Jak wiadomo, metody złamania sobie kręgosłupa - w podstawowym sensie tego słowa - są różne. Najprostszy sposób to skok „na główkę” w lustro wody jakiegoś wodnego zbiornika, przy niewłaściwej technice skoku można się narazić na uszkodzenie kręgosłupa. Ale są inne sposoby, np. uczestnictwo w poważnym wypadku samochodowym czy ryzykowna jazda na nartach. Są to oczywiście sytuacje krańcowe, ale niestety się zdarzają, utrudniając życie człowiekowi aż do śmierci.

Kręgosłup moralny można sobie natomiast przetrącić bezwiednie i bezrefleksyjnie – z naruszonym kręgosłupem moralnym delikwent zasiada na tronie, fotelu, krześle lub „stołku”... i jedzie. Nie zauważa, że jedzie w istocie na wózku inwalidzkim, bo  – odwrotnie niż w poprzednim przypadku - delikwent sobie życie ułatwia. 

Naukowcy na uniwersytetach u nas (mam na myśli znane mi państwa „wyszehradzkie”) opłacani są nieszczególnie, mówiąc eufemistycznie. Profesor w zakresie humanistyki dostaje miesięcznie koło tysiąca euro (przeliczając nań złotówki), podczas gdy podobny profesor w Niemczech czy Włoszech dostaje siedem-osiem razy tyle i zapewne bałby się o swój autorytet, gdyby nielegalnie dorabiał na drugim czy trzecim etacie (patrz p. Martinek) lub załatwił sobie kilkaset euro za fikcyjne wykłady Erasmus (patrz: trzy panie dyrektor mistyfikują wrześniowe wykłady w Wilnie czy w Rydze, podczas gdy zajęcia zaczynają się tam w październiku).

W pogoni za podwyżką (kolejną podwyżką?), nawet o te kilka setek złotych, niektórzy łamią sobie zatem kręgosłupy moralne. Nie mówię tu o systemowych podwyżkach z powodu podniesienia stopnia naukowego lub awansu, nie mówię o podwyżkach „odgórnych”, kiedy uczelnia czy resort dostaje jakiś pieniężny zastrzyk przeznaczony na dźwignięcie się uposażeń. Z tego tytułu rzeczywiście kilka razy dostałam podwyżkę, ale na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego pensję wciąż miałam najgorszą: patrz wpis „Siłą bezsilnych jest jawność III”, część „Ekspozycja”.

Czemu najgorszą? Otóż do podwyżek istnieje też trzecia droga.

Z trzeciego sposobu podwyżek nie korzystałam nigdy (p. Lipowski też nie), do jesieni roku 2010 nie wiedziałam nawet o tej drodze.  Podejrzewam, że nikt z bohemistów w ten sposób podwyżki nie dostał, może z wyjątkiem dwóch-trzech pań, którym w ostatnich latach udało się wetrzeć we „właściwe jądro” IFS Uniwersytetu Wrocławskiego (?)  „Właściwe jądro” to grupa rusycystów, którzy razem studiowali około lat 70. zeszłego wieku i razem mieszkali w akademiku na ul. Wojciecha z Brudzewa (pani dyrektor z rozmarzeniem to wspominała: „...tam Marysia, tu Wiesia, tam Michał, tu Janek, niżej Tadzio, obok Krzyś...” – podane tu imiona oczywiście są hipotetyczne). Każdy zresztą obok kogoś mieszkał i z kimś studiował, ale kręgosłup moralny nadweręża brak dystansu i nadużywanie tego.

Na czym polega trzeci sposób podwyżek? Otóż jeśli na Uniwersytecie Wrocławskim kogoś się zwolni lub wyśle na emeryturę, a na to miejsce NIKOGO się nie przyjmie, czyli etat zlikwiduje, to „zaoszczędzoną pensję”. można rozdać na podwyżki dla instytutowego koleżeństwa. Jest to w kompetencjach dziekana (tutaj dziekana Wydziału Filologicznego). Przypomnę, że dziekanem Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego w latach 2004-2012 był rusycysta Michał Sarnowski. Przedtem dziekanem był Władysław Dynak, polonista (też z Wojciecha z Brudzewa), który – śmiem twierdzić – we wszystkich posunięciach w stosunku do IFS UWr. kierował się zdaniem ówczesnego dyrektora IFS Tadeusza Klimowicza (też z Wojciecha z Brudzewa).

Czyżby to miało związek z faktem, drodzy bohemiści, że wraz z uruchomieniem wieczorowych studiów bohemistycznych na długie lata spadły na Was wielkie góry nadliczbówek (do 100 procent godzin), płatnych nieszczególnie, nieopłacalnych (jak twierdzili pracujący tam magistrzy i doktorzy)?  Profesorowie na wieczorówce dostawali jednak stawkę wysoką (czeskiej literatury uczył tam dyrektor prof. Tadeusz Klimowicz).  Wracając do niechcianych nadliczbówek: najwięcej pretensji – wyrażanych głośno i z oburzeniem – miała do mnie, jako do bezpośredniej przełożonej (nigdy nie byłam kierownikiem wieczorówki, ale odpowiadałam za obciążenie bohemistów godzinami, czyli przydzielałam im zajęcia liczbowo) pani mgr Alena Zipser, na którą razem z nadliczbówkami wypadało około 400 godz. w każdym semestrze. Inni koledzy też się oburzali i te dodatkowe godziny przyjmowali z niechęcią.

Kiedy jednak kolejno przedstawiałam dyrektorowi Klimowiczowi młodych czeskich filologów chętnych do pracy we Wrocławiu (panie Jana Wojtucka - już doktor, Alena Heroutová, podania trzech dalszych panów mam w biurku), to otrzymywałam odpowiedź, że „etaty są zamrożone”, nikogo nowego do pracy nie trzeba i absolutnie przyjąć nie można (poza tym musiałby to być gotowy już doktor – sic!).  Z rzekomej konieczności bohemiści musieli więc ciągnąć te dodatkowe godziny przez następne lata.

W tych czasach kilka lub nawet kilkanaście osób z Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr. poszło na emeryturę, więc zlikwidowane etaty posłużyły do podwyżek (choć nie dla bohemistów oczywiście).  Taki pogląd wyraziłam na Radzie Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr. w dniu 25 stycznia 2011  i w ciągu pół roku, tuż przed profesurą belwederską, wyleciałam z pracy.

Kiedy w roku 2004 zmienił się dyrektor, do pracy przyjęto kolejno kilka nowych bohemistek (lub osób, które się za nie podawały, jak się później okazało – sic!), ale pojawiły się nowe „niemożności”. Co roku na każde miejsce na bohemistyce ubiegało się 6-7 osób (na innych kierunkach zainteresowanie było o wiele mniejsze), ale w żaden sposób „nie można było” otworzyć jeszcze jednej grupy na I roku studiów (sic!). Zgłaszałam sprawę na Radach IFS, rozmawiałam indywidualnie z dziekanem Sarnowskim – i nic. Dziekan śmiał mi się w oczy, „to nie takie proste” mówił, ale naprawdę to proste było (wystarczy zgłosić taki punkt na Radę Wydziału Filologicznego: jako kierownik zatem pisałam podania do dyrekcji, ale ta sprawa w ogóle nie trafiła na Radę IFS!!!). W roku 2010 bohemiści dostali również grant wyszehradzki (50 tysięcy euro) na uruchomienie nowej specjalizacji magisterskiej, więc utworzenie dwóch grup byłoby jeszcze bardziej uzasadnione. Rusycyści utrącili to jednak w głosowaniu na Radzie IFS w  maju 2011, pieniędzy nie podjęto, specjalizacji nie otwarto, a w czerwcu 2011 ja wyleciałam z pracy pismem rektora UWr. z końca tego miesiąca (antydatowanym tydzień wstecz).

Wracam znów do poprzednich lat. Sztuczne utrzymywanie studiów wieczorowych w pierwszych latach wieku XXI (w IFS wieczorówka była tylko na bohemistyce) miało dwa cele:

  1. Po pierwsze chodziło o złudzenie, że IFS częściowo na siebie zarabia, bo podobnie jak anglistyka czy germanistyka jakieś studia wieczorowe prowadzi. Z wpłat studentów odpisuje się 25 procent na rzecz UWr.
  2. Po drugie utrzymywanie studiów wieczorowych, czyli zmuszanie połowy studentów bohemistyki, aby za naukę płacili, było finansową rekompensatą dla profesorów-rusycystów uczących na tej wieczorówce . Czyli: tu „coś” im odjęto (już nie było zlikwidowanych etatów dla rozebrania na podwyżki) – z drugiej strony jednak „coś mieli”.

[Dodam jeszcze dla wyjaśnienia, że NIGDY na studiach wieczorowych nie prowadziłam literatury czeskiej, ZAWSZE prowadzili ją rusycyści.  Na początku istnienia tych studiów, jeszcze jako doktor, miałam tam czesko-polski przekład. Swoje pierwsze wykłady z literatury czeskiej (ciekawostka dla moich przyszłych biografów?) prowadziłam na Uniwersytecie Warszawskim,   dojeżdżałam tam co dwa tygodnie. Dopiero choroba prof. G.-K. spowodowała, że tu też uczyłam czeskiej literatury - na studiach dziennych.

W ciągu przeszło 21 lat mojej pracy na pełnym etacie na Uniwersytecie Wrocławskim i w ciągu przeszło 21 lat pełnienia funkcji kierownika Studium języka i Kultury Czeskiej, w roku 1998 przekształconego w Zakład Bohemistyki w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, nigdy nie zapraszano mnie na rozmowy przygotowujące Rady Instytutu Filologii Słowiańskiej (inaczej:  na zebrania kierowników zakładów). Ściślej rzecz biorąc zaproszono mnie jeden jedyny raz  – stąd wiem, że te zebrania w ogóle się odbywały.]

Przez kilka kolejnych lat można było zatem utworzyć drugą, a nawet trzecią grupę bohemistyczną w Instytucie Filologii Słowiańskiej UWr. (kandydaci byli dobrzy, czwórkowo-piątkowi, pytałam na egzaminach wstępnych; było mi żal, że prawdopodobnie nie będę uczyć tych kandydatów), ale odmówiono im przyjęcia na studia dzienne w sposób sztuczny, żywiono nadzieję, że napędzi się ich na studia płatne.  

I co Wy na to, mili kandydaci z lat mniej więcej 2000-2008 oraz mili rodzice tych kandydatów, którzy płacili za licencjackie studia bohemistyczne na Uniwersytecie Wrocławskim?

 

 

 

 

6.png1.png2.png8.png8.png7.png