Dziekan cudownie ocalony 02 07.2015 19:26

Siedemnaste mrugnięcie wiosny, czyli siedemnasty, interakcyjny rozdział powieści

 „Śmierć dziekana” przypominam na prośbę P.T. Czytelników

(dane postaci zmieniłam, żeby nie myliły się z akcją książki i nie burzyły jej rozwiązania)

Okazało się, że dziekan sam się nadmiernie wychylił przez poręcz schodów, a tymczasem ktoś inny to wykorzystał i „praštil” go zbyt mocno. Wczuwając się w rolę społecznego inspektora bhp, dodajmy z należytą powagą, że nadmierne wychylanie się w pracy absolutnie nie jest wskazane, powinno być wręcz zabronione, bo konkuruje z wychyleniami drobnymi, nieznacznymi i mało odkrywczymi. Podobnie wysoka i grzywiasta fala morska nieprzyzwoicie, drażniąco i prowokująco konkuruje z drobnymi języczkami morza, które leciutko marszczą przybrzeżny piasek. Przypomnijmy, że trzej detektywi, specjalnie wybrani z szeregów policji dolnokuropaskiej, prowadzą śledztwo nad niespodziewanym spadkiem dziekana w dół, dokładniej mówiąc na dół „společných” (czyli wspólnych) schodów. Jednak rezultaty, jakie to śledztwo przynosi, okazują się podejrzane i niepewne. W zaproponowanej tutaj wersji optymistycznej dziekan Marceli Praszczur groźny upadek przeżywa, choć na duszy bynajmniej lekko mu nie jest. A oto, jak zakończyła się ta niemiła przygoda.

Protokolantka powieści Kosmassa Zossja Maxima zanotowała, co następuje:

Wstrząsem dla policjantów dochodzeniowych z sekcji morderstw i ciężkich uszkodzeń ciała okazało się odkrycie, że ciało dziekana Praszczura, spoczywające w prosektorium, wcale nie jest ciałem dziekana Praszczura, tylko ciałem pewnego „bezdomovca”, libertyna z Liberca, nałogowego narkomana. Ów narkoman był karany za handel narkotykami, uciekł  z Czech do Polski, ale tutaj też wpadł. Ścigany przez policję obu państw znalazł się na dnie. Na Dolnym Kuropasiu miał kompanów, którzy - liczył na to - pomogą mu przeżyć. Jednak te rachuby okazały się zawodne, życia zostało mu niewiele, stryczek wokół szyi nieuchronnie się zaciskał, aż zacisnął zupełnie. Nasz „bezdomovec” skończył tak marnie, że nawet jego tożsamość okazała się nieistotna, „zanedbatelná”.

Inaczej było z dziekanem Praszczurem: on nie był „zanedbatelný”, on był szalenie ważny. Podejrzane wydaje się zatem, że pomylono ze sobą dwa ciała, z których jedno w nocy otrzepało się i wyszło, a drugie nawet nie drgnęło i pozostało tam na wieki. Poza tym Czech Lidumil był wychudzony, a dziekan Praszczur gruby, więc jakim cudem przy inwentaryzacji w prosektorium doszło do aż tak drastycznej pomyłki? Sprawa do dziś pozostaje niewyjaśniona (choć oczywiście prywatny detektyw Rutkowski nad nią pracuje) – dość, że dziekan Praszczur odnalazł się w pewnym sanatorium o wysokim standardzie w Dusznikach-Zdroju („dušníci” to byli włościanie, chłopi pańszczyźniani - dziekan przecież też był kolega, „swój chłop”, więc pasowało jak ulał). Dziekan jednak milczy jak grób - przede mną, protokolantką Kosmassą Zossią Maximą również zataił, jakimż to cudem udało mu się wyjść z życiem z tak gwałtownego zetknięcia się z zimną i twardą posadzką. Sprawa dyscyplinarna groziła oczywiście lekarzowi sądowemu, który stwierdził zgon, ale tenże stary wyjadacz wybronił się okolicznością, że obaj panowie, dziekan Praszczur i Czech Lidumil, mieli cukrzycę, która, jak potwierdziła opinia biegłego sądowego, tak mogła zmienić parametry organizmu, że lekarz podpisujący akt zgonu mógł się pomylić.

Podejrzane wydawały się rezultaty identyfikacji zwłok ze strony najbliższego dziekańskiego dworu, to znaczy najbliższego przyjaciela profesora Iwona Krzyściura, najbliższej przyjaciółki, czyli radczyni ambasady Turkiestanu pani Agi Khan, oraz zwierzchniczki zmarłego, dyrektor Agłai Paszkwilanckiej. Jednak wszystkich formalności nie dotrzymano (bił się w piersi komendant G-ski): pani Aga Khan z przyczyn dyplomatycznych fatygować się nie mogła, Agłai Paszkwilanckiej jako kobiecie po przejściach postanowiono oględzin oszczędzić, a Iwo Krzyściur został obwiniony o zabójstwo dziekana z premedytacją, więc miał święte prawo, żeby kłamać w swojej obronie.

– I tak by pewnie odmówił zeznań – pocieszał się zawstydzony i skompromitowany komendant kuropaskiej policji dochodzeniowej.

Jednak niezrozumiałe było to, że Iwo Krzyściur rozpoznał zwłoki dziekana, bo jakże można kłamać, i to jeszcze wbrew swym interesom? Wydawała się ta wątpliwość logiczna, ale akurat prawdomówność i logika nie były najmocniejszymi stronami osób wykładających swe atuty w ulu na ulicy Kukułczego Gniazda 9. Profesor Krzyściur, jako „nieodrodny wolny syn pułku kozaków dolnokuropaskich” (tak podpisywał się w listach rozsyłanych na wszystkie strony, pisanych po kilku głębszych zanurzeniach w lek kojący nerwy), postanowił przyznać się do morderstwa i czekać, co będzie dalej. Jako ostrożny kunktator nie płynął nigdy pod prąd rzeki, wyczekując, aż rwący prąd zamieni się w wir, a oliwa na wierzchu się ukaże.

I stało się: oliwa wypłynęła, mleko się rozlało, nalano mu czystego wina (transponujemy tu czeskie powiedzenie), prawda prawdąca („pravda pravdoucí” po czesku) wyszła na wierzch. Zaczęło się od tego, że profesor Milumil Muminek, poeta liryczny, wieszcz narodowy i chluba naukowa miododajnego ula na ulicy Kukułczego Gniazda 9, dostał delegację służbową na walny zjazd Związku Polsko-Czeskiej Współpracy Naukowej (ZPCzWN), który miał miejsce w Polanicy-Zdroju w domu wczasowym „Jawa-Jawa – i jeszcze raz Jawa!”.

[Nazwa ośrodka wypoczynkowego, dodajmy, wzięła się stąd, że nocowało tu dwóch jawajskich kolarzy, którzy w roku 1967 wzięli udział w Wyścigu Pokoju. Jeden z nich został w polanickiej pamięci jako Jawa, drugi też jako Jawa, a trzecia Jawa to był motocykl. Niektórzy jednak twierdzą, że natchnieniem dla nazwy ośrodka był taniec „jive”, czytaj „dżajf”, który z upodobaniem uprawiano tu w dawnych czasach. W nazwie ośrodka pomylono pisownię.]

W nowych czasach obradująca tu elita naukowców nie tańczyła, tylko obradowała nad kierunkami polsko-czeskiej współpracy naukowej, których wyjściowa idea jest bardzo prosta: my współpracujemy z nimi, a oni z nami. Z tych i z kilku wcześniejszych owocnych obrad ZPCzWN został wydany tom naukowy pt. „Dalsze kierunki polsko-czeskiej pracy naukowej i współpracy badawczej”. Żeby było bardziej intrygująco, referaty powstałe w języku polskim opublikowano po czesku, a referaty napisane po czesku zostały przetłumaczone na polski (wydanie takiego tomu jest przypadkiem autentycznym! – zaręcza nam informatorka i protokolantka wydarzeń Kosmassa Zossja Maxima). Do Europejskiej Komisji Grantowej zgłoszono projekt tego epokowego wydarzenia, otrzymano na to grant, a całe wydarzenie   zainaugurowano słowiańskimi uściskami „na niedźwiadka”, czemu kilku praskich Czechów i Niemców przez chwilę przyglądało się w osłupieniu, ale w końcu uprzejmie uściskać się pozwoliło. – Ot – pomyśleli sobie -  folklor dolnokuropaski.

Dom wczasowy „Jawa-Jawa – i jeszcze raz Jawa!”, upamiętniający dwóch jawajskich rowerzystów (choć może to byli tancerze?), nie licząc motocykla, prowadzi poczciwa (choć nie całkiem „poctivá” po czesku) pani Henia, dobra znajoma organizatora spotkania, której interesy nie idą ostatnio najlepiej. Następna konferencja z tej serii i w tym miejscu (oraz w tym samym składzie uczestników) będzie nosiła tytuł „Perspektywy polsko-czeskiej pracy badawczej i współpracy naukowej”. Perspektywy są szerokie, dostrzega się je w sinej, niezgłębionej dali – nie trzeba będzie rozliczać się z ich realizacji. Najcenniejsze jest bowiem to, co „będzie”, a nie to, co się dzieje teraz, dlatego bieżące osiągnięcia – „jsou fuč!” Na cześć tego ważnego odkrycia – jeszcze raz Jawa!

Ale wróćmy do dolnokuropaskich przygód prof. MM, zawodowego liryka,  którego poetycka dusza żąda ciągle nowych i nowych wrażeń. Skoro już znalazł się w Polanicy, chciał zajrzeć jeszcze do Dusznik-Zdroju, aby pochodzić sobie „ po stopách” wielkiego kompozytora Fryderyka Chopina, który tam się urodził i umarł, a resztę życia spędził w Paryżu, więc mylnie go brano za Francuza. Spotkał tam (sen mara, Bóg wiara!) kogoś bardzo przypominającego byłego dziekana Praszczura, ale odchudzonego. Po kuracji przywracającej do życia w prywatnym sanatorium o podwyższonym standardzie „Gargantua i Pantagruel” dziekan Praszczur poddał się również innej skutecznej kuracji – tym razem w słynnym w całej Polsce ośrodku odchudzania „Trzy ziarnka ryżu”.  Rezultaty były naprawdę imponujące: w białe dziekańskie ogrodniczki na szelkach, w których zwykł był dziekan na co dzień paradować, weszłoby teraz dwóch kolejnych dziekanów.

Pan profesor Milumil Muminek, znany ze swej delikatności uczuć, na wszelki wypadek udał, że go nie poznał (wydało mu się bowiem, że chudy Praszczur nie życzy sobie dekonspiracji), ale kierując się szlachetnie pojętym interesem społecznym znalazł w kieszeni wizytówkę szefa policyjnej grupy dochodzeniowej i natychmiast zadzwonił do niego na komórkę. Wszystko się wyjaśniło, oskarżony o zabójstwo profesor Iwo Krzyściur został uniewinniony, sąd tylko udzielił mu ostrzeżenia, żeby już żadnych anonimów, na Boga, nie pisał, i żadnych głębszych zanurzeń zbyt szybko, jeden za drugim, nie czynił.

– Żadnych anonimów, żadnych! Czy pan zrozumiał, panie Iwonie Krzyściurze? – naciskał wysoki sąd w osobie blond gwiazdy telewizyjnej z brwiami uczernionymi pod kolor togi – I alkoholu jak najmniej! Tylko tyle, ile pan musi!. – Krzyściur przez cały czas kiwał głową, że owszem, że rozumie.

Profesor Krzyściur jednak trudno niósł winę wobec Praszczura, który do funkcji niestety już wrócić nie mógł: zastąpił go profesor Ziemiopolski ze znanej polskiej rodziny Ziemiopolskich, w gruncie rzeczy rodziny jeszcze wyżej uszlachconej niż rodzina Praszczurów herbu Praszcz. Obaj byli wielce „honorowymi” potomkami polskiej szlachty, więc na serdecznych palcach obaj nosili rodowe złote sygnety z herbami, o iście czarodziejskich właściwościach. Przekręcenie pierścienia zamieniało Najwyższą Radę Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Kuropaskiego w szlachecki sejmik. Obaj mociumpanowie (po czesku „milostpáni”), internetowi potomkowie Sejmu Wielkiego, ustalili między sobą, że liberum veto na sejmikach odpada, wetować nie wolno pod żadnym pozorem, można tylko powetować sobie straty. - ... co niniejszym czynię – dodaje protokolantka tych wydarzeń Kosmassa Zossja Maxima.

Dziekan Praszczur wrócił zatem do swego brzęczącego ula na Kukułczego Gniazda 9, wzbudzając, zachwyt u studentów. Młodzież podziwiała jego cudowne ocalenie, widząc w tym dowód na metafizyczną konstrukcję wszechświata. (Nie wszystko się bowiem kończy, życie może mieć swój ciąg dalszy: obudzimy się, otrzepiemy... i idziemy dalej.)

W ferworze ogólnego entuzjazmu Krzyściur zgłosił się pokornie do Praszczura (herbu Praszcz), prosząc o stosowną karę, która pozwoliłaby wrócić do należnego szacunku w oczach drogiego przyjaciela i prorektora (pardon... protektora!). W tej sytuacji dyrektor Paszkwilancka zwołała Radę Instytutu SS Uniwersytetu Kuropaskiego. - Obecność obowiązkowa, chyba że ktoś ma u mnie stałe usprawiedliwienie! – zaznaczyła w zaproszeniu, czyniąc ustępstwo dla chronicznie zapracowanego, ponad stan swej potencji twórczej, profesora Muminka.

- Jaaaa.... jako były dziekan i ofiara zamachu znajduję się w tej chwili w fazie przejściowej, boć ani jeden ani drugi stan już mnie nie dotyczy, oba zakończyły się klęską – rzekł z głęboką powagą dziekan Praszczur. Obecni naukowcy wydali z trzewi przeciągły jęk żalu, wiedzieli bowiem, jak bardzo dziekan tęsknił do rektorskich insygniów, one wszak nie były mu dane. – Proponuję zatem, żeby każdy z nas zgłosił pomysł, jak ukarać profesora Iwona Krzyściura, by swój brzydki czyn odpokutował. Przypominam, że wprawdzie jestem połową poprzedniego mnie, optycznie i kompletnie, ale dziekanem jednak byyyłem! Pozostanie po mnie ta siła fatalna, co mnie żywemu na nic, tylko czoło zdobi..., Pozostanie po mnie moc mi wlana i przelana na następnego dziekana – tu dziekan się wzruszył i zakołysał na mównicy, aż nogi dosłownie ugięły się pod nim. – Pozostanie po mnie stempel na opinii pani Kosmassy Zossji... pieczątka, która zakwitnie jak ten kwiat czerwony, rzucony na mój grób. Ten prawdziwy grób – dodał z naciskiem, tocząc wzrokiem groźnie – a nie tak, że niektórzy już mnie pogrzebali. Ja wróciiiiiłem! – ryknął znów niby ranny lew.

Przerażonym członkom Rady włosy stanęły na głowie, głowili się tak bardzo, że zwoje mózgowe uciskały im czaszki, panie obracały się do siebie na krzesełkach i częstowały wzajemnie paracetamolem. Jednak wybrani członkowie Rady, telefonicznie uprzedzeni przez dyrektor Paszkwilancką ..., wiedzieeeli już, o co chodzi! Odpowiedź mieli przygotowaną zawczasu, paracetamolem pogardzili, włosy im powiewały swobodnie, a w oczach czaiła się skwapliwa przychylność dla dyrekcji i wszelkich byłych dziekanów.

– Pozwolą państwo, że ja jako pierwsza zgłoszę projekt. Proponuję, żeby profesor Krzyściur na trzy lata został wykluczony ze spotkań towarzyskich moich wyborców – odezwała się dyrektor Paszkwilancka. – Ostatnio kupiłam naprawdę cenne przedmioty: pozłacane łyżki z herbem von Auerbergów, prawdziwą porcelanę z Donbasu  oraz dywan z wełny tak czystej, że służy mi również jako chusteczka higieniczna. Kosztował siedem tysięcy złotych plus napiwek dla bacy za ekologiczną hodowlę. Nie życzę sobie, podkreślam, nie życzę sobie, żeby ktoś, kto splamił się tak haniebnym czynem, choćby nawet ten czyn okazał się nieskuteczny, jadł z mojej porcelany moją pozłacaną łyżką, a sos z brody kapał mu na mój dywan. I niechże tak zostanie, zanim porcelana się nie stłucze, pozłotka na łyżkach do cna się nie zetrze, a mój filigranowy piesek nie posiusia dywanu. Potem zobaczymy...

– A ja proponuję – profesor Taras Blboardowicz uśmiechnął się złośliwie – żeby cofnąć decyzję uznającą Krzyściurowi habilitację z Tataropietrowska. Słownik to za mało na habilitację, u nas by nie dostał.

– To niemożliwe proceduralnie – zgłosiła sprzeciw dyrektor Paszkwilancka.

– Jak to niemożliwe? Wszyscy podpisani w protokole oświadczą, że protokół sygnowali pod przymusem, że ulegli naciskowi, że wystąpił konflikt interesów, ale najlepiej oświadczyć, że ci, co o Krzyściurze pisali dobrze, to w gruncie rzeczy idioci, a mądry jest tylko jeden, ten, kto napisał o nim źle... I już! W ten sposób wszystko da się odkręcić. Nawet decyzję naszej Rady Wydziału Humanistycznego starałem się w Warszawie odkręcić. I wyobraźcie sobie, że mało brakowało, żeby to przeszło – pochwalił się Blboardowicz, a głos mu ścieniał do falsetu i podwyższył się do górnych rejestrów. Wydawało się, że mówca wzleci za swym cienkim głosikiem i zginie w przestrzeni. Kilka pań nerwowo zachichotało, ktoś chrząknął znacząco i zapamiętał sobie, które to ślicznotki-chichotki są specjalnie wrażliwe na ten głosik.

– Niestety profesora Milumila Muminka dziś nie ma..., nieobecność oczywiście usprawiedliwiona, cenny profesor tylko co drugi czwartek nam się materializuje, prawda? – powróciła do głosu Paszkwilancka. – Ale mój Miluś Milusiński wczoraj dzwonił, że przynajmniej per procura chce uczestniczyć w życiu Instytutu, czuje się bowiem  jednym z nas. Per procura ad astra, ładnie , to po łacinie, prawda?.. Upoważnił mnie do przedstawienia państwu oryginalnej propozycji per rollam, czyli ze mną w roli głównej – tu nabrała oddechu, a tymczasem powracająca z zagranicznego tournee marketingowego pani Alicja Zapokiernik ten ułamek ciszy sprytnie wykorzystała i wystawiła w górę dwa palce, ostentacyjnie zaznaczając gorliwą niecierpliwość:

– No właśnie, jeśli pani dyrektor pozwoli, to ja też... ja też chcę coś powiedzieć!

– Zaraz, pani doktor, zaraz – uciszyła ją dyrektor Paszkwilancka, jako osoba kierująca Radą miała prawo. – Nasza Alicja-w-krainie-czarów-marów  wciąż gotowa na Radę do wejścia w paradę, ha, ha, ha! – roześmiała się dobrotliwie, ale popatrzyła na nią nieprzyjemnie, choć zaledwie przed kwadransem obie damy komplementowały sobie spódniczki, w jakich zdecydowały się dziś wystąpić.

– Panie pewnie ostrzej się zetną w następnym starciu – pomyślało sobie kilkoro inteligentniejszych uczestników zasiadającego tu gremium. - Być może młodsza wbije nóż w plecy starszej, żeby tylko swoją karierę przyspieszyć

– Propozycja profesora Muminka jest taka – ciągnęła zawsze elegancka pani Paszwilancka – żeby za karę profesor Krzyściur trzy lata uczył u nas języka czeskiego. Akurat czeskiego u nas się nie wykłada, ale skoro profesor Krzyściur ongiś uczył perskiego – tu puściła perskie oko - to do puli przedmiotów wybieralnych możemy włączyć czeski, który o wiele łatwiejszy jest. Chodzi oczywiście o taki starożytny czeski, wiadomo, że to najstarszy język słowiański albo coś tak, o uszy mi się w telewizji obiło... W razie czego niech kolega Krzyściur rozda studentom referaty, żeby opisali, co tam ewentualnie byłoby do opisania. Przecież i tak wszystko jedno..., a jak studenci chcą zaliczenie, protestować nie będą.

Zapadło milczenie, nikt z obecnych nie wiedział, jak na to szczere wyznanie zareagować. W gruncie rzeczy wszyscy myśleli podobnie, ale żeby głośno o tym mówić? Paszkwilancka chyba długo nie pociągnie jako dyrektor i nawet psychiatria nie pomoże, choć ofiarom indoktrynacji w systemie komunistycznym, czyli zbiorowego gwałtu popełnionego przez ideologię na członkach partii robotniczej, należy się chyba jakieś wsparcie i rekompensata od demokratycznego i wolnego społeczeństwa. Prawda?

– Ja tam czeskiego nie znam – odezwał się Krzyściur z miną wielce skruszoną, bo postanowił przyznać się do wszystkiego, czego od niego oczekiwano.  – Z ręką na sercu powiem – zapisała w protokole Kosmassa Zossja Maxima – że on  właściwie odczytał intencje gnębicieli. Nie chcieli jego zguby, chcieli mu tylko tak przyłożyć, żeby skomlał i przepraszał.

 – Perskiego też właściwie nie znam – ciągnął Iwo, który dla przebaczenia gotów był na wszystko – w Tataropietrowsku mieszkałem z jednym, spał z kałasznikowem pod poduszką, trochę mnie przyuczył... Ale przysięgam, że jak będzie trzeba, to ja te dziesięć koron w antykwariacie wyłożę i czeską książkę nabędę... Anonimy posyłałem, przyznaję, ale to była moja prywatna korespondencja. Jak jeden kolega po fachu przesyła drugiemu koledze po fachu, to chyba normalne, nie?

– Ja chciałabym zgłosić swoją propozycję, czysto formalną – odezwała się wytrwale doktor Zapokiernik, wierna konsekwentnemu natręctwu jako jednej z podstawowych sztuczek marketingowych. – Chodzi mi o to, że posiedzenia Rady Instytutu powinny być w czwartki, bo wtedy przyjeżdża nasz ceniony profesor Milumil Muminek. Proszę o zaprotokołowanie mego wniosku i doniesienie o tym profesorowi Muminkowi – dokończyła głosem drżącym, ale niezłomnym. – I jeszcze dodam, że ja osobiście już kupiłam czeską książkę w antykwariacie. Trochę ją powycinałam, ale jeszcze jest w całkiem dobrym stanie, mogę pożyczyć.

Znów zapadła cisza, bo pani doktor jak zwykle trafiła jak kulą w płot. Wychudły dziekan Praszczur przetarł okulary i przeniósł na nią zmęczone oczy o źrenicach jak czarne oliwki wetknięte w nieświeże, żółtawe białka, pokropione jeszcze sosem pomidorowym (skojarzenie nieco upiorne, ale trafne). – Droga pani doktor, nasze posiedzenia Rady zawsze są we wtorki, czy pani sobie wyobraża, że my z powodu jakiegoś Czechaczka będziemy to zmieniać? – zapytał retorycznie, a wszyscy gwałtownym kiwaniem głową potwierdzili jego słowa.

– Jako były dziekan... a dodam, że przeszłość dziekańska czy ambasadorska jest niewyobrażalnym zaszczytem... – ciągnął Praszczur dobitnie, a jego słowa padały rytmicznie i ciężko, jak kule kałasznikowa spod poduszki – sądzę, że najlepszą formą kary, której dobrowolnie podda się nasz kolega, i jednocześnie najbardziej dotkliwą formą zadanej mu pokuty, będzie pokucie... przepraszam, przejęzyczyłem się... przykucie go do fotela przed komputerem. Co godzinę pan profesor Krzyściur będzie stawiał minusy wszystkim wpisom na blogu Kosmassy Zossji Maximy, której niniejszym maksymalizmu odmawiam i do Minimy ją degraduję w ramach przysługującego mi rzutu na taśmę. Z profesorem Ziemiopolskim, który funkcję dziekańską przejął, zawarłem zresztą umowę, że w Instytucie Studiów Starożytnych mogę sobie robić, co mi się żywnie podoba – dodał Praszczur z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, ale ci, którzy go znali, wiedzieli, że za pozornie obojętną miną ukrywa się uczucie ciepłej błogości w sercu... że on, ten nieszczęśliwy uniwersytecki alpinista, którego lawina, przez nieostrożne stąpnięcie wywołana, zmiotła tuż pod samym szczytem, jakieś przywileje jednak zachował. – Na czas pokucia w postaci przykucia profesor Krzyściur wykłady powierzy przyjaciołom, ma ich wielu, nie tylko z szeregów fałszywych przyjaciół tłumacza. Jeśli sprawdzi się w funkcji, którą mu powierzymy, to znaczy, że tak naprawdę nie chciał mnie zabić, tylko potrącić ostrzegawczo, a ja się zachwiałem... Ale na długo się nie zachwiałem! – ryknął znienacka Praszczur swym tubalnym głosem, aż wszystkim mróz po plecach przeszedł.

- Trwaj ciszo! Jesteś piękna! - zapisała w protokole Kosmassa Zossja Minima.

– Nie martw się, Iwo, ja ci pomogę stawiać minusy – martwą ciszę przerwał głos pani Alicja Zapokiernik, która powinna się nazywać Zawciśnik, bo trafnie ocenia szanse, kto ma większe przebicie, i biegnie do tego szczęściarza czy szczęściary, którzy nie mają jeszcze nawet pary (po czesku „nemají ani páru”), że ich gwiazda już się rozświeca. Profesor Iwo Krzyściur nie miał pojęcia, że w męczennika się przemienia, że Praszczur-gwiazda zaczyna gasnąć, wkrótce będzie tylko mokrą plamą na ścianie albo pożółkłym papierem w archiwum, a on, Krzyściur-gwiazda, wzejdzie na dolnokuropaski firmament uniwersytecki i kierownikiem Centrum Języka Perskiego zostanie mianowany.

Liczą się bowiem tylko tajemnicze magnetyczne podziemne prądy, dodatnie lub ujemne. Tak sądzi ciemny lud - ale naprawdę, to dobrze, jak kierownik jest trochę skompromitowany. (Ale tylko trochę, bo jak przekroczy poręcz, to spada się w dół: w studnię schodów lub w Czarci Żleb... delikwent sam powinien to wyczuć. ) Skoro ci na dole i ci na górze „coś na niego mają”, to wygodniej pociąga się za sznurki. W razie czego można mu pogrozić, że jak podskoczy, to stare grzeszki się zmaterializują. Jeszcze lepiej jest mieć "coś" na tych, co na górze, o czym także uczy cały „příběh”.

Pani Krzyściurowa, którą ostatnio też włączono do Rady, rzuciła szybkie spojrzenie w kierunku gorliwej Zapokiernikowej (Zawciśnik?), o co właściwie temu babsku chodzi? Przypuszczenie, że to żadna damska konkurencja, okazało się słuszne, więc odetchnęła z ulgą. Zapokiernik-Zawciśnik uśmiechnęła się do niej przymilnie, mając przeczucie prorocze, że oto dołącza do przyszłego zwycięzcy i otaczającego go grona. Ale Krzyściur wciąż nie wiedział, o co chodzi.  na razie czuł się jak wycieraczka, w którą wszyscy wycierają sobie zabłocone buty. Wyjąwszy panią Zapokier-Zawciś, która tak okazale go zaaprobowała. [Może więc Krzyściur rozwiedzie się i ożeni z Zawciśnikową? Kto wie!]

Był czas, aby przystąpić do głosowania nad wnioskiem cudownie odnalezionego dziekana Praszczura, toczącego wokół siebie błędnym wzrokiem z przekonaniem, że pojedyncze krnąbrne sztuki trzeba natychmiast zawrócić do pożądanego rogu pastwiska, a niektóre z nich nawet odżałować – porazić prądem i na rzeź!

Obie wicedyrektorki, błyszczące fryzurami w odcieniach rudozłotym i czarnym z granatowym połyskiem, sprawnie rozdały wszystkim karteczki z napisami: * tak * wstrzymuję się * nie *. W rękach obecnych pojawiły się długopisy, każdy starannie zakreślił kółko po lewej stronie, a Praszczur i Krzyściur, cokolwiek bladzi, ale bystroocy, pilnie i solidarnie rozglądali się, czy wszyscy głosują, jak trzeba. Wszyscy głosowali, jak trzeba, bo jeśli ktoś zgłosiłby zastrzeżenia do swego zwierzchnika (na przykład do dyrektor Paszkwilanckiej, do byłego dziekana Praszczura - boć przecież wszyscy równi są!!!), to rzecznik spraw dyscyplinarnych Uniwersytetu Kuropaskiego w Pasikurowicach bez zmrużenia oka oświadczy, że on - a właściwie ona - czuje się "ramieniem rektora", czyli interesuje się jedynie zachowaniami, na których naganność zwróci uwagę najwyższa władza. Rzecznik spraw dyscyplinarnych radzi natomiast zwrócenie się do sądu: co ponoć w Stanach Zjednoczonych jest normalne, tylko u nas - nie wiadomo czemu(!) – ciemni ludzie mają takie opory. A więc czemu miałabym mieć opory, skoro to normalne?

 

 

 

 

Dodaj komentarz

7.png4.png1.png6.png2.png8.png