10 02.2017 13:00

Wypowiedź na stronie: Strajk.eu

Znajomy akademik napisał na Facebooku: “Zwijamy się. Pisowskie ch… zabrały się za uczelnie”. Wie, co mówi. Jest wykładowcą literatury i kultury krajów bałkańskich. Jeśli wejdą w życie nowe pisowskie pomysły na kształtowanie rynku – tak, rynku! – uczelni wyższych, jego świetne, inspirujące zajęcia, które wciąż mam w pamięci, mogą stać się niedostępne dla tych, którzy nie będą w stanie zapłacić grubych tysięcy za możliwość studiowania na państwowej uczelni.

PiSowi nie wystarczyło rozwalenie edukacji na poziomie podstawówek i gimnazjów. Wyrok, który brzmi “urynkowienie uczelni”, wydany został już dawno, teraz tylko trwa wybór odpowiednich narzędzi zbrodni. Ministerstwo nauki powołało trzy zespoły, aby przedstawiły swoje koncepcje zmiany ustawy o szkolnictwie wyższym. Jedna z nich zakłada całkowite zniszczenie dostępu do bezpłatnej nauki i swobodnego wyboru kierunku studiów. To państwo będzie decydowało o tym, na które kierunki istnieje “zapotrzebowanie” na rynku – i dotować będzie wyłącznie te wybrane. Kierunki podzielone zostaną według subiektywnego kryterium użyteczności. Za te, które spoconym politykom z wąsem wydadzą się nieprzydatne – będziemy musieli zapłacić uczelniom sami.

Wyobrażacie to sobie? Bo ja owszem – komu potrzebna stanie się slawistyka, filozofia, czy nie daj Boże demoniczne gender studies, gdy Polska będzie potrzebowała nowych badaczy jedynie słusznej linii dziejów, teologów, specjalistów od naprotechnologii czy znawców wojskowości, dyżurnych czcicieli NATO? To stare pomysły Kudryckiej o odpłatności za drugi kierunek, tylko że odkurzone i podniesione do potęgi entej. I naprawdę niebezpieczne.

W rzeczonym projekcie dofinansowanie dostać mają bezwarunkowo tzw. Kierunki zaufania publicznego – prawo, medycyna itd. Ale minister Gowin chce pójść jeszcze dalej. Ma zupełnie inną koncepcję. Pytany o nowe wytyczne, westchnął, że on osobiście, gdyby mógł, wprowadziłby odpłatność przede wszystkim za studia lekarskie. Dla mniej zaradnych byłby kredyt studencki, który, cytuję “trzeba by było odpracować przez kilka lat”. Czyli będziemy kształcić jeszcze mniej lekarzy. Bo przecież mamy ich za dużo.

Do pomysłów resortu proponuję dołożyć jeszcze jeden, autorski: całkowicie zawierzyć wszystkie państwowe uczelnie Maryi i zbierać co łaska od każdego studenta tuż przed rozpoczęciem sesji. A tymczasem uczelnia ojca Rydzyka właśnie dostała kupę kasy na prowadzenie wakacyjnych kursów języka i kultury polskiej dla przyjeżdżających do naszego kraju cudzoziemców. Jakimś cudem w tym roku w puli uczelni, które dofinansowanie zawsze dostawały, zabrakło Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mimo że Kraków zajęcia te prowadzi najdłużej. Pewnie dlatego, że uczyli tam o historii polskich Żydów i przemianach we współczesnym kinie. Toruń weźmie na tapetę wyklętych i po prostu zrobi to lepiej.

Oczywiście, z całych sił nie chcę, żeby szkolnictwo wyższe "storuniało" czy "spisowiało" pod względem nauczanych treści czy organizacyjnie. Uniwersytet Jagielloński zawsze był Mekką dla cudzoziemców uczących się po polsku - i tak powinno zostać.

Z moich obserwacji jednak wynika, że zagrożone kierunki same lekkomyślnie i lekceważąco zapracowały na to zagrożenie. Pracowałam w instytucie rusycystycznym (który nazwał się "słowiańskim" - nienowy to chwyt propagandowy wśród rosyjskich ideologów). Nieuzasadniona buta, buta i jeszcze raz buta! Polityka buta (kopnięcia nim), buta i jeszcze raz buta! A uważające się za delikatne damy spuszczają oczka z niesmakiem... albo ukrywają zazdrosną satysfakcję.  

A co w treści?

To, o czym piszę tutaj już od przeszło czterech lat - lektura choćby części wpisów na tym blogu da dokładne wyobrażenie. Tutaj tylko lakoniczny komentarz, który już gdzieś wykorzystałam:

Uczestnicy procesu dydaktycznego nie doceniają dobrodziejstwa kształcenia się na mniejszych kierunkach. Obie strony - wykładowcy i studenci - przymykają oko - i tylko załatwiają dyplomy. Tymczasem studenci dorabiają sobie, łapią stypendia zagraniczne albo nie chodzą na zajęcia, bo są to dla nich drugie lub trzecie równoległe studia. A wykładowcy jawnie oszukują, nie przychodzą na zajęcia, mówią bzdury, wymyślają idiotyczne przedmioty (enigmatyczna "komunikacja międzykulturowa"), ale między sobą są zmówieni, więc nie wychodzi to na wierzch albo wychodzi rzadko. Te oszustwa dodatkowo, w razie czego, posłużą za narzędzia szantażu.

Przepraszam Czytelników za brzydkie słowo, które pojawiło się tu na początku. Pochodzi z cytatu,nie jest częścią mojej wypowiedzi, tylko ilustracją obniżającą rangę wypowiedzi "akademika" i wykładowcy kultury krajów bałkańskich w jednej osobie (określenia do siebie nie przystają - świadczą tylko o słabej orientacji w strukturze nauki).

 

 

 

 

3.png5.png0.png3.png5.png0.png