12 10.2015 21:02

Kobiety są takim dziwnym rodzajem ludzi, których można krytykować już za to, że są kobietami. Mówi się z pogardą „baba!”, skoro ktoś jedzie samochodem nie tak, jak mówiący się spodziewa (np. powoli), można też wydrzeć się na cały parking „Jak pani zaparkowała? Ślepa czy co? Idź, pani, obiad gotować!”, zanim okaże się, że parkujący dziewczyną nie jest, tylko chłopakiem. Pyskówka leci dalej, może głos spada o ton niżej, za to argumenty trochę się zmieniają.

Wysokie sfery naukowe też nie są wcale wolne od takich podświadomych skojarzeń, ale od razu się zastrzegę, że tym razem nie będę pisać o tym, że rektor UWr. prof. Bojarski doradził mi rozpłakanie się przed byłym dziekanem Wydziału Filologicznego, dr hab. Sarnowskim, „bo płacz kobiecy ma wpływ na mężczyzn”. [Dodam, że rozpłakanie się przed samym prof. Bojarskim byłoby bardziej naturalne. Rozpłakałabym się z całą damską kokieterią.]

Jak wydałam „Historię literatury czeskiej”, to wśród innych recenzji, pozytywnych w treści i tonie,  pewien Czech napisał o niej, że tak,...ładnie, dobrze,... choć ten czy ów szczegół mu nie pasuje do jego wizji czeskiej literatury. W tenże tekst wplótł wielce charakterystyczne zdanie „Popatrzmy, co o czeskiej literaturze ma do powiedzenia kobieta z katolickiego kraju...”. Zareagowałam oczywiście odpowiedzią na recenzję, która też się ukazała, a tonu tej odpowiedzi pogratulowała mi osobiście prof. Jaroslava Janáčková (kto zna albo słyszał o niej, ten doceni). A więc ja, autorka - nie dość, że jestem kobietą (prawda), to jeszcze jestem „z katolickiego kraju” (prawda, ale prawda „czeska” - patrz też moja książka „Męczennik czeskiej prawdy Karel Havlíček Borovský”). Osobiście uważam, że spory religijne bardziej wpłynęły na historię pięknej ojczyzny Czechów niż na dzieje pięknej ojczyzny Polaków.  Mam na myśli oczywiście tylko przeszłość, bo jak będzie teraz – nie wiadomo, jak to się dalej potoczy... W każdym razie naukowy podział w nauce na „mężczyzn” i „kobiety”, i to całkowicie poza sprawami natury medycznej, pozostanie, jak przypuszczam.

Inny recenzent (autor tego typu recenzji, których się nie publikuje), niezadowolony m.in. z tego, że w książce nie posłużyłam się jego tłumaczeniem wiersza wielkiego czeskiego poety, tylko sama go przetłumaczyłam, napisał, że moja książka jest zła, styl ma zły, a cytaty z czeskiej literatury są źle przetłumaczone. Dodał jeszcze aluzję do dowcipów o blondynkach, które mu się w związku z tym przypomniały (Ferdek Kiepski na pewno by się uśmiał). Zupełnie zapomniał - że przed laty, kiedy jeszcze dr hab, Sarnowski nie był aż tak bardzo na mnie obrażony - ów recenzent moje dokonania naukowe ocenił zaskakująco wysoko. Kolejne recenzje tego samego recenzenta są zatem niezborne.

I jak na to reaguje wymieniony wyżej dr hab. S.? Otóż on powyższą recenzję (tajną) udostępnia dr hab. Liborowi Martinkowi (patrz też wpis z dnia 9.07.2015), który wypisuje z niej obszerne cytaty, wybierając te najbardziej negatywne, i publikuje w roku 2012 w pięciu komentarzach na tymże blogu, na którym wtedy można było jeszcze komentować.

I dlatego teraz  brak opcji: komentarze.

 

P.S. Tytułowy cytat pochodzi ponoć z wypowiedzi Mariana Paździocha, a nie Ferdka Kiepskiego. To dla ścisłości, ale sfery i poziomy, skąd wywodzą się postacie tej komedii, są te same. Niezależnie od przodków, tyłków, boków i pleców.

 

Zdjęcie pochodzi z czasów, kiedy miałam zalecone rozpłakanie się u dziekana, ale nie rozpłakałam się.  (Za karę nie mam kontaktu ze studentami I i II stopnia.) Fotografię publikuję, żeby zwrócić uwagę na mój kryminał "Śmierć dziekana. W studni złych emocji". Na Targach Książki w Krakowie 22-25 października 2015 książka będzie sprzedawana na stoisku firmy motyleksiazkowe.pl  We Wrocławiu jest do kupienia w księgarni na Kuźniczej.

 

 

 

6.png1.png2.png8.png8.png8.png