W kościele, podobnie jak poza nim, estymą obdarzano ludzi wykształconych. Zresztą i słusznie, bez nich nie byłoby teologii, która jest przecież przez kościół traktowana jako nauka (rozumowa refleksją nad objawieniem). Chociaż poza kościołem istnieją od dziesiątek lat spory i dyskusje czy teologia jest nauką, to niewątpliwie bez ludzi wykształconych kościół nie zbudowałby tak silnej instytucji i nie byłby w stanie jej utrzymać przez tak długi okres czasu. Kościół posługuje się również tytułem "Doktora Kościoła" nadawanym ludziom, którzy wnieśli znaczący wkład w rozwój myśli chrześcijańskiej.

Według nowego prawa kanonicznego (z roku 1983) na stanowiska w kościele zwykło powoływać się osoby, które - prócz innych przymiotów jak niezłomna wiara, pobożność, roztropność itd. - mają również odpowiednie wykształcenie. Rozumie się przez to, że kandydat na biskupa musi legitymować się dyplomem doktora lub przynajmniej licencjata (co w kościelnej nomenklaturze jest stopniem naukowym pomiędzy magistrem a doktorem, czyli nieco inaczej niż na świeckich uczelniach). Nie przypadkowo często biskupami zostają rektorzy seminariów duchownych. Jednak ten wymóg zaczęto rozciągać z czasem na inne stanowiska kościelne (kanclerze kurii, dziekani kapituł katedralnych i kolegiackich, prowincjałowie w zakonach, opaci itp.) zupełnie niezwiązane z nauczaniem czy biskupstwem, nawet tam gdzie wysokie wykształcenie nie jest zupełnie konieczne.

Zatem chętnych, by posiadać stopień doktora zaczęło przybywać lawinowo. Każdy, kto marzył o karierze w kościele robił wszystko, aby doktoryzować się. Zapotrzebowanie było duże, a uczelnie katolickie nie nadążały z "produkcją" doktorów. Musiało to oczywiście odbić się negatywnie na poziomie nauczania na studiach na katolickich uniwersytetach do tego stopnia, że niektórym z nich groziła utrata miana papieskich uczelni. Taka sytuacja była na przykład z papieskim uniwersytetem Ateneum Antonianum w Rzymie w latach 80-tych. W porę ocknęli się w kurii rzymskiej (Watykan) i rozpoczęły się reformy papieskich uniwersytetów. Wówczas do swoich krajów wróciła z Rzymu spora grupa wykładowców, którzy pracowali tam nie wykładając, ale czytając przez ostatnie dwadzieścia lat pożółkłe skrypty, mimo że postęp w nauce szedł do przodu wielkimi krokami. Również do Polski na fali czystek wróciła pewna grupa wykładowców, m. in. o. dr Grzegorz B. (franciszkanin, filozof). Oni znajdowali na papieskich uczelniach oazę świętego spokoju, gdzie od nich nikt niczego nie wymagał. Reformy polegające na usunięciu rozleniwionych wykładowców nie uzdrowiły do końca sytuacji. Na studia do rzymskich uniwersytetów nie było egzaminów wstępnych. Uniwersytet przyjmował wszystkich kierowanych na studia przez diecezje czy zakony. Ważne, aby za naukę studentów płacili ich przełożeni. W takiej sytuacji studia rozpoczynali ludzie po szkołach z rozmaitych krajów, gdzie poziom nauczania był czasem bardzo zróżnicowany. Krytykowani wykładowcy bronili się mówiąc, że praca z tak różnie przygotowanymi do studiów studentami uniemożliwia im zapewnienie wysokiego poziomu nauczania. Co oczywiście można zrozumieć i rzeczywiście sytuacja na studiach w rzymskich, katolickich uniwersytetach po reformach nie poprawiła się znacząco, tak na poziomie studiów magisterskich, jak i licencjackich i doktoranckich.

Z doktoratami w kościele dochodzi do absurdalnych wręcz sytuacji, to tak jakby od każdego posła wymagać, aby był doktorem prawa, od dyrektora fabryki, aby miał doktorat z zarządzania lub ekonomii, od ministra sportu, aby miał doktorat np. z historii igrzysk olimpijskich... Robi się zabawnie, prawda? Tylko z jakiej dziedziny miałaby mieć doktorat minister rozwoju, albo ministrowie bez teki, członkowie rady ministrów?

Studia doktoranckie zaczęły być również narzędziem w różnych rozgrywkach personalnych w kościele. Z różnych powodów, nigdy z powodów merytorycznych, odwoływano setki studentów ze studiów w Rzymie. Jak wiadomo posłuszeństwo w kościele to rzecz święta. Student nawet gdyby chciał na własną rękę dokończyć studia (mając na to środki pieniężne) nie mógł tego zrobić, ponieważ niepodporządkowanie się woli przełożonych skutkowało nałożeniem kar przewidzianych prawem kanonicznym, a osoby stojące w konflikcie z prawem kościelnym traciły legitymację moralną do studiowania w katolickiej uczelni. W ten sposób niszczono kariery wielu osobom w kościele. Te odwołania były tym bardziej bolesne, że działy się przeważnie na krótko przed obroną, co miało za zadanie sprawić większy ból, pokazać i utwierdzić innych w przekonaniu, że wobec przełożonych muszą wykazywać absolutne posłuszeństwo i godzić się na uprzedmiotowienie.  

Pogoń za doktoratami w kościele sprzyjała ogromnym nadużyciom. Bowiem na studia do Rzymu i innych miejsc wysyłano nie najzdolniejszych, ale spolegliwych, co do których istniała pewność, że są "swoimi ludźmi" i w przyszłości będą gwarantem utrzymania obecnego status quo w kościele. Rzadko kiedy szli oni dalej, na ogół nie robili habilitacji. Dlaczego?, o tym będzie dalej. Doktoraty w kościele nie były zatem etapem na ścieżce rozwoju naukowego, a przepustką do stanowisk.

O finansach w kościele napisano tomy, ale warto wiedzieć, że studenci studiów teologicznych w Rzymie nigdy nie dostawali na tyle wysokich kieszonkowych (pojęcie stypendium w kościele nie istnieje), że zamiast studiować dorabiali. Pytanie jak? Oczywiście głównie pomagając włoskim proboszczom w posłudze duszpasterskiej (kazania, spowiedzi itp.). Niektórzy dorabiali sprzątając. Nie mogli być bez pieniędzy, bo jak wyjaśnić rodzinie w Polsce, że będąc zagranicą niczego nie dorobili się, a przyjeżdżając na wakacje do kraju nie przywieźli prezentów dla bliskich. Poza tym, ksiądz to też człowiek i jak tu nie pójść do baru na piwo czy kieliszek wina i pizzę? Włoscy księżą i zakonnicy tak robili od dawna i tam było to dopuszczalne, nikogo to nie dziwiło. Zapraszali również polskich księży, tych jednak nie było stać na to. Niestety we Włoszech nie było zwyczaju stawiania innym, każdy sam płacił za wszystko co zamówił. Istnieje też w Rzymie mało znany zwyczaj, że wielu księży, w tym również studentów, pomaga finansowo zakonnicom, głównie z krajów trzeciego świata, które wysyłane są na studia zupełnie bez jakiejkolwiek pomocy finansowej ze strony swoich zakonów. One nie mają możliwości dorobienia, nie odprawiają mszy i nie spowiadają. Często w zamian za jakieś drobne pieniądze zakonnice-studentki prały księżom-studentom bieliznę czy sprzątały. Ale nierzadko zmuszane były z głodu do innych usług. Wiele takich układów finansowych ksiądz - zakonnica kończyło się ciążami. Zakonnicę z dzieckiem wyrzucano z zakonu, a ksiądz pozostawał i nadal studiował jakby nigdy nic się nie stało. O ile wiem, na szczęście żaden z polskich księży studiujących w Rzymie nie był uwikłany w tego typu skandal. To bardziej dotyczyło księży z Afryki, Azji i Ameryki Południowej. Proceder ten dokładnie pokazuje dwuczęściowy film dokumentalny pt. Religieuses abusées, l'autre scandale de l'église z roku 2018 (reż. Marie-Pierre Raimbault i Eric Quintin).

Oczywiście tych doktorów ich diecezje i zakony wykorzystywały do nauczania w seminariach duchownych, co miało i ma do dzisiaj opłakane skutki. Sami będąc niedouczeni, wypuszczali z seminariów niedouczonych księży. I nie jest to tylko moja opinia. Ostatnio do krytyki kościoła związanej z aferami pedofilskimi, finansowymi itp. dołącza się również krytyka poziomu wykształcenia księży. Wielu duchownych mówi głośno, że księżom brakuje dobrego wykształcenia (1).

W roku 2019 miała miejsce premiera filmu pt. The Two Popes (reż. F. Meirelles). Fabuła filmu rozgrywa się na przełomie lat 2012 i 2013. Na początku filmu podczas spotkania papieża Benedykta XVI z kard. J. Bergoglio (przyszły papież Franciszek) w ogrodach  Castel Gandolfo (letnia rezydencja papieża) przez chwilę obaj rozmawiają o łacinie. Papież mówi, że kiedy ma do powiedzenia kardynałom coś trudnego i ważnego, robi to właśnie po łacinie, ponieważ tylko ok. 20 procent z nich denerwuje się, reszta nie rozumie co on do nich mówi. To o czymś świadczy. Po obejrzeniu tego filmu przypomniały mi się dwie sytuacje, które oddają nie tylko poziom znajomości łaciny, która bądź co bądź nadal jest językiem urzędowym kościoła, ale mówią również o poziomie wykształcenia księży na wszelkich stanowiskach.

Rzecz miała miejsce na statku, który kursował po Wiśle między Warszawą a Płockiem, a nawet dalej do Włocławka. Na pokładzie m. in. znalazła się grupa studentów filologii klasycznej i pewien, starszy wiekiem ksiądz. Skoro starszy, to zapewne znał doskonale łacinę, tak przynajmniej myśleli studenci, bowiem niegdyś do łaciny w kościele przywiązywano większą wagę niż obecnie. Kiedy tylko rzucono cumy, studenci podeszli do księdza i przedstawili się jako studenci teologii z Finlandii. To drobne kłamstewko miało zmusić księdza do rozmawiania z nimi tylko po łacinie. Gdyby powiedzieli mu, że są Polakami lub że pochodzą z Niemiec czy Francji mogłoby się okazać, że ów ksiądz zna świetnie niemiecki czy francuski i nie chciałby z nimi rozmawiać po łacinie tylko przeszedłby na któryś z języków współczesnych. W tamtym czasie któż znał w Polsce fiński, to był i zresztą jest nadał mało rozpowszechniony język poza Finlandią. Dla studentów była to świetna okazja, aby spróbować praktycznie porozmawiać w tym antycznym języku.  

Na początku przedstawili się kolejno przypisując sobie fińskie imiona w stylu Jane, Seppo, Matti itd., opowiadali o Finlandii, w której nigdy nie byli. Ksiądz jedynie przytakiwał kiwając głową, w żadną dyskusję jednak nie wdawał się. Po krótkim czasie od rozpoczęcia rejsu znaleźli się na wysokości Żerania. Zza drzew widać było hale fabryki samochodów. Studenci udając, że nic o Warszawie nie wiedzą, pytają go po łacinie - Quid hoc est? (Co to jest?) Ksiądz odpowiada - Hinc fabrica est (Tutaj jest fabryka). Pytają dalej - Quid faciunt hinc? (Co tutaj produkują?, dosł. co tutaj robią?) I w tym miejscu księdza zatkało, ponieważ nie wiedział, jak po łacinie jest samochód. Łacina to starożytny język, kiedy była żywym językiem nie było samochodów. Jednak dzisiaj w łacinie nowe słowa związane z techniką są tworzone chociażby przez Latinitatis Vivae Provehendae Associatio czy redakcje czasopism łacińskich, jak Vox Urbi. Ale ksiądz zapewne o tym nie miał zielonego pojęcia, mimo że przedstawił się jako profesor. Aby wybrnąć z niezręcznej sytuacji zdjął z głowy kapelusz, ujął go w dłonie tak jakby trzymał kierownicę samochodu i imitując warkot silnika kręcił tym kapeluszem w prawo i lewo naśladując jazdę autem. To oczywiście wywołało wręcz histeryczny śmiech u studentów, niektórzy padli na pokład trzymając się za brzuch. Ksiądz gdyby był odrobinę bardziej inteligentny mógłby łatwo wybrnąć z tej sytuacji stosując jakąś formę opisową w rodzaju "maszyna, która sama porusza się po drogach" lub coś w tym rodzaju, skoro nie wiedział, że w nowożytnej łacinie od co najmniej roku 1900 jest używany wyraz automobilis na oznaczenie samochodu. Ksiądz uznał śmiech za obrazę, odwrócił się na pięcie i odszedł. Studenci jednak nie odstępowali księdza na krok ciągle podchodząc do niego i zadając mu rozmaite pytania, ten jednak obrażony nie odzywał się i jak mógł unikał towarzystwa studentów. Statek miał dwa pokłady, dolny i górny. Przez cały rejs odbywała się gonitwa studentów za księdzem między pokładami. Sceny prawie jak z filmu "Rejs" (1970, reż. M. Piwowarski). Ksiądz miał na tyle dosyć studentów, że gdyby umiał pływać pewnie rzuciłby się w toń Wisły, aby uwolnić się od natrętów. Szarpnął się nawet na gest i zaproponował pieniądze, aby odczepili się od niego. O pieniądze im wcale nie chodziło, chcieli po prostu porozmawiać po łacinie, jednak nie pogardzili zaproponowanym przez księdza obiadem na statku. U każdego ze studentów mit księdza jako dobrze wykształconego człowieka upadł bezpowrotnie.

Inna grupa studentów z jednego z miast w środkowej Polsce poszła na wycieczkę do parku, w którym znajdował się kościół, klasztor, seminarium duchowne oraz kalwaria (droga krzyżowa). Zadzwonili do drzwi z nadzieją, że ktoś ich oprowadzi po obiekcie. Byli również ciekawi kontaktów ze swoimi rówieśnikami z katolickiej uczelni. Drzwi otworzył ojciec Albert. Był wykładowcą psychologii w tutejszym seminarium. Studenci zaczęli od razu rozmawiać z nim po łacinie. Zakonnik stał jak wryty i podobnie jak ksiądz ze statku przytakiwał tylko kiwając głową. Wreszcie kiedy na żadne pytanie nie padała odpowiedź, studenci zorientowali się, że zakonnik zupełnie nie rozumie co oni mówią do niego i jeden z nich zapytał go - Tu stultus es? (Głupi jesteś?), na co o. Albert odpowiedział po łacinie - Ita (Tak). Wywołało to również falę śmiechu. Student nie zachował się elegancko, chciał jednak upewnić się, że ma do czynienia z człowiekiem, który mając takie braki w wykształceniu jest wykładowcą na uczelni, seminarium bądź co bądź to w kościele szkoła wyższa. Po takim człowieku studenci spodziewali się znacznie więcej.

Te sytuacje pokazują, że ze znajomością języka kościoła wśród duchownych nigdy nie było dobrze, ani kiedyś, ani teraz, dzisiaj  nawet tym bardziej. Oczywiście łacina może to nie jest najważniejsza sprawa w kościele, niemniej pokazuje, że poziom wykształcenia w tej instytucji jest daleki od wyobrażenia jakie ludzie mają o wiedzy duchownych katolickich. Jeśli duchowni nie chcą uczyć się łaciny, to niech kościół zmieni jej status, zrezygnuje z niej jako z języka urzędowego. Nie ma sensu utrzymywać dalej tę fikcję.  

W polskim społeczeństwie istniał zawsze mit seminariów duchownych jako uczelni o bardzo wysokim poziomie nauczania, ludzie powtarzali, że skoro nauka tam trwa 6 lat, to są oni znacznie bardziej wykształceni niż nawet lekarze, co było i jest bardzo dalekie od prawdy.  

Na południu Polski w mieście K. istniało przez dziesięciolecia inne seminarium duchowne. Teologię fundamentalną i dogmatyczną wykładał tam ojciec dr Ambroży. Był niewielkiej postury, szczupły i niski. Jednak kiedy szedł korytarzem alumni seminarium uciekali na jego widok. Każdy bał się zostać zapamiętanym przez niego. Jak to często w życiu bywa, tacy mali i niepozorni potrafili siać postrach, historia zna wielu takich. W latach 80-tych był już człowiekiem niemłodym, jednak ciągle aktywnym życiowo.

Mimo, iż był zakonnikiem, który ślubował ubóstwo, miał również swoje pasje i to całkiem kosztowne. Lubił bowiem szybkie samochody mimo, iż nie opanował do końca kierowanie nimi, co sprawiało iż do niemałych kosztów samochodów dochodziły spore koszty ciągłych ich napraw, szczególnie po stłuczkach. Nie nosił nigdy poza klasztorem swoich szat zakonnych (habitu), nosił się po cywilnemu. Nie ukrywał również, że lubi zabierać autostopowiczki. Kiedyś wszedł do sali wykładowej rozpromieniony i radosny, zamiast przeżegnać się i zmówić modlitwę przed wykładem zaczął opowiadać jak to zabrał do swego auta pewną wydekoltowaną, w mini i w szpilkach studentkę. Kiedy wsiadła zapytał dlaczego autostopem jedzie na uczelnię? Ta odpowiedziała, że zaspała i spóźniła się na autobus. On pyta co studiuje? A ona odrzekła, że filologię francuską. Wówczas Ambroży ręce zatarł, ponieważ przed wojna doktoryzował się na znanym katolickim uniwersytecie w Louven (Belgia). No skoro spotkał studentkę filologii francuskiej to zaczął do niej mówić po francusku. Dziewczyna poprosiła o zatrzymanie się przy najbliższym przystanku autobusowym. Po tym zdarzeniu tryumfował, ponieważ ciągle pamiętał pewne zdarzenie, które gryzło go przez całe życie. Otóż kiedy sam był klerykiem i szedł z grupą swoich kolegów z seminarium na spacer spotkał mężczyznę z dzieckiem. Dziecko zapytało - Tatusiu, kim oni są? Ojciec nie odpowiedział dziecku na pytanie, tylko ostrzegł je - Pamiętaj, jeśli nie będziesz uczył się, to też, tak jak oni, będziesz chodził przepasany sznurkiem. Ambroży nie był tak niedouczony jak opisani wyżej jego koledzy po fachu. Znał łacinę, biegle mówił po francusku i niemiecku. Jednak z innych powodów nie powinien być nigdy wykładowcą w seminarium.

No cóż, każdy ma jakieś swoje słabości, jeden lubi szybkie samochody, drugi młode dziewczyny w mini spódniczkach, inny jedno i drugie, ale nie o tym chciałbym pisać. Wróćmy do o. Ambrożego jako doktora i wykładowcy. Wykłady wyglądały zawsze tak samo. Wchodził do sali wykładowej. Przed rozpoczęciem zajęć zawsze pomodlił się, siadał, wyciągał z teczki jakieś szpargały i ..., chyba czytał. Ale nikt tego nie potrafił z całą pewnością potwierdzić, ponieważ wydawało się, że oczy miał w czasie wykładu zupełnie zamknięte. To oczywiście był blef, ponieważ dokładnie wszystkich obserwował i notował tych, którzy nie uważają w czasie zajęć. Mówił bardzo powoli, po każdym zdaniu robił długą przerwę, jakby namyślał się co powiedzieć dalej. Natomiast przed zdaniem wydobywał z siebie krótki jęk, jakby wypowiedzenie go wiązało się z jakimś nadludzkim wysiłkiem. Proszę sobie wyobrazić słuchanie tych jęków dłużej niż kwadrans. Mimo iż o. Ambroży mieszkał w mieście G., w odległości kilkudziesięciu kilometrów od seminarium i uwielbiał szybką jazdę samochodem, na zajęcia przyjeżdżał raz w tygodniu i prowadził wykłady cały dzień. Studenci musieli więc go słuchać przez kilka godzin pod rząd. Niektórym jednocześnie puchły uszy i głowa. Nie każdy wykładowca musi być jednocześnie wspaniałym oratorem, jednak jakieś minimum umiejętności w przekazywaniu wiedzy musi mieć, inaczej dyskwalifikuje go jako nauczyciela. Każdy z jego studentów przyznawał, że nie potrafi doszukać się spójności wypowiadanych przezeń zdań. Mało tego, zdania wypowiadane przez Ambrożego niestety nie były poprawne gramatycznie, mówił tak, jakby obcokrajowiec po krótkim kursie języka polskiego został dopuszczony do wykładania po polsku. Często wypowiedziane zdania powtarzał wielokrotnie, bo sam wyczuwał, że nie miały one po polsku sensu. Jakim cudem przed wojną Ambroży w zakonie był nauczycielem języka polskiego? To pozostaje "wielką tajemnicą wiary". Niewątpliwie taki nauczyciel przed wojną był konieczny, ponieważ nie zawsze kandydaci do zakonu znali polski. Ambroży bywał w klasztorach na Śląsku, czyli na polsko - niemieckim pograniczu językowym. Do zakonu wstępowali zarówno mówiący po polsku jak i po niemiecku, bywali również kandydaci z Czech. Każde zdanie wypowiadane przez o. Ambrożego stanowiło zupełnie osobną myśl, nie wiązało się logicznie z poprzednimi i następnymi zdaniami. Siedzenie na jego wykładach to była strata czasu, co przyznają byli studenci. Nikt niczego nie rozumiał. Chcąc jednak coś wiedzieć, seminarzyści czytali książki z wykładanych przedmiotów,  próbowali studiować sami. To również nie przynosiło efektów w postaci zdanych egzaminów.

Na Ambrożego sypały się skargi, zawsze anonimowe, ponieważ w kościele krytykowanie wykładowców było nie do przyjęcia. Szybko pozbyto by się takiego krnąbrnego alumna. Egzaminy u o. Ambrożego to temat na osobny rozdział, jednak w skrócie wyglądało to mniej więcej tak. Ich celem było "uwalenie" jak największej liczby studentów, a nie sprawdzenie na ile opanowali wykładany materiał. Obserwując jego radość w czasie egzaminów wszyscy zgodnie odnosili wrażenie, że "oblewanie" seminarzystów sprawiało mu największą radość w życiu, zaraz po jeździe samochodem. Polegało to na tym, że do sali zapraszał kilku seminarzystów naraz, zadawał im kolejno pytania i oczekiwał odpowiedzi dokładnie tymi słowami jak to było powiedziane w czasie wykładów. Nie dopuszczał odpowiedzi własnymi słowami, zgodnie ze słowami "ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie", jak to jest napisane w Ewangelii wg św. Mateusza, rozdz. 5, werset 18. U Ambrożego w czasie wykładów nie było miejsca na pytania, dyskusję, na jakąkolwiek analizę. Według niego studiowanie równało się z bezmyślnym "zakuwaniem" na pamięć i ślepym powtarzaniem. Takich Ambrożych w polskich seminariach były i nadal są setki. A ich absolwenci, to nie tylko ludzie mało rozumiejący otaczający ich świat, ale również z poważnymi brakami wiedzy teologicznej. Łatwiej jest im później z ambony mówić o polityce, a nie o Bogu, o którym sami niczego nie wiedzą.

Często pytałem duchownych z doktoratami dlaczego nie habilitowali się? Najczęściej odpowiadali pytaniem  - a do czego mi to potrzebne? Jeden pamiętam skwitował to krótko - Habilitacja to niemiecki wynalazek. Miał chyba na myśli pruski, ponieważ w Prusach już na przełomie XVII i XVIII wieku istniał ten stopień naukowy, ale nie ważne. Inni powoływali się na tradycję kościoła, w którym najwyższym stopniem naukowym był doktorat. Nieoficjalnie księża przyrównują kościelny doktorat ze świecką habilitacją, natomiast kościelny licencjat ze świeckim doktoratem. Widać z tego wyraźnie, że w kościele nie ma jakiegoś pędu do rozwoju w dziedzinie nauki, prawdziwych naukowców jest garstka. I to muszą oni uważać na każde słowo, aby nie zostać posądzonym o herezję i nie popaść w niełaski hierarchii. Przypomnę problemy jakie miał ks. prof. J. Tischner czy abp prof. J. Życiński. Ta swoista "manufaktura doktorów" jaką jest kościół to zaprzeczenie nauki, ponieważ doktoraty istnieją tam dla osiągania celów nienaukowych. Jednak wśród duchownych jest również pewna grupa, która na doktoratach nie chciała pozostać, jednak z różnych przyczyn decydowali się na robienie habilitacji zagranicą, tam gdzie stopnie doktora habilitowanego istnieją.

Nie wszyscy pewnie słyszeli o wręcz masowych habilitacjach z teologii na Słowacji. Ponad 40-stu doktorów teologii z Polski zrobiło habilitacje właśnie w tym kraju, na katolickim uniwersytecie w Rużomberku (2). Tajemnicą poliszynela jest, że habilitacje robiło się tam szybko, oczywiście kosztowało to niemało. Przyczyny patologii jaka towarzyszyła habilitowaniu się na Słowacji mogą być dwie. Jedna to trudności i rzucanie kłód pod nogi chętnym dalej rozwijać się naukowo w Polsce, a druga to łatwość w robieniu habilitacji w tym kraju. W roku 2016 polski rząd wypowiedział jednak umowę ze Słowacją o wzajemnym uznawaniu stopni i tytułów naukowych. Habilitacje zrobione po tym czasie będą musiały być nostryfikowane w Polsce. Problem jednak pozostał, chętnych na habilitacje na Słowacji nadal nie brakuje. To oznacza, że nie zniknęły w Polsce utrudnienia w habilitowaniu się na wydziałach teologicznych.  

Księży katolickich również nie ominęły skandale związane z plagiatami (3).  

Nie lepiej jest w innych kościołach chrześcijańskich w Polsce. Zawsze powtarzałem, jaki naród, jakie państwo taki też kościół. W kościele jak w lustrze odbijają się wszelkie patologie kraju, w którym on działa.

--------------------
SKRÓTY

G. - Gliwice
K. - tutaj chodzi o Kłodzko, w którym w latach 1954 - 1997 istniało Wyższe Seminarium Duchowne Ojców Franciszkanów Prowincji św. Jadwigi)

PRZYPISY

(1)
https://wiadomosci.onet.pl/kraj/tymoteusz-szydlo-rezygnuje-z-kaplanstwa-opinia-bylego-ksiedza/lvj5q9n
https://www.facebook.com/onetrano/posts/2420882588150431
https://www.se.pl/wiadomosci/polska/ks-oko-6-tys-skazanych-za-pedofilie-w-tym-27-ksiezy-mniej-niz-pol-promila-aa-Wiq3-PFvJ-4rTm.html

(2)
https://prenumeruj.forumakademickie.pl/fa/2018/10/slowacja-habilitacja/
https://krakow.wyborcza.pl/krakow/1,44425,19031574,szybsza-sciezka-naukowej-kariery-w-polsce-wiedzie-przez-slowacje.html
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1753478,1,prof-dr-hab-boguslaw-sliwerski-o-wypaczeniach-w-szkolnictwie-wyzszym.read
https://www.wprost.pl/516321/naukowe-szalbierstwo.html

(3)
https://wyborcza.pl/1,75398,14770600,KUL_wyrzucil_z_pracy_ks__prof__Tymosza_za_plagiat_.html
https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/ksiadz-stanislaw-gulak-oskarzany-o-plagiat-to-rektor-panstwowej-uczelni-w-nowym-targu/28dje57

 

 

Dodaj komentarz

5.png9.png9.png5.png2.png9.png