Bajki ze starej poczty 13 06.2016 11:07

Fozia Jarłota-Poliwska

BAJKI ZE STAREJ POCZTY 

Motto: Najgorzej, jak człowiek przejmie się, napracuje, popłynie intelektualnie, a potem byle kundel, co stopień naukowy dostał "wespół zespół" (kolektyw kumpli przegłosował) szczekaniem i czepianiem się zniszczy tego, co się pracą przejął.                 

O Janku, co psomszył...

W mojej dzielnicy hula dzika psia horda – banda psów brudnych, zaniedbanych, bezpańskich, takich, co tu obsiusiają, tu naśmiecą, tu ukąszą człowieka w łydkę, a nade wszystko przeraźliwie szczekają, aż nielicznym intruzom mróz idzie po karku i uciekają gubiąc buty. Pieski znoszą buty w zębach na jedno miejsce: raz na miesiąc zasiadają nad ich stosem i obwąchują swą kolekcję znoszonych i wydeptanych butów. Nigdy im jednak nie wpadło do głowy, że mogą sobie uszyć nowe i własne.

Na co dzień jednak psie bractwo bardzo się nie lubi nawzajem: warczą na siebie, obwąchują w poszukiwaniu słabizn, po czym gryzą się w brzuchy, w tylne nogi albo ogony, albo nawet wpędzają się wzajemnie w nastawione sidła.  Poharatane skowyczą boleśnie i skarżą do księżyca, który zza nocnych chmur wystawia swoją bladą twarz. 

Kiedy jednak na ich terenie pojawi się inny kundel, wataha zapomina o bolesnych ranach od ukąszeń, skrzykuje się energicznym szczekaniem i hola! – puszcza się do przybysza jak jeden mąż. Lecą drzazgi, wióry, kłąb psich ciał zmienia się w wielkiego psa Baskerville’ów, woń diabelskiej siarki rozchodzi się dookoła, a nieszczęsny przybysz,  złapany zębami pod gardłem, opluty, upaćkany wydzielinami i zabłocony, cieszy się, jeśli ujdzie z życiem i uda mu się wydostać poza rewir tej bandy.

Zadowolone z siebie psubraty zanoszą jego buty na wspólny stos i odgrywają radosny rytuał zwycięstwa, wyjąc do wspomnianego już księżyca hymny pochwalne o sobie nawzajem i o ukochanym watażce – psim przywódcy, pełniącym również funkcję przedstawiciela tej dzikiej sfory w lokalnej radzie starszych.

Zapomniałam o nim wspomnieć? Jest to niebezpieczny osobnik, na lewo i prawo demonstrujący garnitur ostrych białych zębów, których ukąszenia są wyjątkowo bolesne. Na co dzień kryje się z tą własnością, wciąga na siebie skórę innych zwierząt: raz rozkosznego misia, raz łagodnego baranka, czym zwodzi nie tylko osobniki swego gatunku, ale i policyjne patrole, posyłane co kilka lat na ten teren. Poznacie go jednak po pierścieniu na krzywym psim pazurze, który w czasie powyższych ponurych rytuałów nastawia współbraciom do polizania.  

O, Janku, po cóżeś psomszył?

O nieustannej aktualności „Folwarku zwierzęcego”

Nasz chlewik (z dobudowanym niedawno kurnikiem i przystawioną klatką z królikami) jest położony w innej części wsi niż reszta Państwowego Gospodarstwa, chyba aż dziesięć przystanków dalej, więc nikt do nas nie przyjeżdża, jak nie musi. Czujemy się na swoim i robimy, co nam się podoba, nikt nam się do tego nie będzie wtrącał. Rządzimy się sami, ale baaardzo, baaaaardzo demokratycznie, co jak wiadomo gwarantuje wysoki poziom wszelkich podejmowanych decyzji. Większość w gromadzie ma ZAWSZE  rację – jak podkreśla najgorliwsza rzeczniczka tego poglądu, matka chrzestna klatki z królikami, ceniona potomkini Wielkiego Mao.

Wzniośle i demokratycznie (za pomocą głosowania) ustalamy na przykład, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Ale za rok okazuje się, że pojawiła się potrzeba, żeby było inaczej, więc znów demokratycznie (za pomocą głosowania) ustalamy, że czarne bywa czasem białe, a białe może być w pewnych okolicznościach czarne. [Jeden knur na przykład werbuje do misji oświatowej na Czarnym Lądzie, a z usposobienia jest Białorusinem. Niby kolorystyczny oksymoron, ale skoro trzeba Czarny Ląd trochę wybielić,  a Białoruś przyczernić, to większość zgodnie i gorliwie przegłosuje tę sprawę na „tak”.]    

Innym razem Rada Miesz(k)ańców chlewika ustaliła – oczywiście niezależnie i demokratycznie - że Głupią Gęś (łatwowierną i w dodatku rozgęganą) trzeba oddać głodnemu Wilkowi na pożarcie, gdyż inaczej samoocena mu gwałtownie spadnie. I co wtedy? Cały chlewik niby domek z kart runie, a inwentarz, nie daj Boże, straci te swoje dobre koryta.

W obliczu tej groźby aż dziesięć upoważnionych świnek (dziesięć! – pokazał Głupiej Gęsi zwycięski Wilk, wyciągając rozstawione palce obu rąk - dziesięć!) w sprawie ułaskawienia skazanej głosowało na „nie”. Gęś zresztą sama sobie winna, bo z tej naiwności pozwoliła się nieźle utuczyć, a tymczasem chodziło tylko o to, żeby była smaczniejsza. Gęś zresztą - wiadomo - mniej od Wilka ważna. Jakaś upoważniona kura zniesie jajko i wyhoduje się z tego nową gęś. Wielkie rzeczy!  

[Dziesięć zwierzątek głosowało na „nie”? Policzmy uważnie: Świnki Trzy i Wilk Okropnie Zły oraz Konfident Wilka - to już pięć, pp. Kmotrostwo Knurostwo – rodzice (chrzestni) dobudowanego kurnika (choć ojczulek przyszywany, grubymi nićmi zresztą) - to już siedem głosów A jeszcze ta matka chrzestna od klatki króliczej? No i ta kurka  upoważniona do zniesienia gęsiego jajka..., a może nawet strusiego, gdyby się tak biedactwu udało...]

Jednak owłosione, pazurzaste łapy, które Wilk wyciągnął przed oszołomioną Gęsią, miały tylko po cztery palce!

Bajka o zgodnych rymach wewnętrznych, czyli epos o wiernej przyjaźni Pani i Zani 

Zania według swego mniemania była jednostką pozytywną, zawsze na podorędziu przełożonych, gotową do spełniania ich oczekiwań. Najpierw spełniała oczekiwania rodziców, potem oczekiwania nauczycieli,  wreszcie trafiła pod pewne opiekuńcze skrzydło, również tu oczekiwania spełniła  i została Kimś. Była z tych, co ani dziury w niebie, ani kroku w chmurach nie zrobią, ale za to zrobią wrażenie, że są gorliwi i że swoją aktywnością, nagle zademonstrowaną, łatają jakąś nieistniejącą dziurę - przytakując i oczekując, że ktoś ten fakt doceni i poza tym będzie miał coś do zaoferowania.

Tymczasem ten, kto miał coś do zaoferowania, dochodził do wniosku, że w wykonaniu Zani coś nie gra, instrumenty fałszują, orkiestra kuleje, atmosfera gęstnieje i spory się mnożą, więc lepiej nie oferować nic, a najlepiej zostawić w kącie. Zania na to unosiła się świętym oburzeniem: jak można ją – spełniającą oczekiwania  -   podejrzewać o nieświętość?!

RYMY:   - Jam uciśniona niewinność sama,  bez fałszu grama!

           – mawiała Zania zawzięcie, ufając w to święcie.  

Wreszcie dotarła do wszechmogącej Pani, która zawsze była „biedna”, nic się jej nie udawało, więc w razie czego... niczym nie wzgardziła.

RYMY:   Pani od dawna, aż całkiem dojrzała, oczekiwania spełniała,

               aż wreszcie Pani spaniała, nie będąc bynajmniej wspaniała,

               lecz funkcję lokalnego feudała wreszcie piastowała.

Potrzebowała zatem kogoś, kto na własnym grzbiecie zazna (g)łask rozlicznych, których spaniała Pani może udzielić.  Jednym słowem potrzebowała osoby, która świetnie nadawałaby się do manipulowania, nie mając własnego zdania i spełniając oczekiwania.

RYMY:  Gdyby podszepnąć Zani, że Pani niegodziwa, rzeknie ta kobiecina gorliwa:

      Jak mogłam nie posłuchać, wy moi kochani, skoro to życzenie tej spaniałej Pani?

 

O milczeniu owiec  

- Mamy zebranie – powiedziała Zebra.

- A co dziś będziemy podpisywać? – zainteresowała się Anty-Lopa.

- Będziemy podpisywać oświadczenie, że Honkey-Monkey wcale nie jest małpą, wprost przeciwnie, jest antymałpą, ale my te jej  właściwości niezmiernie sobie cenimy i stanowczo protestujemy przeciw podważaniu znaczenia jej fidli-midli małpich figli – objaśniła Zebra.

- Jutro znów mamy zebranie – przypomniała Żyrafa. – Razem z Małpą-Małpą przygotowałyśmy proklamację, że świat zwierząt mamy w głębokim poważaniu i czujemy się jego częścią... Podpisy obowiązkowe! – dodała groźnie, rozglądając się dookoła, czy nikt nie protestuje.

- Przecież podpisywaliśmy to w zeszłym tygodniu – powiedziała Dobra Kobra z powątpiewaniem.

- No tak, ale podpisy były niewyraźne, nierówne i niedorzeczne, więc trzeba podpisać jeszcze raz – odrzekła Żyrafa wymachując przygotowaną zawczasu kartką papieru,  niektórym rozdając długopisy i ołówki, a wybranym dorzucając nawet po komputerze.

– Łap, bo rzucam! – krzyknęła, zręcznie omijając zdezorientowaną Siwą Kobyłę, która jak zwykle bredziła, zamiast być gotową do służenia innym małpom swoim grzbietem. 

To wredne zachowanie wypomniał jej kolega Bobrzyk w anonimie sygnowanym tajemniczo „towarzysz K”  i przygotowanym specjalnie na cześć Siwej Kobyły.

Bajka bombowa

Na konferencję naukową, którą uroczyście otwierałam w imieniu organizatorów, w dużej torbie zabrałam bombę, tykającą nieubłaganie. [Powody, które mnie do tego skłoniły, były naprawdę poważne!]  Po powitaniu wszystkich uczestników, z kraju i z zagranicy, torbę z bombą - jak gdyby nigdy nic - zostawiłam pod mównicą i zadowolona zajęłam miejsce wśród słuchaczy.

Głos zabrał uczony z Omska, ale z jego referatu pojęłam niewiele, bo po pierwsze mówił szybko, po drugie w języku mniej znanym, a po trzecie cały czas wyobrażałam sobie, co się stanie, jak bomba już wybuchnie. Naukowcy (wybitni oczywiście), którzy mieli być zgładzeni z tego świata, siedzieli w pierwszym rzędzie, co konstruując bombę wzięłam pod uwagę. Wydawało się więc, że wszystko jest w porządku.

Uczony z Omska mówił i mówił, a ja nagle uświadomiłam sobie, że palce rąk ogromnych barokowych rzeźb, które lamowały część sceniczną zabytkowej sali, jednoznacznym gestem wskazują dokładnie to miejsce, gdzie jest ukryta bomba!!! Zimny pot spłynął mi po grzbiecie, ale uczony z Omska nie kończył - perorował szeroko i kwieciście, mimo że dawno już przekroczył limit czasu. Wszyscy siedzieli jak trusie, jakby przeczuwając, co się zaraz stanie.  

Ostatnie dziesięć minut referatu były najtrudniejsze do wytrzymania. Kiedy wybuchły oklaski (ale nie bomba) podniosłam się z miejsca, jak gdyby nigdy nic podeszłam do mównicy i zabrałam torbę z bombą. Usiadłszy w drewnianej ławce, rozłączyłam mechanizm i tykanie ustało.

Wówczas odetchnęłam z prawdziwą ulgą, ale teraz sobie myślę, że postąpiłam niedorzecznie. Gdyby bowiem bomba wybuchła, zniszczyłaby nie tylko pierwsze rzędy słuchaczy i uczonego z Omska (przecież ofiary muszą być!), ale ucierpiałyby też marmurowe ręce barokowych rzeźb, które po rekonstrukcji niekoniecznie musiały wskazywać miejsce ukrycia bomby. Trudno, będzie jakaś inna okazja...       

 

 

 

 

Dodaj komentarz

7.png4.png1.png6.png3.png7.png