17 09.2013 13:23

Filolodzy-tłumacze, i nie tylko filolodzy, świetnie znają znaczenie wyrażenia „fałszywi przyjaciele tłumacza”, które oznacza tzw. słowa zdradliwe, czyli te, które tłumacza mogą zmylić, bo są takie same jak słowa w ich rodzimym języku albo bardzo do nich podobne, ale znaczą coś zupełnie innego, czasem wręcz przeciwnego. Klasycznym przykładem potknięcia z powodu lekkomyślnego uwierzenia takim „przyjaciołom” jest błąd popełniony w tłumaczeniu zdania: „Nagi konduktor biegnie wzdłuż pociągu”, podczas gdy w angielskim oryginale było: „The naked conductor runs along the train” (Goły, czyli nieizolowany, przewód prowadzi wzdłuż pociągu). Ów „tłumacz” bezmyślnie uznał za „przyjaciela” słowo „conductor”, mimo że pewnie znał angielskie słowo „conduct”, które znaczy „przewodzić”*). [O powyższym przykładzie przeczytałam w jakiejś książce.]

Wróćmy do „fałszywych przyjaciół tłumacza”. Wydawałoby się, że to zjawisko jest ciekawostką językową, że raczej bawi lub ostrzega kandydatów na tłumaczy, ewentualnie może zainteresować psychologów, kulturologów, zbieraczy anegdotek... Natomiast w językoznawstwie uznanie za problem homonimii między językami jest sztuczne. W gruncie rzeczy bowiem chodzi o zbieżności przypadkowe lub zapożyczenia z jednego języka do drugiego, na ogół już opracowane, często tylko hipotetyczne, gdyż te zapożyczenia (lub słowa wspólne dla kilku języków pochodzących z jednego pnia) są bardzo stare.

Przypadkową homonimię trudno badać, bo co na przykład polski „but” może mieć wspólnego z angielskim „but” odpowiadającym spójnikowi ‘ale’? Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę wymowę „bat”, to co to ma wspólnego z polskim ‘batem’? Czy czeska „lež” (jako ‘kłamstwo, łgarstwo’) ma coś wspólnego z polskim „leż” w sensie ‘nie podnoś się’? [Po czesku to słowo też może to samo znaczyć, dużo wtedy ma wspólnego, ale problemu tłumaczeniowego stanowić nie powinna.] Jałowe analizowanie istnienia rzekomych zbliżeń w statystyce „słownikowej”, w oderwaniu od kontekstu jest bezsensowne.

Tym niemniej badaczy tego zjawiska przybywa, naukowych obserwatorów i komentatorów tego zjawiska jest wielu, wydają „słowniki wyrazów zdradliwych” polsko-rosyjskie, polsko-słowackie, polsko-czeskie, może też inne, piszą artykuły naukowe o „fałszywych przyjaciołach tłumacza”. [Chyba o własnych predyspozycjach na „przyjaciół”, dodam zgryźliwie.] I wielu z nich dostaje za to stopnie naukowe albo potrzebne punkty do pozostania na uczelni, a przynajmniej naucza studentów tej wiedzy tajemnej – patrz przedmiot uniwersytecki „Fałszywi przyjaciele tłumacza – słowiańsko-polska homonimia międzyjęzykowa” - podczas gdy nawet dziecko w wieku przedszkolnym to zjawisko może sobie uświadomić i zaobserwować. (A co na to poloniści tego uniwersytetu, w którym wykłada się "polsko-słowiańską" homonimię?A studenci, którzy mają ten przedmiot wpisany do indeksu? Czy nie boją się, że ich wykształcenie ktoś kiedyś zakwestionuje?)

- I co z tego? – jak zapytałby retorycznie były dziekan i jednocześnie prawdziwy przyjaciel badacza „fałszywych przyjaciół”. Mawia zresztą tak zawsze, kiedy wskaże się mu jakąś oczywistą nielogiczność lub nieuczciwość (w intencji obalenia tego niewygodnego pytania).

Otóż tym razem nic.

 „Fałszywi przyjaciele tłumacza” mogą być zatem, odnotujmy z sarkazmem, „prawdziwymi przyjaciółmi naukowca”. Takich naukowców przybyło ostatnimi laty, można ich wskazać, a nawet występują w innych wcieleniach w tym blogu.

Czy naukowe dywagacje o „fałszywych przyjaciołach” to wyważanie otwartych drzwi? To raczej wyważanie drzwi nie istniejących, wymyślanie drzwi, żeby można było triumfalnie je otworzyć. Tak samo jak wymyślanie problemów, żeby można je rozwiązać, konfliktów, żeby można je wskazać i w fałszywym świętym oburzeniu się na nie powołać.

A najlepiej sianie konfliktów, żeby ludzi ze sobą pokłócić, a samemu zebrać brudną pianę szumowin i jeszcze się nią chwalić albo przynajmniej nią zasłaniać swoją złość, nieudacznictwo i głupotę... Stara zasada „dziel i rządź”. Ale tu już daleko odeszliśmy od „przyjaciół”, chyba że mamy na myśli tych fałszywych.

Typowe przykłady lekkomyślnego uwierzenia różnym „przyjaciołom” podałam w wielu poprzednich tekstach umieszczonych w tym blogu.

------------------------

Niedorzeczne tłumaczenie angielskiego zdania, które podałam tu na początku, nieprzeparcie kojarzy mi się ze starym dowcipem o milicjancie, którego widziano nagiego i biegnącego na oślep po szosie. Dlaczego ów milicjant zdjął odzienie i ruszył do biegu? Otóż przez radio dostał meldunek „Gołoledź na drodze”. Zrozumiał to jako polecenie, bo „dź” na końcu wyrazu w wymowie zamieniło się w „ć”. Już by był materiał do wykładu o homonimii, podpowiem.

Oba przypadki nagości nie mają związku – ot, taki „fałszywy przyjaciel pamięci do anegdotek”. Zadeklaruję jednak na wszelki wypadek, że nie zamierzam napisać pracy naukowej udowadniającej relacje między nagim konduktorem a gołym milicjantem.

 ---------------------------

*) Słowo “conductor” znaczy zazwyczaj “dyrygent”, może też znaczyć “konduktor”, ale bywają konteksty, w których rzeczywiście znaczy „przewód elektryczny”, np. Overhead conductors carry electric power from generating stations to customers.

 

 

 

6.png1.png2.png8.png8.png7.png