Kongres Czechoznawstwa Warszawsko-Krakowskiego odbędzie się zaniedługo (celowo piszę „z czeska”), Gdzie?... Otóż we Wrocławiu. Czemu we Wrocławiu? Żeby się nazywało, że Wrocław też coś znaczy, choć naprawdę nie znaczy nic. Chyba że tylko w historii i w naukach historycznych, ale organizacyjnie to nie moja działka, choć pokrewna.

Uniwersytet Wrocławski bowiem pozbył się dwojga bohemistów z tytułami profesorskimi (dr hab. tytułem nie jest), pozostawił sobie samą „drobnicę”, a na ich miejsce przyjął docenta od „czeskiej literatury” (czyli Władysława Sikory i Odry Łysohorskiego), oraz drugiego docenta, któremu właśnie ktoś podstępem przyprawił gębę „zarzyganego profesora”, żeby była podstawa do odmówienia mu kontynuacji zatrudnienia.

Bohemistykę wrocławską wykończono zupełnie i na amen. Używam tu formy bezosobowej, ale sprawcy są znani. Jest tu kilku wrocławskich rusycystów, i to nie wybitnych (a profesor tylko jeden) - naukowo są bardzo słabi, za to fuchy funkcyjne im się trafiają. Oraz jest rektor, który przed laty przejmując tron, przyrzekł, że we wszystkim będzie słuchać dziekanów. Z tego powodu zresztą był ponownie wybrany. Do wykończenia przyczynili się też ochoczo niektórzy specjaliści warszawscy i krakowscy.

Powody mieli oczywiście różne. Ze strony wrocławskiej pewien Krogulec od zawsze lansował pogląd, że bohemistyka jest nauką podrzędną wobec rusycystyki (a tymczasem swoich rusycystycznych zajęć ze studentami nigdy nie prowadził, bo od dwudziestu przeszło lat pełnił różne funkcje). Demonter  Papasza ledwie na habilitację starczyła (a gdyby sprawdzić jej znajomość gramatyki i ortografii – dopiero byłaby kompromitacja!), Dzięcioł habilitację ma zagraniczną (Krogulec przed koleżeńską komisją zatwierdzającą oświadczył, że z polskiego punktu widzenia to nie jest habilitacja – ale podpisać trzeba), a Kurza Twarz poza jedyny artykuł (do otwarcia przewodu doktorskiego) nigdy w życiu nie wyszła.

Oboje bohemiści - profesorowie belwederscy w swej pełnej wiary i entuzjazmu  naiwności uwierzyli, że praca naukowa jest podstawowym miernikiem wartości pracownika dla Uniwersytetu Wrocławskiego, ale na swojej łatwowierności bardzo się przejechali. Nie należy wierzyć w to, co jest mówione na różnych zebraniach, a nawet zapisywane w protokołach. Ważniejsze są podszeptuchy, obiadki i prywatno-służbowe telefoniki. Można mieć w dorobku jedną książkę i zdobyć wszelkie stopnie oraz tytuł (autentyczne!)

Dlaczego podparli ich w tym niektórzy bohemiści warszawscy i krakowscy? Tutaj podstawową rolę grała zazdrość. bo Wrocław w tej dyscyplinie wyskoczył do przodu, ze swoją, tylko dwudziestoletnią, tradycją bohemistyki uniwersyteckiej… a co tymczasem Warszaaawaaa, Kraaaków? One już przecież stuleciami w tejże dziedzinie obrosły, tak?

Jak wyszła moja „Historia literatury czeskiej. Zarys”, miała być promocja książki w Czeskim Centrum w Warszawie ( podobnie jak kiedyś była promocja książki Moniki Zgustowej o Hrabalu, na którą mnie zaproszono). Dostałam jednak  półoficjalną wiadomość, że przeciw promocji „Historii literatury czeskiej” zaprotestowała paniusia decyzyjna z Uniwersytetu Warszawskiego, bo oni mają „swoje książki do promowania”. Jeśli oni coś napiszą – zrobią sobie u siebie, czyli w Warszawie, promocję.

(Jeśli w Warszawie są „u siebie” i w Krakowie są „u siebie”, to po co jadą do Wrocławia? Daleko i niewygodnie, lepiej od razu do Pragi. Istniał swego czasu projekt, żeby czescy pisarze goszczący w Warszawie, po drodze wstępowali do Wrocławia, ale padł. Pisarze lecieli samolotem albo wsiadali w pociąg i budzili się od razu w Pradze. W każdym razie projekt pozostał niezrealizowany.)  

Tymczasem wrocławscy rusycyści w ekspresowym tempie zatrudnili pana Martinka (przywleczonego do Wrocławia przez Bzdurną – ciekawe komu aktualnie ta osóbka wbija nóż w plecy?), który na Uniwersytet Wrocławski dojeżdża co dwa tygodnie i nie wtrąca się rusycystom do rządzenia. W ramach wkupienia się w „towarzystwo”, dzięki któremu ma comiesięczną pensyjkę, nakazali mu „potępienie” mojej książki. Pan Martinek posłusznie i gorliwie w pięciu komentarzach na tymże blogu zarzucił mi przetłumaczenie w niej kilkunastu stron (komentarze są usunięte, ale zabezpieczone na wszelki wypadek). Z czego przetłumaczyłam? Podobno z ołomunieckiej „Panoramy czeskiej literatury”, hi, hi hi! Chyba we śnie tego rzekomego znawcy!.

Widzę tutaj wyraźną podpowiedź od rusycystów dla Martinka. Zdradziła mi bowiem pewna koleżanka-była rusycystka, że poprzednie historie obcych literatur, powstałe w Instytucie Filologii Rosyjskiej (teraz Słowiańskiej) w gruncie rzeczy były tłumaczone z rosyjskiego. Stąd rusycystom w głowach nie chciało się pomieścić, że napisałam książkę samodzielnie. Stąd też odmowna reakcja rusycysty- dziekana Sarnowskiego na zgłoszenie przeze mnie plagiatu pracy magisterskiej polegające na przetłumaczeniu czeskiej pracy magisterskiej (patrz wpis tutaj: Zło wszystkich zeł). Tenże pan – jako wychowany w Instytucie Filologii Rosyjskiej – po prostu przywykł do takiej praktyki i w głębi sumienia nie widział w tym nic złego.

A więc „radujmy się”, że warszawsko-krakowska kolej zmierza ku Wrocławiowi, a wspiera ją wrocławska Solidarność Polsko-Czesko-Słowacka (patrz też wpis: Czeska i słowacka książka we Wrocławiu), której działacze przywłaszczyli sobie czeskie i słowackie książki, wydawana na emigracji w latach 1970-1900, i przesyłane ówczesnej Solidarności Polsko-Czechosłowackiej. Byłam tego naocznym świadkiem, z tych książek miałam zamiar zbudować zręby księgozbioru wrocławskiej bohemistyki.

Czy o tym też będzie mowa na Kongresie?

 

 

7.png4.png4.png8.png7.png4.png