06 07.2015 08:02

Zastanawiałem się idąc przez park:

z kogo by wyszło więcej skwar(e)k,

z Jana Husa czy z Joanny d’Arc?

(Fraszka Jiřego Roberta Picka, tłum. ZTL)

Dziś upływa 600 lat od śmierci JANA HUSA, czeskiego reformatora religijnego i społecznego, który 6 lipca 1415 na soborze w Konstancji został spalony na stosie, bo nie chciał odwołać swoich, rzekomo heretyckich, poglądów. Co roku Czesi w rocznicę jego śmierci obchodzą święto narodowe, a w tym roku to święto jest wyjątkowo uroczyste.

Ja osobiście czuję się kontynuatorką postawy Husa, a nawet w pewnym sensie podzieliłam jego los, bo za nieodwołanie głoszonych przeze mnie poglądów [rektor prof. Marek Bojarski zasugerował, żebym się przed dziekanem (lokalnym „papieżem”) rozpłakała, czyli odwołała, to, co powiedziałam pół roku wcześniej] Rada Instytutu Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego ("sobór" to rusycyści plus jedna „bohemistka”!) wyrzuciła mnie z pracy. Stało się to pół roku po wydaniu przeze mnie „Historii literatury czeskiej”.

W tej książce wiele miejsca poświęcam osobie Jana Husa, która jest postacią kluczową dla zrozumienia Czechów, podobnie zresztą dzieje jego kultu są ważnym wątkiem w interpretacji historii Czechów.

Zarzuty, które Hus miał w stosunku do Kościoła katolickiego są bardzo bliskie zarzutom, które wygłaszałam i wygłaszam ja w stosunku do Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr. - można doszukać się tu wielu analogii.Hus mianowicie krytykował zachłanność materialną Kościoła katolickiego, kupczenie odpustami grzechów i niemoralny sposób życia kościelnych hierarchów. Czyli fałsz moralny: mówi cię co innego, a co innego się czyni.

Tego samego dotyczył mój zarzut: rzekomo stawia się na dorobek naukowy, namawia do powiększania go i osiągania kolejnych stopni naukowych, a tymczasem i tak o wszystkim decydują lokalne "układy", bo za pomocą ukrytych poparć lub potępień, za pomocą  sterowanego głosowania stopnie naukowe osiąga się bez dorobku naukowego.

Nawet sceneria "skazania mnie" była podobna: sobór - posiedzenie Rady Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr. - uroczyste, a jakże!, podano szampana - dziekan Michał Sarnowski w marynarce z czarnego lateksu czeka przy drzwiach i wita mnie ironicznie per "pani profesor". 

Podobnie jak w przypadku Jana Husa, który przybywając na sobór w Konstancji był pewien, że nad jego twierdzeniami rozgorzeje dyskusja, i był gotów do odparcia twierdzeń przeciwnych - na żadnym z "soborów" Rady Instytutu Filologii Słowiańskiej nikt ze mną nie dyskutował, żadnych twierdzeń nie odpierał - skazali mnie po prostu na symboliczne "spalenie", czyli rozwiązanie umowy o pracę i "proszę opróżnić gabinet".(Ależ to kultura!...)

I nawet klątwą mnie obłożono, tak samo jak Jana Husa, albowiem zupełnie wykreślono mnie z historii Instytutu Filologii Słowiańskiej UWr. (na stronie internetowej i w Wikipedii), nie jestem ani pracownikiem, ani cieniem pracownika, nigdy nie istniałam (!!!)

Proceder "kupczenia odpustami" dalej kwitnie: "plagiatorzy" (jak kilka lat temu nazywała ich pani dyrektor IFS UWr.) dostają habilitacje i - głoszą plotki - niektórzy mają kandydować do funkcji przyszłego dyrektora instytutu (kupili sobie bowiem odpust?) Ciągle jest tak, że wyłącznie od dyrektorskiego poparcia zależy "dobro" w  postaci  możliwości dostania się na studia doktoranckie, a nade wszystko otrzymania stypendium.

Są jednak różnice:

Ówczesny czeski król Wacław V był postacią psychicznie słabą i chwiejną w swoich poglądach, najpierw sprzyjał Husowi, potem się od niego odwrócił, zrobił to zresztą wtedy, jak konsekwentne potępienie Husa przyniosło mu materialne korzyści. Komu wyrzucenie mnie z pracy przyniosło korzyści materialne, skoro dwa lata później zostałam tytularnym profesorem, a tymczasem rektor przyjął na moje miejsce czeskie "odpady"?

 

 

 

 

Dodaj komentarz

7.png4.png4.png8.png6.png8.png