bądźmy fałszywie wstydliwi, bo każdy z nas, chcąc nie chcąc, słyszy to słowo wielokrotnie w ciągu dnia i każdy stara się nie kojarzyć go z własną osobą, nadzieje pokładając w tym, że końcówką jest –a, nie –o, więc zwrotem do słuchacza nie jest.

Przecinki są ponoć przestarzałe

Funkcje, jak już wspomniałam, drugi analizowany tu wyraz pełni u nas rozmaite, np. pewien młody Polak (może polonista, ale raczej amator) z całych sił bronił tego słowa przed moją krytyką, argumentując, że w języku polskim inkryminowane słowo przejęło na siebie funkcję, którą dawniej spełniał przecinek (czyżby obecnie nieaktualny?). Inny, znów literat (a przynajmniej polonista), upodobanie do tego wyrazu tłumaczył siłą wyrazu, jaką w jego mniemaniu tenże wyraz zapewnia jego prozie. "Inaczej pisać nie umiem" – twierdził, co mogłoby być dążeniem do usprawiedliwienia, ale tutaj piszący wyraźnie pysznił się swoją odwagą i bezkompromisowością.

Najprostsza droga Czecha do nauczenia się polskiego i vice versa,  czyli "ty mi buzi dasz, ja ci buzi dam" (patrz: motto do "Śmierci dziekana")

Aby Czech zrobił wrażenie znajomości języka polskiego, a Polak – czeskiego, wystarczy zamienić przekleństwo "vole" na "k...." i odwrotnie "k...." na "vole", a już ten polor znajomości języka sąsiadów się pojawia (!). Dodajemy do tego wyczucie, kiedy można zastosować takie "pożyteczne" słowo – i już można się pochwalić własnoręcznym (czy raczej własnojęzycznym) wyświechtaniem tego poloru. I tak pan docent "Muminek" (w Polsce znany jako "profesor") pozwala sobie na wtargnięcie do sali, gdzie siedzi polska studencka grupa i pani aktualnie w niej ucząca, bo coś mu się nie zgadza (numer sali? termin? obecność czy nieobecność studentów?), i przed całą publicznością rzuca głośno:

- Co jest, k....?!

Nawiasem mówiąc to słowo w Czechach brzmi tak samo, znaczy to samo i pisane jest mniej więcej tak samo, ale o wiele rzadziej bywa używane. Tam docent powiedziałby: "Vo co de, vole?" (Nie jest to oficjalny język czeski, ale praktycznie tak się mówi.)

Które słowo jest bardziej nieprzyzwoite i obraźliwe? Czeskie czy polskie?

Nieprzyzwoite są oba słowa, przynajmniej w swej genezie, bo "vůl", który niektórym nieświadomym osobom wyda się niewinny, też ma kłopotliwy rodowód, oznacza bowiem wykastrowanego byka. Zatem zwrot "vole" w stosunku do człowieka, można przyjąć za obrazę, dla niektórych też bardzo ciężką, bo forma wołacza nie pozostawia wątpliwości. Dzięki jednak błogiemu brakowi dociekliwości maluczkich słowo to bywa odbierane niewinnie. Kiedyś, dawno już temu, jacyś źli ludzie obrażali się wzajemnie, wytykając sobie okaleczenie, ciężką chorobę czy krzywdzące uszkodzenie ciała, ale teraz jesteśmy przecież humanistyczni i humanitarni. Z tego punktu widzenia zwrot "vole" można oddać polskimi zwrotami "stary", "głupku" itp., bo oba zwroty też pomawiają adresata o jakąś ujmę na zdrowiu. Najlepszym dowodem "unieszkodliwienia" wołacza "vole!" niech będzie fakt, że podobno coraz więcej czeskich dziewcząt tym słówkiem jako watą słowną posługuje się w towarzyskich i przyjacielskich rozmowach (żeby nie były gorsze od chłopaków?)   

Czyżby polski był zatem językiem bardziej wulgarnym, przynajmniej w wykonaniu jednego Czecha, uniwersyteckiego profesora "Muminka"?

Zdaję sobie sprawę, że takie postawienie sprawy nie jest odpowiedzią na pytanie w tytule felietonu. Pytanie więc pozostaje otwarte. Do zbadania tej sprawy musiałaby być powołana duża grupa (młodych?) badaczy, którzy policzyliby częstość użycia nieprzyzwoitych słów, podsłuchując rozmowy młodzieży i niektórych dorosłych w restauracjach, tramwajach czy autobusach, a nawet ich pokrzykiwania na ulicy. I to z obu stron granicy.

Nie znoszę wulgaryzmów i niech mi nikt nie mówi, że to "nowoczesne".

Mnie w tej sprawie najbardziej obchodzi i razi to, że Uniwersytet Wrocławski oświadczył, że "zastąpił mnie" właśnie tymże panem "Muminkiem". W piśmie sądowym (mogę je skopiować jako ilustrację tego felietonu lub przedstawić do wglądu osobom, urzędom czy organom) Uniwersytet Wrocławski niniejszym oświadcza, że nie podpisał ze mną umowy o pracę (mimo że faktycznie wciąż na nim pracowałam), uzasadniając to tym, że na moim stanowisku zatrudnił właśnie dr hab. "Muminka", który aktualnie jest przez ten Uniwersytet w pełni obciążony dydaktyką (a nawet przeciążony, dodam), bo wyrabia na nim około 400 godzin rocznie (czyli faktycznie ma dwa etaty).

Wstydzę się za ten fakt, bo dynastyczna sugestia Uniwersytetu Wrocławskiego moją osobę wplątuje w takie poniżające i karygodne zachowania.

Zofia Tarajło-Lipowska      

 

 

Dodaj komentarz

7.png4.png4.png8.png6.png9.png