Komunikat z początku sierpnia 2017, opublikowany w PAP-owskim serwisie „Nauka w Polsce” – cytuję:

„Jak podaje w komunikacie MNiSW, duży nacisk zostanie również położony na wsparcie nauczania języków polskiego i czeskiego. Zarówno Polska, jak i Czechy zadeklarowały, że ufundują po dwanaście stypendiów, które pokryją koszty udziału w letnich kursach językowych, a także zapewnią stypendystom bezpłatne wyżywienie i zakwaterowanie, pokrycie kosztów wpisowego i ewentualnych kosztów wycieczek w ramach kursu.

Na wsparcie mogą również liczyć specjaliści od języka polskiego i literatury polskiej pracujący na Uniwersytecie Karola w Pradze, Uniwersytecie Masaryka w Brnie i Uniwersytecie Palackiego w Ołomuńcu, jak również specjaliści w dziedzinie języka czeskiego i literatury czeskiej przebywający na Uniwersytecie Warszawskim, Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, Uniwersytecie Opolskim i Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.”

Zgodnie z aktualnym stanem rzeczy nie ma tu bohemistyki wrocławskiej.

I bardzo słusznie, bo we Wrocławiu studentów czeka zawód na całej linii.

To, co budowałam ja i kilkoro moich kolegów (ci rzeczywiści bohemiści), rusycyści rozwalili i zburzyli (piekąc sobie tu i tam pieczeń przy tym ogniu). Jak mi mówił jeden z poprzednich prorektorów, kolejne dyrekcje Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr. odmówiły m.in. otwarcia w IFS judaistyki i lituanistyki. Dlaczego zatem w roku 1990 zgodzono się na wprowadzenie zajęć bohemistycznych, czyli zachodniosłowiańskich? - Otóż polityka, panie kochanku... Takie były wtedy czasy. Kto pamięta te czasy, to sobie domyśli.

Najpierw istniała „bohemistyka na podstawie slawistycznej” (czytaj: rusycystycznej), co pomogło w utrzymaniu stanu etatowego rusycystów (studentów mniej niż za komuny). Każdy rusycysta to „slawista”, może zatem uczyć literatury czeskiej lub języka czeskiego (np. p. Kusal języka czeskiego na dziennych, a p. T. Klimowicz literatury czeskiej na wieczorówce). Ostatnie zdanie oczywiście podszyte jest ironią. Problem był tylko z gramatyką czeską, której nikt z tego towarzystwa nie umiał – i w ten sposób trafiłam tam ja (jak najszybciej zresztą przekazałam ją w ręce lepszych fachowców z tej dziedziny, gramatyków z zamiłowania – native speakera Lipowskiego, potem również erudyty Malickiego, dokooptowaliśmy też dwoje wrocławian-Czechów).

Potem było coraz lepiej i lepiej, koła bohemistyki kręciły się, książek naukowych przybywało, konferencje kwitły, studenci dopisywali...  dopiero pecha nam przyniosło zatrudnienie dwóch wiedźm. (- Żartuję - jak mówi pani w reklamie lekarstwa na wątrobę.) Pecha nam przyniosło rozbudowanie Zakładu Bohemistyki, rośnięcie w siłę... i w dostatek, chciałoby się napisać, ale bohemiści pensje miewali zawsze w dolnych wartościach widełek.   

W tej chwili jest tam dennie, nie ma osób prowadzących kierunek, czuwających nad wykształceniem studentów i rozwojem nowej kadry, a nawet – powiedzmy sobie szczerze – nad odbywaniem się zajęć. Są wprawdzie „ptacy przelotni”, ale z nimi jest tak, jak napisałam we wpisach: „Co w trawie piszczy, co w gniazdkach kwili, co w śmietnikach gnije” oraz „Moje przeboje z panem Martinkiem”. W tej chwili niestety w razie wątpliwości studenci i osoby nauczające nie mają kogo zapytać, JAK POWINNO BYC DOBRZE PO CZESKU (czy tak …, a może tak …?), bo jedyny autorytet językowy w postaci doc. Martinka przybywa co 2 tygodnie (żeby w strasznym pośpiechu przeprowadzić - jak oświadczył oficjalnie na piśmie Uniwersytet Wrocławski –prawie 200 godzin w semestrze). Poza tym tenże wykładający pan ma na celu przede wszystkim własne nauczenie się po polsku (patrz: Studentka bohemistyki pisze – wpis z czerwca 2014).

 

Lektoraty na pierwszych latach studiów prowadzi dr Krysia, dr Ania i jeszcze jedna dr przez te same doktorki nauczona i wypromowana (czymś trzeba ich etaty wypełnić?), a także doktoranci, nad których bohemistycznym ukształtowaniem ta sama grupa dam się natrudziła. {Nie wspomnę już o panu, który z języka czeskiego zna tylko rzekome słowo „kavuška”(?)}
A przecież praktyczną naukę języka od samego początku powinni prowadzić native speakerzy albo ludzie bliscy im umiejętnościami. Mowę lektora wchłania się bowiem razem z jego błędami, błędy się utrwalają, adept znajomości obcego języka nigdy ich się nie pozbędzie, nieustannie będzie zakłócał sobie i innym komunikację w tym języku i ośmieszał się potężnie.

Co prawda mówi się czasem, że wystarczy, aby nauczyciel akademicki w swojej wiedzy czy rzemiośle był przynajmniej jedną lekcję przed studentami, ale w przypadku języka obcego ta słodka, usypiająca i rozpływająca się w lepkim samozadowoleniu „prawda” jest nader szkodliwa.

 

Zastanawia mnie, dlaczego amatorzy studiów bohemistycznych nie aspirują raczej do Uniwersytetu w Opolu, czemu w ogóle starają się zapisać na Uniwersytet Wrocławski, skoro w zakresie bohemistyki jest absolutny brak odpowiedniego autorytetu, a małe i maluśkie „autoryteciki” są absolwentkami polonistyki w Opolu sprzed lat dwudziestu. Od kilkunastu lat jest tam też bohemistyka – czy lepsza? Nie wiem - na pewno nie gorsza, w każdym razie osoby nią się zajmujące nie mają związanych rąk.

Bardzo istotne jest, że w Opolu dziekanem wydziału, na którym bohemistyki się naucza, stała się bohemistka, a tymczasem do niedawna dziekanem Wydziału Filologicznego UWr. (teraz jest dyrektorem IFS UWr.) był ten rusycysta, który wrocławską bohemistykę zniszczył, sprowadził do zera.

 

Może być tak jak w tym bardzo drastycznym przykładzie. Swego czasu na studiach wieczorowych studiował osobnik rzadko na zajęcia przychodzący (ale płacący za studia). Będąc już na III roku (jakim cudem?).  na zaliczenie oddał pisemną pracę, która, jak się okazało, była ściągnięta z Internetu. I to jeszcze nie koniec, bo ściągnięty tekst był napisany… po słowacku, czego student III roku (sic!) nie rozpoznał. {Dodam, że studia wieczorowe nie podlegały wtedy mnie jako kierownikowi Zakładu Bohemistyki: ale podlegały bezpośrednio rusycystycznej dyrekcji Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr., która zresztą ciągnęła z tego dla siebie zarobki – dyrektor-rusycysta wykładał tam „historię literatury czeskiej” i brał dwieście złotych za godzinę, choć wykłady czytał z książki Józefa Magnuszewskiego.}

 

Na Uniwersytecie Wrocławskim – powtarzam - dziekanem Wydziału Filologicznego, na którym jest bohemistyka, do niedawna był rusycysta, tępiący bohemistów, ile sił w organizmie i w kompetencjach:

  1. Z kierownictwa Zakładu Bohemistyki zdjął mnie, doktor habilitowaną („małego” profesora ze złożonym wnioskiem na profesora belwederskiego, którym wkrótce zostałam mianowana) i zastąpił – wcale nie drugim doktorem habilitowanym – tylko panią dr, i to najsłabszą naukowo, mało doświadczoną, ale giętką w karku (i do pochwały, i do uginania). Bo się zgodziła, a inni nie chcieli.
  2. Podmówił kolegów-rusycystów, żeby w Radzie IFS głosowali przeciw przyjęciu środkowoeuropejskiego grantu dydaktycznego (tzw. dużego Grantu Wyszehradzkiego), właśnie przyznanego Uniwersytetowi Wrocławskiemu, o który postarali się bohemiści, wkładając w to wiele trudu, pracy i entuzjazmu.
  3. Razem z ówczesną dyr. Paszkiewicz podmówił część kolegów-rusycystów (z Rady IFS UWr.) , żeby głosowali przeciw ponownemu przyjęciu do pracy MNIE (jeśli ktoś nie wie, to moich zasługach, predyspozycjach i wyróżnieniach można przeczytać w Internecie lub we wcześniejszych wpisach na tym blogu). Potem naciskał na rektora Bojarskiego, żeby przyjął moje podanie o emeryturę, ale odrzucił moje podanie o ponowne przyjęcie do pracy na UWr. Przypomnę tutaj, że rektor Bojarski w maju 2011 gościł na Radzie Wydziału Filologicznego UWr. i sam nam wszystkim oficjalnie doradził takie postępowanie dla podniesienia naszych dochodów (bo nie ma pieniędzy na podwyżki). Ze swej strony obiecał, że będzie kierował się głosowaniem na Radzie Wydz. Fil., ale obietnicy nie dotrzymał (potem, w Sądzie Rejonowym dla Wrocławia-Sródmieścia, twierdził, że nie pamięta, jaka to była Rada, w końcu dał do zrozumienia, że tłumaczyć się nie będzie, a sędzia, zapewne jego była studentka, kiwała gorliwie głową).
  4. Jaroslav Lipowski, drugi samodzielny pracownik bohemistyki wrocławskiej (autor 5 świetnych książek naukowych, dotyczących językoznawstwa czeskiego i słowackiego – do którego nieznajomości, przypominam, wrocławscy rusycyści się oficjalnie przyznają) został wielokrotnie i skutecznie obrażony przez tych„kolegów”. Jeszcze w roku 2010 p. T. Klimowicz na Radzie IFS oświadczył „Pan Lipowski powinien Murzynów w Afryce uczyć... czeskiego!” (czy nie powinni również poczuć się obrażeni ambasadorzy państw afrykańskich i ambasador Rep. Czeskiej?). Na początku 2011 na Lipowskiego posypała się cała lawina przykrości: rzekomy anonim (rzekomo napisany przez nyskich germanistów?: sądzę, że naprawdę za zgodą swoich kolegów, w tym dziekana, napisał i wysłał go Kusal ). Zaraz po prezentacji „anonimu” dyr. Paszkiewicz obwieściła, że Lipowski wyłudził pieniądze od państwa polskiego... Dodam tu, że Instytut Filologii Słowiańskiej  Uniwersytetu Wrocławskiego charakteryzuje obrzydliwy stosunek do cudzoziemców, i to do... Słowian  (patrz też: wpisy na tym blogu: „Ukraińska ballada stepowa” i „Co w trawie piszczy, co w gniazdkach kwili, co w śmietnikach gnije”).

Nie można nie docenić roli, jaką odegrała w tej sprawie p. Anna Paszkiewicz, była dyrektor Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr., co do której byli studenci, świadkowie jej spektakularnego „zasłabnięcia psychicznego” na dydaktycznym wyjeździe studenckim do ZSSR, mają poważne wątpliwości, czy do funkcji dyrektorskiej w ogóle się nadaje. Ale cóż, ja w tak danych czasach w IFS nie pracowałam, wówczas o tej sprawie nic nie wiedziałam.

Otóż wykorzystując swoje damskie przyjaźnie i obietnice protegowania (czyli upupiając po prostu) poszła na rękę ówczesnemu dziekanowi-rusycyście i przygotowała głosowanie przeciw ponownemu zatrudnieniu mnie w IFS UWr. Kilkakrotnie przecież wspominała o „konsultacjach” przed głosowaniem na mój temat, nawet w swoich wysyłanych pracownikom „mowach tronowych” (w sumie negatywne głosowania były trzy: za zdjęciem mnie z kierownictwa Zakładu Bohemistyki, za odrzuceniem przyznanego nam grantu, którego byłam inicjatorką i organizatorką, za nieodnowieniem zatrudnienia mnie, mimo pomyślnie rozwijającego się wniosku o profesurę belwederską). Prawdopodobnie te „konsultacje” były poparte pogróżką lub obietnicą przywilejów czy korzyści finansowych. Wiem, że p. Zura natychmiast potem dostała roczny urlop naukowy, mimo że w r. akad. 2011(12 opuszczała zajęcia i ww. dyr. głośno na nią nakrzyczała. Ale widać przebaczyła.

Nie wiem, co obiecała innym osobom negatywnie na mnie głosującym.  Było ich razem 10, z tego 3 osoby to dyrekcja, 3 – dziekan z dwoma naukowcami wciąż protegowanymi, a 3 osoby właśnie stały u progu emerytury (Semków, Galon-Kurek i Zipser), może im obiecywała opóźnienie tej prawdziwej emerytury o rok-dwa, i tak z ZUS-u już ją pobierały?

Dziesiątą osobą „negatywną” na pewno była Zura, protokołowała pani Chrobak (bez prawa głosu), czyli ta osóbka, której kiedyś napisałam artykuł, traktując to jako wzorzec, a ona bez zmrużenia oka i bez rozszerzenia tekstu opublikowała go pod własnym nazwiskiem.

Ale oliwa sprawiedliwa na wierzch wypływa, choć nie jest to już oliwa virgine i z pierwszego tłoczenia. Ptaszki na drzewach ćwierkają, że pani Paszkiewicz też chciała skorzystać z „życzliwej” rady rektora Bojarskiego (która w moim przypadku okazała się fałszywie życzliwą radą, mimo że dałam mu dwie swoje książki, z których o jedną sam się przymówił – pani Paszkiewicz ile mu dała swoich książek? – pewnie żadnej), czyli chciała podwyższyć sobie dochody przez pobieranie jednocześnie emerytury i pensji. I tu panie, i ewentualni panowie, z Rady Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu  Wrocławskiego powiedzieli „nie”, mimo że zawsze się zgadzali (wyjąwszy mój przypadek). Taki zrobili jej numer!

Ale rektor Bojarski (a może rektor Jezierski?) pewnie nie zablokował jej drogi wycofania podania o emeryturę (jak zrobił mnie z poduszczenia byłego dziekana Sarnowskiego)?  Może w ogóle nie wziął pod uwagę wyników głosowania Rady i przyznał jej prawo do pracy łącznie z pobieraniem emerytury? Kto wie? Kto zna te kręte i błotniste ścieżki łączące Rady, dziekanów i rektorów?

W każdym razie w ciągu dwóch lat od opuszczenia niegościnnych progów Uniwersytetu Wrocławskiego Zofia Tarajło-Lipowska i Jaroslav Lipowski zostali mianowani profesorami belwederskimi.

W Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego w ciągu ostatnich lat nikt nie został mianowany profesorem. Profesorów tytularnych – tak jak przed 7 laty - zostało tam dwóch, oboje od literatury rosyjskiej.

 

 

6.png1.png2.png8.png8.png8.png