Anna Zura wślizgnęła się na UWr. pod pretekstem, że będzie naukowo zajmować się semantyką i współpracować z wrocławskimi polonistami. Ale jak już się wślizgnęła, to na zebrania naukowe językoznawczej sekcji WTN nie chodziła wcale, co surowo skomentował organizator tych zebrań, dr hab. Jan Sokołowski. Wślizgnęła się, bo w ogóle jest śliska, zajęcia opuszczała, z wykonania poleceń się wykręcała (patrz wpis: Casus Balowski a wrocławska bohemistyka), …. a tu nagle… wślizgnęła się do mojej funkcji (którą zajmowałam 21 lat), mimo że byli pracownicy naukowi wyżsi od niej stopniem i koledzy z dłuższym stażem. Ale skoro śliska  i elastyczna, to dla aktualnych tzw. decydentów wydawała się … „wygodna”. Nikt inny z bohemistów nie zgodził się na tę podłą rolę, a ja do AZ wtedy zadzwoniłam i uświadomiłam jej nieetyczny charakter tego postępku.

Z semantyką jej jednak nie wyszło, trudna to zresztą dziedzina, trzeba do niej intelektu, więc AZ została… metodykiem nauczania języka. Jeśli chodzi tutaj o czeski - czy można nie znać języka, którego się naucza? Podobno można, zwłaszcza jeśli uczy się początkujących (którzy nawet nie wiedzą, że słyszą złą wymowę i uczą się półprawd) – podobno wystarczy, jeśli „nauczyciel” umie podpisać się w indeksie. Jak wiadomo, AZ przygotowuje się do tego starannie, wycina ćwiczenia z czeskich podręczników dla dzieci, podpisuje pod tym siebie, kseruje – no i jest (mam ksero broszurki)… Jak wiadomo, AZ z upodobaniem naucza „twardego/miękkiego” y/i w czeskim, nie bacząc na to, że Polaków tego uczyć nie trzeba, natomiast czeskie dzieci – je owszem… Łaaadnie!

Czy z tego ma być praca habilitacyjna? Jeśli tak, to potrzebny jest jeden, drugi, a nawet trzeci „dobry recenzent”.

- Znajdziemy ci dobrego recenzenta – mawiała mi radośnie Anna Paszkiewicz (swego czasu mawiała), była dyrektor IFS Wr.  Wtedy z tego nie skorzystałam, ale AP udowodniła to kilka lat później. Jak recenzentka z Opola odrzuciła książkę mojej byłej doktorantki, a ja zgodziłam się z jej zdaniem (wcześniej zresztą radziłam tej pani poprawki) – to dyrektor AP znalazła „dobrego” recenzenta, który pomógł książkę w tej postaci skierować do druku do Wydawnictwa UWr. Nie muszę dodawać, że ani recenzentka z Opola, ani ja tej wydanej książki nie zobaczyłyśmy na oczy

Stosownie do widzimisię dyrektor Anny Paszkiewicz lub innego funkcjonariusza (wtajemniczeni wiedzą, o kim piszę) można znaleźć również „złego” recenzenta – niechętnego, zazdrosnego, pozostającego pod wpływem napojów wyskokowych czy posiadającego inne słabości.

Kto będzie dobrym recenzentem dla AZ? Wyobrażam sobie tutaj prof. Mieczysława Balowskiego, który co prawda był promotorem jej doktoratu, ale w przypadku małych filologii, gdzie niewiele jest fachowców, można zrobić wyjątek. I jeszcze prof. Evę Mrhacovą, zatrudniona w Ostrawie i w Raciborzu  (patrz wpis: Casus Balowski a wrocławska bohemistyka).  Oboje pasują do roli „dobrych” recenzentów. (- Laurkę, proszę napisać laurkę – mawiał przy takich okazjach wspomniany tutaj dr hab. JS). „Domowym” recenzentem mógłby zostać dr hab. Krzysztof Kusal, który kiedyś w Leningradzie chodził ponoć na lektoraty języka czeskiego i z tego tytułu uczył czeskiego na Uniwersytecie Wrocławskim w latach 90. XX wieku. Potem miał wykłady z „fałszywych przyjaciół” tłumacza w językach słowiańskich, co zapewne powiększa jeszcze jego kwalifikacje. Na pewno „dobry” recenzent - aż strach, jaki dobry!

Ale może ktoś z polonistów? Skoro habilitację rusycystyczną W. z językoznawstwa recenzował literaturoznawca prof. Jacek Kolbuszowski, to czy językoznawczej habilitacji metodycznej nie może recenzować np. prof. Wojciech Soliński, znawca Hrabala? Albo JEDNAK  prof. Jan Miodek, który również opiniował moje „Kapoany”? Dziękuję po stokroć! – tym razem piszę serio.  

I tu mam jeszcze inny typ. Chodzi o dra Sebastiana Taboła, który przez ostatnie dwa lata pracował w Zakładzie Bohemistyki Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, chociaż nie wiadomo, czego tam uczył, bo po czesku nie umie ani słowa. Między studentami krąży dowcip, że znał tylko słowo „kawuszka” (miałoby to znaczyć ‘kawa’, ale takiego słowa w języku czeskim nie ma). Miał aż dwa doktoraty, zdobyte w tym samym roku po obu stronach granicy (w Ostrawie jest polonistyka) dotyczące z grubsza rzecz biorąc szkolnictwa na Opolszczyźnie.

Czyż nie jest tak, że panu ST dano okazję do zarobku, żeby z wdzięczności napisał pozytywną recenzję metodycznej „habilitacji” AZ, bo sam jako podwójny doktor habilitację pewnie rychle dostanie? Oczywiście taka „łaskawość” ze strony UWr., czyli płacenie pensji niepotrzebnemu dydaktykowi, który potem zrewanżuje się akceptując stopień naukowy paniusi, która preparuje cudze ćwiczenia i wciąż przebywa na zwolnieniach (zaczęło się to jeszcze za mego kierownictwa), może wydawać się strasznym nadużyciem – ale kto zna uczelniane stosunki-stosuneczki, ten wie, że to możliwe jest.

 

Zakończę  propozycją nie do odrzucenia. Znam naukowca z odpowiednim stopniem, a nawet z tytułem naukowym, który napisze recenzję tej habilitacji.

Jestem nim ja sama. Mam profesurę z historii literatur zachodniosłowiańskich i z językoznawstwa słowiańskiego. Mam długoletnią praktykę w uczeniu języka polskiego jako obcego (w tym czteroletnią na Uniwersytecie Karola w nauczaniu Czechów), i również długoletnią w uczeniu Polaków języka czeskiego. Jestem autorką dwóch podręczników do języka polskiego dla Czechów, z których jeden był wielokrotnie wydawany i jest używany na wszystkich czeskich i słowackich polonistykach uniwersyteckich (można sprawdzić programy nauczania w Internecie). Na pewno jestem zatem dobrą recenzentką, tylko bez cudzysłowu.

Chętnie 

 

Dodaj komentarz

7.png4.png4.png8.png1.png8.png