Czasem zastanawiam się nad tajemniczą postacią, która w komentarzach na tym blogu wpisywała swoje uwagi - nie chodzi o to, że były negatywne, ale przede wszystkim złośliwe i wulgarne. Musiałam zablokować komentarze, żeby się od nich ustrzec. Osoba podpisywała się różnie, czasem „Czytacz”, czasem „Popęduszko” czy jeszcze inaczej, na przykład "członkini Rady IFS", ale była to ta sama osoba, numer IP wskazywał na ten sam adres komputera (to samo miejsce).

Numer IP komputera wskazuje mianowicie na żłobek i przedszkole, które mieści się we Wrocławiu w pobliżu dworca PKP i którego nazwa ma wiele wspólnego z dziecięcą książką o Kubusiu Puchatku. Być może chodzi o otoczenie tej instytucji, ale bardziej nęcąca i prawdopodobna jest myśl, że obrzydliwy komentator usadowił się gdzieś w żłobku.

Nie sądzę oczywiście, żeby to był sam Kubuś Puchatek, choć za Prosiaczka już nie ręczę („Prosiaczków” się nam namnożyło, o wielu wspominałam w innych wpisach). Nie sądzę też, żeby to robiła dziatwa żłobkowa czy przedszkolna, choć na przykład czeska szkoła podstawowa na tym blogu już się pojawiła, jej poziomu bowiem sięgają ćwiczenia gramatyczne używane przez pewną panią adiunkt z ulicy Pocztowej. Jeśli nawet dzieci uczęszczające do „Puchatkowego” przedszkola są niegrzeczne i złośliwe (choć nie sądzę, żeby tak było), to nie użyłyby ordynarnego określenia męskiego narządu płciowego na nazwanie pana Lipowskiego, który poza obrażeniem go przed panią dyrektor-rusycystkę (oraz przez sędzinę-adiunkta na Wydziale Prawa UWr. w roli instytucji postobrażającej) zewsząd jest otaczany szacunkiem. Dzieci wrocławskie nie znają tego pana: on sam jest wprawdzie wrocławianinem, ale uczy przyszłych nauczycieli języka czeskiego na Uniwersytecie w Hradcu Králové.

Któż to więc, ach któż to mógłby się kryć za pseudonimami? Któż to chciał aż tak mocno dokuczyć, żeby w pięty mi poszło??? Skoro „osoba” wysila się na przekręcanie anagramu mego imienia na „Fizia” i na przekształcenie wymyślonego nazwiska postaci literackiej na nazwisko mówiące „Megalomańska”, to takie wodotryski inteligencji wskazywałoby raczej na kobietę, zwłaszcza na czytelniczkę dawnego „Przekroju” albo córkę czytelniczki. Na kobietę wskazywałby jeszcze jeden trop, a mianowicie wyrażenie „tytan intelektu z Zaolzia”, którego z ironicznym samozadowoleniem użyła tajemnicza „osoba”. Wrażliwym bowiem słuchowo znajomym (byłym) przypomniało się, że „tytan pracy” lub „tytan intelektu” należało do repertuaru stylistycznego pewnej pani, nazywanej „doktor-pokier”, do której również poprzednie rozumowanie pasowałoby jak ulał. Sama jest bowiem „tytanem intelektu z innej części Śląska” (nie „z Zaolzia”, tą częścią Śląska widocznie pogardza), przy czym jej „intelekt” rzeczywiście jest w cudzysłowie, bo polega przede wszystkim na „wciskologii stosowanej”.

W innym komentarzu (też go sobie schowałam) ta „osoba” powołuje się na swoją znajomość „polonistycznego i bohemistycznego” środowiska (jako adiunkt UWr. uważa się widać za znawcę//znawczynię tychże), zawiadamiając mnie niniejszym, że nie cieszę się estymą. Po czesku co prawda nie umie (czescy korespondenci wyśmiewają się z jej czeszczyzny), balansuje na granicy „polonistki w Czechach” i „bohemistki w Polsce” (obie dziedziny na poziomie podstawowym, jeśli nie przedszkolnym), ale „wciskologicznie” wyskoczyła na czoło wrocławskiej bohemistyki, bo rusycyści złomyślnie ją tam wywindowali. Tymczasem zaledwie lat temu dziesięć wobec obawy, że straci pracę w Nysie, za mymi plecami (!) udała się do dyrektora instytutu i w moim imieniu zaoferowała mu otwarcie tam polonistyki(!). Dyrektor instytutu był zaskoczony, a dowiedziawszy się o tym, zaskoczona byłam i ja.

Ale niektóre cechy tych pożal-się-Boże komentarzy do blogu wskazywałyby, że „osoba” jednak jest mężczyzną. Posługuje się bowiem „słownictwem klozetowym”, jak trafnie określiła te wpisy inna ich czytelniczka (pani profesor). Chodzi zwłaszcza o szermowanie wspomnianą już nazwą, mówiąc eufemistycznie, męskiego organu płciowego i dwukrotne zastosowanie wyrazu „przerżnąć”, niby wyrazu niewinnego, ale użytego w znaczeniu nieprzyzwoitym, paraseksualnym. Tego typu słownictwo charakteryzuje raczej chamów rodzaju męskiego.

Najlepiej byłoby zająć stanowisko na ulicy Stawowej, pod drzwiami wspomnianej instytucji im. Kubusia Puchatka, i na własne oczy zobaczyć, która z osób „uniwersytecko-pocztowych” ma tam serdeczną koleżankę, pluszowego misia do przytulania lub choćby kogoś uczynnego z biurkiem i komputerem.

A wracając do tego męsko-żeńskiego potwora? Hermafrodyta jest całkowicie pozbawiony seksualności: ani hetero, ani homo.

Nie wiadomo? – Wiadomo.

 

 

 

Dodaj komentarz

7.png4.png1.png6.png2.png0.png