14 11.2012 22:11

Poniżej zamieszczam autentyczny tekst wystąpienia, które rozesłano do pracowników Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego (ortografia, interpunkcja, składnia i stylistyka oraz mitologiczne metafory są całkowicie oryginalne)

 

EXPOSÈ DYREKTORA IFS DR HAB. ANNY PASZKIEWICZ

WYGŁOSZONE NA RADZIE INSTYTUTU W DNIU 14 WRZEŚNIA 2012 ROKU

Obecna kadencja, dla mnie jako dyrektora Instytutu, jest trzecią z kolei. Te siedem lat, kiedy to miałam zaszczyt przewodzić Instytutowi Filologii Słowiańskiej, nie były łatwe. Wyjątkowo trudne były dwa ostatnie lata. Nie muszę chyba nikomu przypominać horroru, jaki przeżyliśmy, w związku z wystąpieniami Państwa Lipowskich. Konflikt ten miał zresztą szersze i głębsze podłoże. Antagonizmy powstały pomiędzy rusycystami i tzw. „małymi filologiami”. W rezultacie odeszło z Instytutu trzech samodzielnych pracowników, a dwa Zakłady (bohemistów i serbistów) znalazły się w trudnej sytuacji. Dzięki wysiłkowi wielu osób (szczególnie chciałabym tu podziękować Panu Dziekanowi Michałowi Sarnowskiemu i Kierowniczce Zakładu Bohemistyki Annie Zurze) status quo Zakładu Bohemistyki jest zadowalający. Jeśli chodzi o sprzeczność interesów pomiędzy rusycystami a pozostałymi filologiami, to zachodzi tu pewna prawidłowość. Kontrowersje pojawiły się wraz z habilitacjami przedstawicieli „małych filologii”. Wystąpiły wówczas dążenia hegemonistyczne. Ważność danej filologii argumentowana jest na przykład długością granicy państwowej. Zaczyna przeszkadzać fakt, że przedmioty ogólnofilologiczne prowadzą rusycyści, Że nie ma reprezentanta „małych filologii” we władzach Instytutu. A przecież nie trzeba nikomu uświadamiać tego, iż takie obciążenie dydaktyczne podyktowane jest troską o zapewnienie pracy wszystkim członkom naszej społeczności. Istnieje również troska władz Instytutu o rozwój „małych filologii”. Na przykład bohemiści za mojej dyrektury otrzymali cztery nowe etaty. Dwa z nich były zabrane rusycystom. Nawiasem mówiąc, bohemiści przestali już być „małą filologią”, albowiem znacząco zwiększyliśmy limit przyjęć na tę filologię. Apeluję zatem, by zakończyć kontrowersje pomiędzy poszczególnymi filologiami. Jak Państwo już wiedzą nie zamierzam w celach populistycznych wciągać obecnie reprezentantów pozostałych filologii w skład dyrekcji. Zwracam się jednak do kierowników Zakładów, którzy posiadają u mnie duże prerogatywy, by działali na rzecz zażegnania antagonizmów pomiędzy poszczególnymi filologiami. Wspólnie podtrzymujmy obecną formułę Instytutu, na którą pracowaliśmy tyle lat, z której możemy być dumni, i która, jak to stwierdził w swoim programie wyborczym Profesor Tadeusz Klimowicz, nie ma analogii w innych polskich ośrodkach slawistycznych.To że możemy być dumni z Instytutu, w którym pracujemy, potwierdziły UKA i PAKA. Najwyższą ocenę, jaką wystawiły nam komisje, uważam za nasze osiągnięcie. Zgadzam się bowiem z przywoływaną przez Profesora Klimowicza wypowiedzią Pani Profesor Ewy Nawrockiej, iż„Uniwersytet to przede wszystkim sprawa ducha, intelektu, bezinteresownej miłości do wiedzy i nauki, ciekawośći zapał, radośći odwaga myślenia, sztuka zadawania pytań i szukania odpowiedzi. To pasja tworzenia, umiejętność komunikacji i dialogu, to przestrzeń obcowania z wartościami, to uczenie”. Przedstawicieli tak pojętej naukowości znajdziemy wśród młodej kadry w każdym z Zakładów. Wspomnę choćby Doktor Ilonę Gwóźdź czy Doktora Bogumiła Gaska. Wymieniłam właśnie Ich, albowiem zdobyli Oni ostatnio granty. Jednakże takie osoby są w każdym z Zakładów. Nie zważając na rozgrywki ambicjonalne starszych kolegów pracują naukowo, jeżdżą na konferencje i tworzą etos prawdziwego slawisty. Są też dumni, co wiem od nich samych, że pracują właśnie w Instytucie Filologii Słowiańskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. W tym miejscu chciałabym odnieść się do zarzutu Profesora Klimowicza, który padł we wspomnianym wcześniej programie wyborczym, o niewłaściwej polityce kadrowej. To prawda, że zaniechano spotkań literaturoznawców, przez co doktoranci stali się anonimowi. Nie znaczy to jednak, że nie sprawowałam kontroli nad rozwojem Instytutu pod tym względem. Na przykładzie rusycystów pragnę pokazać prowadzoną przeze mnie strategię. Otóż, młodzi pracownicy Zakładu Dydaktyki mieli uzupełnić„lukę” jaka powstała po odejściu profesorów-literaturoznawców. Na przykład Magister Jakub Walczak, będący pomysłodawcą swojej dysertacji „miał przykazane” szukać inspiracji w epoce romantyzmu. Natomiast schedę po Profesorze Franciszku Sielickim ma przejąć Magister Larysa Moszczynska. W innych Zakładach animatorami rozwoju naukowego są, wespół ze mną, ich kierownicy. Jeśli chodzi o małą ilość pracowni w naszym Instytucie, to myślę, że liczy się nie ilość, lecz jakość. Jak wiemy, do istniejącej pod egidą Profesora Jana Sokołowskiego Pracowni Macedonistyki dołączyła Pracownia Interdyscyplinarnych Studiów nad Posttotaliryzmami. Projektodawcą była Profesor Agnieszka Matusiak.. Myślę, że w ramach tych pracowni będzie autentyczna działalność naukowa. W kwestii następnych propozycji liczę na inicjatywy oddolne. Z inspiracji dyrekcji, a konkretnie Doktor Elżbiety Tyszkowskiej-Kasprzak i Doktor Wiesławy Zybury, zostały zreformowane istniejące wcześniej studia podyplomowe. Ja natomiast zainspirowałam Pana Doktora Gaska do otwarcia podyplomówki translatorycznej. Myślę także, iż sugerowana przez Pana Profesora Klimowicza konieczność intensywnych działań w celu zwiększenia ilości wniosków o granty nie wymagają powołania trzeciego z-cy dyrektora. Uważam, że dużym błędem było pozbycie się w swoim czasie drugiego stanowiska administracyjnego w naszym Instytucie. Od jakiegoś czasu usilnie zabiegam, i zamierzam to kontynuować, o etat administracyjny. I ta właśnie osoba powinna się zająć opracowywaniem wniosków o granty i odciążeniem zastępców dyrektora od czynności stricte administracyjnych. Jeśli jesteśmy przy administracji, to muszę powiedzieć, iż wiele czasu zajęło mi porządkowanie tej działki. Spadek, jaki pozostawiła po sobie Pani Ewa Kucharska w postaci dwóch szaf, okazał się istną puszką Pandory. By pozostać w tej samej poetyce to powiem, iż magazyny to była istna stajnia Augiasza. Zużyty i zakurzony sprzęt sprzed kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat trzeba było zezłomowaći wywieść. W roli Heraklesa wystąpiła również Pani Urszula Jurowicz (administrator budynku), za co chciałam Jej serdecznie podziękować. Podobna sytuacja była ze sprzętem komputerowym. Dopiero zdobyty przeze mnie etat informatyka pozwolił na uporządkowanie tych spraw. Poruszam te kwestie ponieważ uważam, iż zadania dyrektora Instytutu nie ograniczają się do stymulacji rozwojem naukowym pracowników; powinien on być również gospodarzem. I pod tym względem starałam się zadbać o naszą siedzibę. Do moich osiągnięć należy zdobycie finansów na inwestycje w kwocie 384,879 PLN. Na te prawie czterysta tysięcy złożyło się ogrodzenie (75 000), bar (67 589), winda (206 790), pracownia komputerowa (22 500) i ogródek (13 000). Oprócz tego Instytut za mojej kadencji wzbogacił się o 22 zestawy komputerowe, 2 laptopy, 1 zestaw komputerowy wysokiej mocy, rutery do obsługi sieci przewodowej i bezprzewodowej, 4 rzutniki multimedialne, 3 ekrany, 2 duże telewizory LCD (kolejne dwa zgłoszone są do przetargu), kserokopiarkę i 2 drukarki kolorowe. Zapytacie Państwo, czy jest jeszcze coś do zrobienia w tej dziedzinie? Odpowiadam: jest i to dużo. Co prawda nie uda się nam dorównać romanistom w ich nowej siedzibie. Uważam, że kolejną inwestycją powinno być laboratorium językowe. Będę wdzięczna za każdą podpowiedź o możliwości starania się o fundusze na ten cel. Chciałabym również uporządkować teren wokół naszej siedziby. Zwracam się do Państwa o pomoc i współpracę w jak najlepszym zarządzaniu Instytutem. Byśmy nie tylko nie zaprzepaścili wieloletniej pracy naszych starszych kolegów, ale odnotowali znaczący progres w rozwoju zarówno naukowodydaktycznym, jak też polepszenia bazy materialnej.

 

Moja wersja z nawiasowymi wtrętami: 

Expose demontera IFS wygłoszone...

Obecna antykadencja (winno być bez przecinka) dla mnie jako demontera Instytulacji (bez przecinka) jest trzecią z kolei. Te siedem lat,  kiedy to miałam zaszczyt przewodzić Instytulacji Filmologii Sanskryckiej, nie były łatwe. (Łatwe mogą być dwa, trzy albo cztery lata - siedem lat nie było łatwych!)  Wyjątkowo trudne były dwa ostatnie lata. Nie muszę chyba nikomu przypominać horroru, jaki przeżyliśmy, w związku z wystąpieniami Państwa Poliwskich. (Na razie dusiły mnie tylko zmory nocne. Horror dopiero nastąpi, ale wolę o tym nie myśleć!) Konflikt ten miał zresztą szersze i głębsze podłoże. Antagonizmy powstały pomiędzy róż(a)nolistami i tzw. „małymi ssakami”. W rezultacie odeszło z Instytulacji troje bardzo samodzielnych ssaków, a dwa Zakłady (ssaków bukolistów i ssaków srebrolistów) znalazły się w trudnej sytuacji. Dzięki wysiłkowi wielu osób (szczególnie chciałabym tu podziękować Panu Dzierżawcy Dzierżykrajowi i Kadrowniczce Zakładu Bukolistów Doktor Honkey-Monkey) status quo Zakładu Bukolistów jest zadowalający. („Zadowalający” to ocena tylko na trójkę. Przedtem był bardzo dobry!)

Jeśli chodzi o sprzeczność interesów pomiędzy róż(a)nolistami a pozostałymi ssakami, to zachodzi tu pewna prawidłowość. Kontrowersje pojawiły się wraz z habilitacjami przedstawicieli ..małych ssaków”. (Już więcej nie dopuścimy do habilitacji małych ssaków!) Wystąpiły wówczas dążenia hegemonistyczne. (Mówię bezosobowo, bo wszyscy i tak wiedzą, o czyją hegemonię tu chodzi!) Ważność danej filmologii argumentowana jest na przykład długością granicy powiatowej. (Bukolistom wydaje się, wyobraźcie sobie, że dolny powiat śląski leży tuż przy Bukolii! Ale ja tak nie uważam!) Zaczyna przeszkadzać fakt. że przedmioty ogólnosanskryckie prowadzą róż(a)noliści, że nie ma reprezentanta „małych ssaków” we władzach Instytulacji. A przecież nie trzeba nikomu uświadamiać tego, iż takie obciążenie kamieniami naszyjnymi podyktowane jest troską o zapewnienie pracy wszystkim członkom naszej społeczności. (Mówi się, że w NAUCE powinny pozostać najlepsze ssaki, ale naszym celem jest zapewnienie pracy „nam wszystkim”. Chyba ustroje mi się pomyliły!) Istnieje również troska władz Instytulacji (czyli mnie, ale „istnienie troski władz” wydaje mi się dostojniejsze!) o rozwój „malych ssaków”.  (Słuszne spostrzeżenie – po czesku ”troska” to ruina!) Na przykład bukoliści za mojego demonteriatu otrzymali cztery nowe epolety. Dwa z nich były zabrane róż(a)nolistom. (To straszne! Jak można róż(a)nolistom cokolwiek zabierać: będę wypominać im to do upojenia... a może upodlenia?!) Nawiasem mówiąc, bukoliści przestali już być. małymi ssakami”, albowiem znacząco zwiększyliśmy limit przyjęć na tę filmologię. (Nawiasem mówiąc kadrowiczka Poliwska wnioskowała o to przez kilka lat, dopiero jednak po wyrzuceniu jej przywłaszczyliśmy sobie ten pomysł. Podobnie zresztą jak wiele innych rzeczy jej autorstwa!).

Apeluję zatem, by zakończyć kontrowersje pomiędzy poszczególnymi filmologiami. („Zakończenie kontrowersji” – ładne, prawda!) Jak Państwo już wiedzą (przecinek) nie zamierzam w celach populistycznych wciągać obecnie reprezentantów pozostałych filmologii w skład demonteriatu. (Choć jednocześnie cała ociekam fałszem, podobnie jak poprzednio przy podkreślaniu „dobroci dla małych ssaków bukolistów”!) Zwracam się jednak do Kadrowiczów Zakładów, którzy posiadają u innie duże prerogatywy (z czego wynika, że nie zwracam się to tych, którzy posiadają u mnie małe prerogatywy!), by działali na rzecz zażegnania antagonizmów pomiędzy poszczególnymi filmologiami. Wspólnie podtrzymujmy obecną formułę Instytulacji, na którą pracowaliśmy tyle lat, z której możemy być dumni, i która, jak to stwierdził w swoim programie wyborczym Profesor XYZ, nie ma analogii w innych polskich ośrodkach sanskryckich. (I dlatego w innych ośrodkach nie ma „niezażegnanych” antagonizmów!)

To (przecinek) że możemy być dumni z Instytulacji, w której pracujemy, potwierdziły NAUKA i OPAKA. Najwyższą ocenę, jaką wystawiły nam komisje, uważam za nasze osiągnięcie. (Ależ  to było jeszcze przed odejściem trojga samodzielnych ssaków, nie licząc odejścia róż(a)nolistki zdegustowanej kłamstwami demonteriatu!) Zgadzam się bowiem z przywoływaną przez Profesora XYZ wypowiedzią Pani Profesor N., iż „U-bot to przede wszystkim sprawa ducha, intelektu, bezinteresownej miłości do wiedzy i nauki, ciekawość i zapał, radość i odwaga myślenia, sztuka zadawania pytań i szukania odpowiedzi. To pasja tworzenia, umiejętność komunikacji i dialogu, to przestrzeń obcowania z wartościami, to uczenie". (A nie wstyd pani demonter powoływać się na słowa, które pasują tutaj jak pięść do nosa?)  Przedstawicieli tak pojętej naukowości znajdziemy wśród młodej kadry w każdym z Zakładów. Wspomnę choćby Doktor Lanolinę czy Doktora Dziębomiła. Wymieniłam właśnie Ich. albowiem zdobyli Oni ostatnio granty. (Umarli, niestety, jak wynika z pisowni zaimków.) Jednakże takie osoby (jako zombie) są w każdym z Zakładów. (To przypomina mi, że na śmierć zapomniałam o dwóch grantach Poliwskich z kompanią, których – obojga Poliwskich i obu grantów - zrzekliśmy się, żeby pozbyć się tych niewygodnych dorobkiewiczów. Nie muszę jednak wszystkiego pamiętać, prawda?) Nie zważając na rozgrywki ambicjonalne starszych kolegów pracują naukowo, jeżdżą na konferencje i tworzą etos prawdziwego ssaka. (Naprawdę wyjątkowi: jeżdżą na konferencje i pracują naukowo! Kto by pomyślał!)  Są też dumni, co wiem od nich samych (na podstawie osobistych zwierzeń w cieniu mego gabinetu!), że pracują właśnie w Instytulacji Filmologii Sanskryckiej na U-bocie Pododrzańskim.

W tym miejscu chciałabym odnieść się do zarzutu Profesora XYZ, który padł we wspomnianym wcześniej programie wyborczym (sprytnie tu daję do zrozumienia, że mamy do czynienia z dwoma upadkami!), o niewłaściwej polityce kadrowej.To prawda, że zaniechano spotkań owadów błonkoskrzydłych, przez co poczwarki stały się anonimowe.

Nie znaczy to jednak, że nie sprawowałam kontroli nad rozwojem Instytulacji pod tym względem. Na przykładzie róż(a)nolistów pragnę pokazać prowadzoną przeze mnie strategię. (Nie strategię, ale wykręty!) Otóż, młodzi pracownicy Zakładu Dyslektyki mieli uzupełnić „lukę" (cudzysłowem mrugam do Was,  bo żadnych luk u nas nie ma!), jaka powstała po odejściu samodzielnych błonkoskrzydłych. Na przykład Magister (tytuły zasłużonych osób piszę wielką literą!) Walenty Kubiak, będący pomysłodawcą swojej dysertacji (naprawdę sam ją wymyślił, jakże niezwykłe!) „miał przykazane" szukać (moja składnia świadczy o mnie!) inspiracji w epoce romantyzmu. (I znów zapodział mi się przecinek!) Natomiast schedę po Profesorze ABC ma przejąć Magister Lelia Mojęska. (Szczególnie dokładnie planujemy rozwój naukowy osób  nam miłych. Już jako magistrzy przejmują schedę po profesorach!). W innych Zakładach animatorami rozwoju naukowego są. wespół ze mną, ich kadrowicze. (Muszę o sobie napomknąć, prawda?!)

Jeśli chodzi o małą ilość pracowni w naszej Instytulacji, to myślę, że liczy się nie ilość, lecz jakość. Jak wiemy, do istniejącej pod egidą Profesora Jastrzębowskiego Pracowni Medalierskiej (słusznie,„Pod Egidą” to taki kabaret - jednoosobowy. ale jakość niezła!) dołączyła Pracownia Interkomputerowych Studiów nad Posttotalitaryzmem.  Projektodawcą była Profesor DEF. (Tym razem nie wespół ze mną: „post” mnie dyskwalifikuje, bo totalitaryzm ciągle mnie nakręca!) Myślę, ze w ramach tych pracowni będzie autentyczna działalność naukowa. (Styl niechlujny, ale w rzeczywistości mało nas obchodzi „autentyczna” działalność naukowa!) W kwestii następnych propozycji liczę na inicjatywy oddolne. Z inspiracji demonteriatu, a konkretnie Demonter Gillette i Demonter Grisette, zostały zreformowane istniejące wcześniej posttoalety. (Obie zasłużone uczone własnym duchem natchnęły te reformy. W rzeczywistości jednak nikt do tych posttoalet, czyli w nasze ustronne miejsce, nie zachodzi!). Ja natomiast zainspirowałam (bom nie gorsza jako muza!) Pana Doktora Dziębomiła do otwarcia posttoalety transaktywizacyjnej. Myślę także, iż sugerowana przez Profesora XYZ konieczność intensywnych działań w celu zwiększenia ilości wniosków o granty nie wymagają (oj, zapomniałam o zgodności podmiotu z orzeczeniem!) powołania trzeciego z-cy demontera. (Nie chodzi nam o granty naukowe, co widać na przykładzie grantów przyznanych bukolistom i Poliwskiemu, tylko o zwiększenie wniosków o nie, żeby się nazywało...!)  Uważam, że dużym błędem było pozbycie się w swoim czasie drugiego stanowiska administracyjnego w naszej Instytulacji. Od jakiegoś czasu usilnie zabiegam, i zamierzam to kontynuować, o etat administracyjny. I ta właśnie osoba powinna się zająć opracowywaniem wniosków o granty i odciążeniem zastępców demontera od czynności stricte administracyjnych. (Czytaj: jakieś dziecię mych krewnych lub znajomych potrzebuje pracy! No to będzie  produkować wnioski o granty! )

Jeśli jesteśmy przy administracji, to muszę powiedzieć, iż wiele czasu zajęło mi porządkowanie tej działki. (Było to siedem lat temu, ale te prace ogródkowe dotąd przeżywam i jeszcze długo będę przeżywała!) Spadek, jaki pozostawiła po sobie Pani Ewelina w postaci dwóch szaf, okazał się istną puszką Pandory. (Udała mi się amplifikacja!. Widać lwi pazur literaturoznawcy!) By pozostać w tej samej poetyce (a poetyki nauczam już kilkadziesiąt lat!) to powiem, iż magazyny to była istna stajnia Augiasza. (Z mych mitologicznych porównań widać me duże kompetencje naukowe!) Zużyty i zakurzony sprzęt sprzed kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat trzeba było zezlomować i wywieść. (Trudno sobie życzyć, aby sprzęt sam się wywiódł z budynku, na własnych nogach! Umiejętności ortograficznych nie przyswoiłam sobie!). W roli Heraklesa wystąpiła również Pani Ulana Udana (administrator budynku), za co chciałam Jej serdecznie podziękować. (Też zombie, sądząc z zaimka.) Podobna sytuacja była ze sprzętem komputerowym. Dopiero zdobyty przeze mnie etat informatyka (na którym zatrudniłam oczywiście oddaną mi osobę!) pozwolił na uporządkowanie tych spraw.

Poruszam te kwestie (przecinek) ponieważ uważam, iż zadania demontera Instytulacji nie ograniczają się do stymulacji rozwojem naukowym pracowników (znów mnie ta składnia skrzywdziła, u niektórych budzi nawet nieprzyzwoite skojarzenia!), bo powinien on być również gospodarzem. (A właściwie gosposią: kawka, ciasteczko, herbatka, a nawet toaścik szampanem!) I pod tym względem starałam się zadbać o naszą siedzibę. Do moich osiągnięć należy zdobycie finansów na inwestycje (Wypuśćmy wartość inwestycji. Tym razem trafiam w poetykę „pierwszego sekretarza”, który wylicza,  ile trzody chlewnej przypadło w zeszłym roku na przeciętnego zjadacza!) Zapytacie Państwo, czy jest jeszcze coś do zrobienia w tej dziedzinie? Odpowiadam: jest (przecinek) i to dużo. Co prawda nie uda się nam dorównać rodendronistom w ich nowej siedzibie.

Uważam, że kolejną inwestycją powinno być laboratorium sanskryckie. Będę wdzięczna za każdą podpowiedź o możliwości starania się o fundusze na ten cel. Chciałabym również uporządkować teren wokół naszej siedziby. (Szczytne to cele, godne placówki naukowej!) Zwracam się do Państwa o pomoc i współpracę w jak najlepszym zarządzaniu Instytulacją. Byśmy nie tylko nie zaprzepaścili wieloletniej pracy naszych starszych kolegów (By Polska rosła w siłę.. – to nasza organizacja partyjna nauczyła nas tej potocznej i rubasznej składni!), ale odnotowali znaczący progres (raczej znaczący regres!) w rozwoju zarówno naukowo-dydaktycznym, jak też polepszenia bazy materialnej. (Och, ta straszna składnia, znów mnie śmiertelnie ugodziła!)

(I jeszcze dodam, że jestem bardzo zadowolona z siebie!)

W trzecim zdaniu oryginalnej wersji tego exposé pani dyrektor IFS mówi o "horrorze", jaki spowodowały wystąpienia Państwa Lipowskich (ortografia!). W innym, wcześniejszym swoim przemówieniu pani dyrektor te wystąpienia nazywa wręcz "ekscesami". Oba wyrażenia dotyczą mojego (tylko mojego, nie wspólnego) przemówienia na Radzie IFS UWr., umieszczonego tutaj na blogu w dniu 18.03.2013. Każdy może sprawdzić "trafność" znaczeniową i stylistyczną określeń dobranych przez panią dyrektor dla zdefiniowania tego przemówienia. 

 

  

 

6.png1.png2.png8.png6.png8.png