31 10.2014 14:16

  1. Sprawa sądowa Jaroslava Lipowskiego przeciw Annie Paszkiewicz o to, że będąc dyrektorem Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego na Radzie tegoż Instytutu w dniu 1 lutego 2011 bezpodstawnie naruszyła jego dobro osobiste, oskarżając go o „wyłudzenie pieniędzy od państwa polskiego”, zakończyła się dla powoda (Lipowskiego) negatywnie, a Sąd Apelacyjny we Wrocławiu odrzucił apelację o anulowanie wyroku.

Uzasadnienie odrzucenia apelacji jest długie, ale istotne są tu następujące stwierdzenia:

"Niewątpliwie stronami w niniejszej sprawie są osoby fizyczne - były i obecny pracownik Uniwersytetu Wrocławskiego. Stroną zaś w sprawie nie jest Uniwersytet Wrocławski (którego pracownikiem jest sędzia rozstrzygający w sprawie - dodam, że chodzi o Ewę Rudkowską-Ząbczyk - ZTL), a prymatu takiego wbrew stanowisku apelacji nie daje mu fakt, iż inkryminowana wypowiedź dotyczy zarzutu szeroko rozumnej (ROZUMIANEJ?) próby działania na jego szkodę. Nie zachodziły zatem podstawy do uznania, że w sprawie spełnione zostały przesłanki wyłączenia sędziego z mocy prawa na podstawie art. 48 par. 1 pkt. k.p.c., gdyż bezspornie sędzia nie pozostawał z żadną ze stron procesu w takim stosunku prawnym, że wynik sprawy oddziaływa na prawa i obowiązki. W konsekwencji nieskuteczny był zarzut nieważności postępowania. Podstawą wyłączenia sędziego na innych podstawach niż wskazane enumeratywnie w art. 48 k.p.c (przy czym nie mamy wówczas do czynienia z przesłanką nieważności) jest stosowny wniosek strony lub samego sędziego. Taki wniosek w niniejszej sprawie nie został złożony w toku procesu. Jeśliby uznać, iż wnioskiem tym jest zarzut apelacji, musi on zostać uznany za spóźniony w świetle treści art. 50 par.2 k.p.c. zwłaszcza wobec faktu, iż skarżący w apelacji nie podjął nawet próby uprawdopodobnienia, że przyczyna wyłączenia powstała lub stała się mu znana dopiero po przystąpieniu do rozprawy".

Z tego wynika, że to pan Lipowski jest winny temu, iż „ze spóźnieniem” rozpoznał, że sędzią w jego sprawie jest pracownik tego samego uniwersytetu, który na oficjalnym posiedzeniu rady naukowej jednej z jednostek uniwersytetu ustami FUNKCJONARIUSZKI tegoż uniwersytetu naruszył jego dobro osobiste posądzeniem o „wyłudzenie pieniędzy”, które zresztą wcześniej mu wypłacił.

Pani sędzia chyba „ze spóźnieniem” rozpoznała, GDZIE jest zatrudniona i kto jest jej szefem. „Ze spóźnieniem” rozpoznała, że ma wspólnego szefa z osobą obrażającą?

Symptomatyczne jest ostatnie zdanie cytowanego wyroku. Czyżby człowiek oddający swoją sprawę w ręce sądowej sprawiedliwości PRZEDE WSZYSTKIM musiał sprawdzić WIARYGODNOŚĆ sędziego, który został przydzielony do jej osądzenia? Czy sam sędzia nie jest w stanie tej wiarygodności ocenić? 

  1. Twórczość naukowa pracowników Zakładu Bohemistyki Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego zakwita ciągle nowymi „kwiatkami”, mimo że niewiele ma wspólnego z sensem i z inteligencją. Pewna osoba uczona, dr Anna Zura, z woli rusycystów pełniąca obowiązki kierownika tego dobranego towarzystwa, popełniła następujące zdanie w czasopiśmie naukowym:

„Stawiając w centrum zainteresowania przedmiot wypowiedzi jest szansa na to, że obaj rozmówcy tym sposobem osiągną porozumienie w danym temacie.”

Gdyby uczona miała porządne wykształcenie, oprócz rzekomej wiedzy z dziedziny filologicznej, którą niby reprezentuje (i wykłada!), to wiedziałaby, że równoważniki zdania oparte ma imiesłowach –ąc, -łszy i -wszy muszą mieć ten sam podmiot domyślny, co zdanie nadrzędne. Czy to jakaś „szansa” postawiła przedmiot wypowiedzi w centrum zainteresowania? Chyba na głowie postawiła, hi-hi-hi! (powiedziałby Chichlik z „Niedoparków” Pavla Šruta w tłumaczeniu Julii Różewicz)

Uciekajmy od takich filologów i „stylistów naukowych”. A jakież to czasopismo naukowe opublikowało te wypociny? Czyżby to było to samo czasopismo, które w roku 2008 opublikowało artykuł napisany przez ZTL pod nazwiskiem pani KCh? 

Dodam jeszcze komentarz z Internetu, który wyśmiewa podobny błąd składniowy w opisie proponowanego tam urządzenia mieszkania (autor komentarza podpisał się jako "mayta"):

"Otwierając drzwi do mieszkania, naszym oczom ukazuje się podłoga". Będąc młodą lekarką, przychodzi do mnie klient (kłania się Maria Czubaszek - przypis ZTL) - ile to już lat minęło, wydawało się że to satyra na pierwsze pokolenie ćwierćinteligencji, a jednak nadal żyje i nawet ma się coraz lepiej...

Ma się coraz lepiej, potwierdzam  - ćwierćinteligencja bryluje na Uniwersytecie Wrocławskim, a przynajmniej w Instytucie Filologii Słowiańskiej. Inne przykłady ćwierćinteligenckiej stylistyki czy składni, nie wspominając o innych stronach poprawności językowej, zacytowano na tym blogu we wpisie: Exposé Demontera Instytulacji Filmologii Sanskryckiej.  Tym razem chodzi o pisemną wypowiedź dyrektor Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr.  

Uderza też nas napuszoność, pompatyczność i pustka treściowa "naukowego" zdania. Jeśli to zdanie troszkę się wyciśnie, to otrzymujemy prostą wiadomość, że jeśli dwaj rozmówcy interesują się tym samym, to mają szansę się porozumieć. A jeśli dodamy prostą wyżymaczkę umysłową, to uznamy, że takie zdanie w ogóle jest niepotrzebne, bo to oczywistość.

To śmieszne, że takie wygibasy językowe o niczym można podawać za twórczość naukową. Uczeni sprzed 50-100 lat (byli to prawdziwi pasjonaci, a nie wydmuchiwacze bąbelków w plastikowej piance) stworzyli pewne wzory uprawiania nauki, uszyli nam takie „worki”, które teraz wiele osób podszywających się pod ich kontynuatorów napełnia niepotrzebnymi śmieciami, zwłaszcza jeśli śmieciarzom uda się włożyć kostiumy „naukowców”.

[Plus kostium odchudzonej i gotycyzującej nimfy z kruczoczarną farbą na włosach, podkreślający  szczękościsk uczonej osobowości i wampiryczno-oniryczny styl zewnętrznej kreacji.]

Dobrym pomysłem byłoby publiczne czytanie na głos fragmentów tego typu „twórczości naukowej”, tak jak było w przypadku niedoszłego doktora Marka Goliszewskiego.

  1. Podam jeszcze internetowe adresy dwóch artykułów, które polecam i z których wymową absolutnie się zgadzam:

http://www.nowakonfederacja.pl/gangsterzy-w-gronostajach/

http://www.nowakonfederacja.pl/ukarac-zdolnych-zwasalizowac-miernych/

 

Ważne cytaty z tych artykułów:

  1. "Chcą mnie przeczołgać, upokorzyć. Zrobić ze mnie klienta, ich żołnierza. Jednego z tych lizusów, co to ciągle pełzają przed profesorami, a z czasem sami awansują do towarzystwa".
  2. "Rektor w wielu sytuacjach posiada ekwiwalent „prawa łaski”, dzięki któremu można komuś uratować tyłek. A nic tak nie cementuje dozgonnej wdzięczności jak uratowanie przed karą i kompromitacją".
  3. "Pracownik, który uważa, że swoją karierę zawdzięcza wyłącznie sobie, swojemu talentowi i ciężkiej pracy, nie jest pożądanym partnerem dla głowy dworu".

--------------------

 

Ad A. Oficjalnie ponoć nie pracuję już na Uniwersytecie Wrocławskim, ponieważ nie dałam się „przeczołgać, upokorzyć” i zrobić z siebie „lizusa”. Podpowiadał mi to sam rektor Uniwersytetu Wrocławskiego, radząc mi, żebym „rozpłakała się przed dziekanem Sarnowskim i spróbowała podziałać na niego kobiecym czarem”.

Za co niby miałabym płakać i przepraszać? Przecież ani jego, ani żadnego członka jego „świty” osobiście nie obraziłam, nie nazwałam na przykład "wyłudzaczem pieniędzy państwowych " (jak było w przypadku ofensywy pani Paszkiewicz na pana Lipowskiego), zakwestionowałam tylko dwa punkty polityki wewnątrzinstytutowej (cały tekst jest tutaj we wpisie z dnia 18.03.2013 pt. „Moje przemówienie na Radzie IFS Uniwersytetu Wrocławskiego i jego skutki”).

Ad B. Rektor posiada „prawo łaski”, choć z uprzejmego listu, który dostałam od jednego z dziekanów UWr., wiem, że obecny rektor w swoich obietnicach wyborczych zawarł zobowiązanie, że zawsze będzie się kierował dziekańskimi życzeniami. Wszystko jedno zresztą, z ustawowego punktu widzenia takie „prawo łaski” miał, więc mógł się nie zgodzić na plan dziekana Sarnowskiego, żeby „wykopać” mnie z pracy. Ale zgodził się na to, nie uratował mnie przed „karą” panoszącego się bezprawnie dziekana, zadufanego w sobie do granic możliwości. Dzięki temu nie mam rąk ani nóg „scementowanych dozgonną wdzięcznością”, nie mam też zacementowanego mózgu.

Ad C. Sama się wybiłam, nic nikomu nie zawdzięczam, a jeśli nawet komuś coś zawdzięczam, to nie jest to żadna ważna osoba z Uniwersytetu Wrocławskiego. Tymczasem na Uniwersytecie Wrocławskim, a przynajmniej w Instytucie Filologii Słowiańskiej, sądzi się, że profesura została mi nadana nie przez Komisję na podstawie recenzji profesorów z innych uniwersytetów (zauważmy, że takim postawieniem sprawy ich również się obraża, nie wspominając już o wręczającym tytuł prezydencie Komorowskim), tylko zbiorową łaskawością doktorów zasiadających na niższych czy wyższych stołkach na uniwersytecie. Jedna z byłych koleżanek, pani W.,  napisała nawet do mnie w sensie: „przecież my w Pani sprawie dawniej głosowaliśmy pozytywnie...”. Jakby liczyły się tylko dobre lub złe intencje zasiadającej w Radzie IFS "osobistości", a nie gołe fakty.

Póki byłam „pokorna” (albo taką się wydawałam), dawałam sobie jeździć po głowie, to wniosek o profesurę z Uniwersytetu Wrocławskiego został wystosowany i dziekan Sarnowski napisał mi nawet entuzjastyczną opinię-laurkę. Jak tylko skrytykowałam politykę wewnętrzną IFS wobec bohemistów, to natychmiast zaczęło się gwałtowne hamowanie wszczętej już sprawy profesury. „Wykolegowali” mnie z pracy na Uniwersytecie, kolegów z Zakładu nastawili przeciw mnie (część się dała nastawić, bo straszyli, a z drugiej strony obiecywali korzyści), próbowali też źle nastawić doktorantów (ci się jednak nie dali, choć pewna pani przypłaciła to wypadnięciem ze studiów doktoranckich). Jeden profesor z UWr. napisał mi złą opinię*), a inny profesor z UWr. wystąpił oficjalnie przeciw mnie na posiedzeniu warszawskiej Komisji nadającej tytuły i zatwierdzającej stopnie naukowe. Swoją rzeczową i grzeczną krytyką (patrz: wpis jak wyżej) naraziłam się „dworowi” - straciłam comiesięczną pensję, ale „przeczołgać, upokorzyć się” nie pozwoliłam

 

 

 

*) Jeśli ktoś miałby mi za złe, że zdradzam szczegóły przewodu profesorskiego, to oświadczam, że NIE JA JE ZDRADZAM.

Zły dla mnie obrót sprawy w tym zakresie zapowiadała na forum Rady IFS UWr. w dniu 1 lutego 2011 pani Paszkiewicz z taką pogróżką: "wystąpiliśmy o pani profesurę, ale recenzje nie muszą być pozytywne!".

Na publicznym internetowym forum popisał się natomiast pan Libor Martinek (dla niezorientowanych: czeski docent z Opawy przyjęty do pracy na UWr., kiedy "wykopano" mnie) w pięciu komentarzach do tego blogu cytując obszerne fragmenty wypowiedzi negatywnego recenzenta z Uniwersytetu Wrocławskiego. Kto mu tę recenzję dał do rąk i kto miał prawo upoważnić go do tej publikacji?     ZTL

 

7.png4.png4.png8.png5.png6.png