Czy ze środowisk naukowych staje się kosz na śmieci? 28 07.2015 20:01

Daaawno już temu uczyłam w szkole budowlanej, którą opiekowało się tzw. zjednoczenie kilku państwowych przedsiębiorstw budowlanych. Nauczycielkami były panie, na ogół zresztą solidne i niegłupie, ale dyrektorami i zastępcami byli wyłącznie mężczyźni. Mężczyznami byli też kierownicy wydziałów (szkoła była duża). Mówiło się po cichu, że jak w produkcji lub na budowie pan inżynier nie radził sobie, to zsyłano go do szkoły (technikum też było – a jakże!), a dla osłody tej zsyłki dostawał funkcję „wiodącą”. W nowym miejscu niewielką niósł ponoć odpowiedzialność (?), nic się fizycznie nie mogło zawalić (?), a „plan” był zawsze wykonany, przynajmniej na papierze, w dzienniku.

Rzeczywiście dyrektor tej szkoły całymi godzinami stał na korytarzu przy akwarium z założonymi do tylu rękami – obserwował rybki. Jeden z kierowników wydziału „zaszczycił mnie” hospitacją – usiadł i natychmiast usnął, a potem wpisał mi jedyną negatywną uwagę  o treści: krzesło w ostatniej ławce się chwieje. Do najważniejszych zadań nauczycieli należało pilnowanie: 1) żeby chłopcy nie mieli długich włosów, 2) żeby uczniowie przebierali w szkole kapcie, 3) żeby nikt nie palił na korytarzu papierosów (brzydkich wyrazów jeszcze nie rzucano tak powszechnie). Ja się jednak przejęłam merytorycznie swoją pracą i założyłam w szkole dwa kółka (miłośników książek i recytatorskie), co inni nauczyciele przyjęli z przekąsem, a jedna z koleżanek skwitowała moje wysiłki: „pani Zosia chyba chce się wyróżnić”.

Przypomina mi się anegdota o polskiej wycieczce, która wpadła w ręce afrykańskich kanibali. Kanibale ich wrzucili do kociołka z jedzeniem, a jak ktoś się chciał ratować i wyciągał z kociołka głowę, to reszta uczestników wycieczki ściągała go za nogi w dół.

Teza, że jak ktoś nie radzi sobie, nie stać go na więcej, zostaje nauczycielem czy naukowcem, byłaby oczywiście dużym uproszczeniem i krzywdą dla wielu osób, ale – każdy przyzna – coś w tym jest. Zależy oczywiście od dziedziny naukowej i od konkretnego środowiska. Wciąż jesteśmy w trakcie totalnej przeprowadzki z jednego systemu politycznego do drugiego. Jak to przy przeprowadzce - pokoje sprząta się kolejno: w jednym jeszcze stoją kubły ze śmieciami, w innym już błyszczy świeżo umyta posadzka. 

Mogę oczywiście mówić tylko o tym, co sama widzę, wiem i obserwuję - jako osoba z polonistycznym magisterium i doktoratem oraz bohemistyczną habilitacją i profesurą. Moi byli koledzy-rusycyści wyłonili się z późnych repatriantów zza wschodniej granicy. W latach 50. - 60, chodzili tam do rosyjskojęzycznych szkół, potem wybrali studia rusycystyczne, bo w ten sposób pół studiów  mieli z głowy. Ja odwrotnie, zawsze wybierałam to, co nowe i trudne, chociaż nie twierdzę, że jest to najlepszy sposób na życie. Nie dopasowałam się do swoistego wrocławskiego „obozu porepatrianckiego”, a jeszcze mniej dopasował się mój czeski mąż, w swych działaniach skrajnie porządny i konsekwentny. Jak pisał książki naukowe - to pisał - zamiast robić sobie znajomości „w środowisku”, wyświadczać wzajemne przysługi i kibicować życiu towarzyskiemu (co „opłaciłoby się” podobno). Jak został profesorem belwederskim, to tytuł dopełnił sobie jeszcze kilkoma praktycznymi dziedzinami, które gwarantują mu niezależność od osób, które - nie bez powodu - szanować przestał.

Degradacja środowiska polega między innymi na wydawaniu „naukowych” książek, w wielu względach przypominających te, które cytowałam w poprzednich wpisach na tym blogu. Ale co tam książki!  Przeciętny człowiek, a nawet przeciętny student, i tak ich nie przeczyta, bo po co. Istotniejsza jest dydaktyka.

„Śmieciowość” zajęć, którą Wydziałowi Filologicznemu UWr. wytknęła Państwowa Komisja Akredytacyjna, próbuje się zmniejszyć za pomocą jak najbardziej szczegółowych opisów i przepisów dotyczących tych zajęć. Teraz obowiązują nie tylko tzw. sylabusy, ale też sprawozdania z !wykonania zajęć i metody kontrolowania kolejnych postępów studentów. Czyli „papierkologia stosowana” w postaci stosów celulozy do recyklingu i – dubletowo – elektronicznych wersji tych dokumentów. Tak jak w opisywanej tu na początku szkole – plan „w szkolnym dzienniku” będzie wykonany.

Nic jednak się nie zmieni, jeśli będą uczyli ludzie nieuczciwi, niedouczeni i niezdolni. Jeśli od osób nauczających języka czeskiego (na przykład) nie będzie się wymagało ABSOLUTNIE PŁYNNEGO OPANOWANIA języka i jego niuansów.

Dlaczego tłumacze przysięgli muszą zdać trudny i wieloczłonowy egzamin w Ministerstwie Sprawiedliwości (ustny i pisemny), dokumentowany na nośnikach elektronicznych w obecności kilku zaufanych osób z różnych środowisk? Nikt z absolwentów filologii czeskiej nie porywa się na zdanie tego egzaminu. Tymczasem uczącemu języka czeskiego na Uniwersytecie Wrocławskim wystarczy dawno ukończony lektorat czeskiego w Opolu? Ewentualnie rozprawa doktorska o Wandzie Chotomskiej (sic!). Tak jak w opisanej na początku szkole – kto języka wcale nie zna i tłumaczyć nie umie – uczyć OWSZEM MOŻE, i to całą gębą.  Na „zwykłych” egzaminach  pyta jedna i ta sama osoba (od Chotomskiej czy od Sienkiewicza...), a egzaminy magisterskie są teatralnie przygotowane, bo „i tak ich wszystkich znamy, nic nowego nie powiedzą” (cytat z zasłyszanej wypowiedzi).

A nawet jeśli język czeski ktoś zna, np. pan Libor Martinek - jakie ma kwalifikacje metodyczne? I jaką prezentuje uczciwość wobec Uniwersytetu Wrocławskiego? Słyszałam od uczestnika „lektoratów magisterskich”, że na te lektoraty przynosi polskie wiersze, które zamierza tłumaczyć, i ćwiczy... wstawianie interpunkcji w tych wierszach. Czyli nie uczy, ale w ramach etatu na UWr. żąda od studentów przysług dla siebie. A jaki jest poziom jego tłumaczeń na czeski, skoro tłumacz-poeta myśli, że dzięki „właściwie” wstawionym przecinkom polska poezja stanie się dla niego bardziej „zrozumiała”?

 

Boleśnie przeżywam takie wieści. Napisałam „Historię literatury czeskiej”, z którą dostałam profesurę belwederską i nagrodę Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego.  W trakcie pisania musiałam się ograniczać tematycznie i materiałowo (objętość!), pozostały mi w teczkach ciągi bardzo ciekawych wątków, które miałam nadzieję rozwijać na przyszłych wykładach i seminariach (mam kontakt z trojgiem słuchaczy, sporadycznie też z innymi), zgromadziłam masę potrzebnych książek (dotąd je studentom pożyczam). Tymczasem decyzją rektora UWr. prof. Bojarskiego nie przedłużono mi zatrudnienia, a na moje miejsce (TO SFORMUŁOWANIE – PRZYPOMINAM – MAM NA PIŚMIE) zatrudniono niejakiego pana Martinka z Opawy! Rektor – jak oświadczył w sądzie – w tej decyzji kierował się głosowaniem na Radzie Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr. (głosowanie opisałam we wpisie „Pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy”), a jako alternatywę jego decyzji podsunął mi propozycję, żebym u poprzedniego dziekana Wydziału Filologicznego UWr., rusycysty pana Sarnowskiego okazała skruchę (?), czyli  – jak to kobieta przed mężczyzną – rozpłakała się!!!

 

Dodaj komentarz

7.png4.png1.png6.png2.png1.png